Logo Przewdonik Katolicki

Adwent Maryi

Bp Marek Jędraszewski
Fot.

Jej życie było pełnym pokory i ufności ciągłym oczekiwaniem. Czasem Adwentu. Trudno się temu dziwić. Oczekiwanie było przecież wpisane w los izraelskiego ludu. Gnębiony przez możnych sąsiadów, często najeżdżany przez obce wojska, deportowany do dalekich krajów, sam niekiedy w swej niewierności odwracający oblicze od Najwyższego, naród Izraela tęsknie wyczekiwał...

Jej życie było pełnym pokory i ufności ciągłym oczekiwaniem. Czasem Adwentu. Trudno się temu dziwić. Oczekiwanie było przecież wpisane w los izraelskiego ludu.

Gnębiony przez możnych sąsiadów, często najeżdżany przez obce wojska, deportowany do dalekich krajów, sam niekiedy w swej niewierności odwracający oblicze od Najwyższego, naród Izraela tęsknie wyczekiwał przyjścia Mesjasza. Stąd nieustannie kierował swe oczy ku Niebu, wypatrując chwili zstąpienia na ziemię Dziecięcia, które będzie nazwane Przedziwnym Doradcą i Księciem Pokoju. Zapewne podobnie też było w domu Joachima i Anny. Maryja często słyszała od swych rodziców o tych szczęsnych czasach, kiedy to narodzi się Pański Pomazaniec, który „nie będzie sądził z pozorów”, lecz „raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok”.

Aż kiedyś stała się rzecz niezwykła


Maryja była już wtedy dorosłą dziewczyną, zaręczoną z Józefem, gdy pojawił się Boży Wysłannik. Obwieścił jej wolę Boga: oto ona, prosta nazaretańska dziewczyna, ma stać się matką Jego Syna. Odpowiedziała z wiarą i pokorną prostotą: „Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. I tak zaczął się dla niej ten czas oczekiwania, który znają tylko matki – kiedy w nich zaczyna wzrastać dziecko. Błogosławiony czas oczekiwania i dojrzewania owocu ich miłości.
Jednakże w przypadku Maryi Dziecię, które wzrastało w jej łonie, było owocem miłości Boga do człowieka. Stąd wraz z upływem czasu, który wyznaczał trwanie jej błogosławionego stanu, rosło w niej poczucie wdzięczności i uwielbienia. Właśnie to poczucie wyśpiewała wobec Elżbiety, wielbiąc Boga za to, że „ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje”. W pewnym momencie w Jej radosne oczekiwanie zaczęły wkradać się niepokoje. Najpierw o Józefa. Co ma mu powiedzieć? Jak wytłumaczyć to, iż spodziewa się Dziecka? Wkrótce okazało się jednak, że sam Najwyższy rozwiązał jej rozterki, posyłając do Józefa swego anioła. Później, na mocy rozporządzenia Cezara Augusta, pojawiła się konieczność udania się do odległego Betlejem – i to w czasie, w którym miało nastąpić rozwiązanie. Kolejny niepokój o Dziecko i o siebie – i kolejny błysk radości i zrozumienia, że przecież sam Bóg jest z nią i nad nią czuwa. Prorok Micheasz przepowiedział bowiem, iż właśnie z Betlejem „wyjdzie ten, który będzie władał w Izraelu, a [którego] pochodzenie od początku, od dni wieczności”. Jeśli więc w Betlejem ma przyjść na świat Syn Boga, a zarazem jej Syn, to przecież ona musi wyruszyć w drogę z ufnością, pokonując wszelki lęk i wszelkie obawy!

Oczekiwanie na ból i cierpienie


Kiedy zaś od urodzenia Jezusa upłynęło czterdzieści dni, udała się wraz z Józefem do świątyni, aby ofiarować Go Najwyższemu. I wówczas usłyszała od starca Symeona słowa, które określiły kształt jej nowego oczekiwania. Było to oczekiwanie na chwilę, w której jej Syn okaże się dla wielu znakiem sprzeciwu i zarazem w której jej duszę przeniknie miecz. Oczekiwanie