Logo Przewdonik Katolicki

Najtrudniej zrobić niebo

Stanisław Zasada
Fot.

Dentysta zapytał mnie, czy w tym roku też będzie szopka, bo jego wnuczka nie może się już doczekać opowiada brat Symeon Czy zastałem ojca Dobiesława? Wyjechał dokupić materiał na żłóbek usłyszałem w połowie grudnia, kiedy zadzwoniłem na furtę Zakonu Braci Mniejszych Franciszkanów przy placu Bernardyńskim w Poznaniu. Ojciec Dobiesław Nieradzik, proboszcz...

Dentysta zapytał mnie, czy w tym roku też będzie szopka, bo jego wnuczka nie może się już doczekać – opowiada brat Symeon


Czy zastałem ojca Dobiesława? – Wyjechał dokupić materiał na żłóbek – usłyszałem w połowie grudnia, kiedy zadzwoniłem na furtę Zakonu Braci Mniejszych Franciszkanów przy placu Bernardyńskim w Poznaniu.
Ojciec Dobiesław Nieradzik, proboszcz tutejszej parafii świętego Franciszka Serafickiego, od sześciu lat buduje w klasztornym kościele bożonarodzeniowe żłóbki. Zajmuje mu to cały Adwent.
Szopka u poznańskich franciszkanów wypełnia ogromne prezbiterium świątyni. Zakonnicy twierdzą, że jest największa w kraju. – Tylko szopki plenerowe są większe od naszej – mówi z dumą, ubrany w brązowy habit, przepasany białym sznurem, ojciec Czesław Liniewicz, gwardian klasztoru.

Palestyna w Polsce


Na ciemnoniebieskim niebie, zawieszonym pod samym sklepieniem świątyni, gaśnie i zapala się betlejemska gwiazda. Kilkanaście metrów niżej stajenka. W niej złożone w żłobie Dzieciątko, obok Józef, Maryja, Trzej Królowie, zwierzęta. Wszystkie postaci prawie naturalnej wielkości. W oddali ruchomy żuraw, wiatrak, młyn napędzany wodą. Zamiast palm stoją świerki, w oddali na wzgórzu widać stadko pasących się owiec.
Ojciec Dobiesław tłumaczy, że franciszkanie specjalnie robią typowo polski żłóbek. – Chcemy przez to uświadomić ludziom, że Pan Jezus przychodzi do człowieka w każdym czasie i miejscu – mówi.
Ostatni dzień starego roku. Przedpołudnie. W dębowych ławkach kościoła franciszkanów siedzi kilkanaście osób. Wszystkie wpatrują się w żłóbek. Ciszę przerywa puszczona z magnetofonu kolęda „Gdy się Chrystus rodzi”.
– Przychodzę tu często, jak jest żłóbek – mówi po wyjściu z kościoła Helena Różańska, emerytka. – Gdy rodzina przyjedzie do nas spoza Poznania, to też ich tutaj przyprowadzamy, bo u siebie nie mają takiego dużego żłóbka.
Franciszkanie mówią, że przed ich stajenką zawsze można spotkać ludzi. Niektórzy przychodzą tylko obejrzeć żłóbek, niektórzy modlą się przed nim.
Brat Symeon, który pomaga proboszczowi przy budowie: – Jak przed Świętami poszedłem do dentysty, to zaraz mnie zapytał, czy w tym roku też będzie szopka, bo jego wnuczka nie może się już doczekać, żeby zobaczyć nasz żłobek.
Ojciec Dobiesław tak tłumaczy fenomen zrobionej przez siebie szopki: – W czasach, kiedy przed naszymi oczami przewija się tyle krzykliwych obrazów, człowiek potrzebuje czegoś stałego i statycznego, co potrafi głębiej oddziaływać na jego wyobraźnię. Taki jest właśnie nasz żłóbek.
Operacja niebo

W pierwszy poniedziałek Adwentu ojciec Dobiesław razem z sześcioma braćmi zakonnymi: Albinem, Marcelim, Symeonem, Witem, Marcinem i Sofroniuszem zacząl stawiać w prezbiterium ogromne, drewniane rusztowanie. To konstrukcja przyszłej szopki. Jej ustawienie zajmuje zakonnikom kilka dni.
– Ale najtrudniejsze jest zawieszenie nieba. To potężna operacja – uważa ojciec Dobiesław. Na imitację zawieszonego szesnaście metrów nad posadzką nieboskłonu poznańscy franciszkanie potrzebują pięćset metrów bieżących ciemnoniebieskiej tkaniny. – Najpierw rozkładamy ją na ziemi, a potem podwieszamy na prętach pod samo sklepienie – opowiada proboszcz.
Kiedy niebo jest „gotowe”, zakonnicy urządzają krajobraz. Do drewnianego rusztowania przypinają kawałki papieru pakowego, pomalowanego na różne kolory, z którego formują wzniesienia, doliny i groty.
Ojciec Dobiesław wyliczył, że do zbicia rusztowania potrzeba około ośmiu kilogramów gwoździ, a do przypięcia krajobrazu – dwa i pół tysiąca pinezek.
Większość materiałów pochodzi z poprzednich szopek, ale co roku trzeba i tak coś dokupić. Do tegorocznego żłóbka zabrakło kilku metrów przezroczystej folii do wodospadu. – Stara przedziurawiła się – wyjaśnia brat Symeon.

W kościele nie było wolno


Jest 25 grudnia 1223 roku. Do pustelni w Greccio, małej mieścinie oddalonej kilkadziesiąt kilometrów na północ od Rzymu, schodzą się okoliczni mieszkańcy. W oświetlonej grocie widzą żłób, obok którego postękują wół i osioł. Przed żłobem stoi kilku mnichów ze świętym Franciszkiem. W pewnym momencie Franciszek podchodzi do żłobu, bierze na ręce leżące w nim dzieciątko i pokazuje je ludziom.
Tak miał wyglądać pierwszy żłóbek, jaki urządził prawie osiemset lat temu założyciel franciszkanów. Scenę tę namalował później Giotto w bazylice świętego Franciszka w Asyżu. – Zwyczaj urządzania szopek franciszkanie szybko rozpropagowali po ówczesnej Europie – opowiada ojciec Liniewicz z poznańskiego klasztoru.
Z czasem w żłóbkach pojawiało się coraz więcej motywów i osób świeckich. W osiemnastym wieku Kościół w Polsce zakazał z tego powodu wystawiania szopek w świątyniach. Wtedy zaczęto urządzać wędrowne jasełka.
Dziś nikt nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia bez betlejemskiego żłóbka. Po 1989 roku szopki zaczęto budować nie tylko w kościołach, ale i w plenerze. W niektórych miastach ustawia się je nawet na rynkach.
– Trudno, żeby w komunistycznym kraju władze urządzały religijne widowiska w miejscach publicznych, dlatego w czasach peerelu żłóbki były tylko w świątyniach – tłumaczy Aneta Skibińska, kustosz Muzeum Etnograficznego w Poznaniu.
Pani kustosz nie twierdzi jednak, że ustawienie betlejemskiej stajenki w miejscu publicznym musi świadczyć od razu o religijności obecnych włodarzy tego czy innego miasta. – Taki żłóbek na rynku to po prostu niezła atrakcja turystyczna – mówi Skibińska.

Wieczorem można stukać do woli


– Symeon, pociągnij mocniej, a ty, Wit, opuść trochę w dół! – ojciec Dobiesław wydaje polecenia braciom. Obaj zakonnicy stoją na przeciwko siebie na wąskim gzymsie pod samym sklepieniem świątyni. Każdy trzyma w ręku cienką żyłkę, na której zawieszona jest betlejemska gwiazda z dwustoma małymi żaróweczkami.
– Teraz jest prosto. Przywiązujcie żyłkę! – komenderuje proboszcz. Ubrany jest w dżinsy, adidasy, flanelową koszulę i wełniany sweter. Z tylnej kieszeni spodni wystaje mu żółta metrówka.
Kiedy weszliśmy po drabinie na rusztowanie i zacząłem niepewnie stąpać po uginającej się podłodze, brat Symeon od razu dodał mi odwagi: – Spokojnie, nie zarwie się. Ja mam prawie setkę i nigdy nie spadłem.
Rozmawiamy cicho, bo w kościele stoją kolejki ludzi przed konfesjonałami. – U nas zawsze jest dużo ludzi do spowiedzi – mówi brat Symeon. – Dlatego rusztowanie zbijaliśmy wieczorami, jak nikogo nie było w kościele, bo wtedy można stukać młotkiem do woli.
Zostało pięć dni do Wigilii. Szopka jest już prawie gotowa. Teraz najwięcej pracy ma brat Marceli, który odpowiada za instalację elektryczną w żłóbku. Do jej podłączenia potrzebuje półtora kilometra kabla. – To prosta rzecz – mówi brat Marceli. Przed wstąpieniem do klasztoru pracował dwa lata jako elektryk.

Zmierzył prezbiterium


Szopka u poznańskich franciszkanów zajmuje 160 metrów kwadratowych powierzchni.
Przed Bożym Narodzeniem media powtarzały co roku, że największą szopkę wewnątrz kościoła budują franciszkanie w Panewnikach pod Katowicami. Ojciec Nieradzik zna dobrze tamtejszy żłóbek. Budował go dwa razy, kiedy przebywał w panewnickim klasztorze. Ale kiedy przyjechał do Poznania i znów przeczytał w jakiejś gazecie, że szopka w Panewnikach jest największa, nie wytrzymał. Zadzwonił i wypytał tamtejszych zakonników, jakie wymiary ma prezbiterium ich kościoła.
– Wtedy okazało się, że nasz kościół w Poznaniu ma większe prezbiterium – opowiada ojciec Dobiesław. – Czyli, że to nasz żłóbek jest największy.

Bakcyl z dzieciństwa


Spytałem ojca Dobiesława, jaki jest przepis na udaną szopkę. – Najważniejsza rzecz, to zagospodarować całą przestrzeń – odpowiedział.
W swoim zakonnym życiu proboszcz poznańskich franciszkanów zbudował już piętnaście szopek: po dwie w Panewnikach i Jarocinie, pięć we Wronkach i sześć w Poznaniu. Uczył się, podpatrując innych. – Żadnych specjalnych kursów budowania szopek nie robiłem. Skończyłem tylko ogólniak, a potem seminarium – śmieje się proboszcz.
– My, franciszkanie, przywiązujemy do żłóbka duże znaczenie. Kontynuujemy w ten sposób ideę świętego Franciszka, który niejako nakazał nam praktykować tę tradycję – mówi ojciec Liniewicz.
Ale ojciec Dobiesław zachwycił się bożonarodzeniowym żłóbkiem na długo przed wstąpieniem do franciszkanów. – Z czasów ministranckich pamiętam, że w moim rodzinnym kościele szopka była większa niż w innych. To stamtąd wyniosłem tego bakcyla – wspomina pochodzący z Ornontowic na Śląsku zakonnik.

Łatwiej rozebrać


Szopka u poznańskich franciszkanów stoi co roku do drugiego lutego, czyli do święta Matki Boskiej Gromnicznej. Nazajutrz jest rozbierana. – Na szczęście zajmuje nam to tylko dwa dni – uśmiecha się ojciec Dobiesław.
– Czy nie żal rozbierać tego, co się z takim trudem budowało? – spytałem.
– Żal? – zdziwił się ojciec Dobiesław. – Taka już jest kolej rzeczy.
– A poza tym, ja w lutym myślę już o budowie następnej szopki – dodał po chwili.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki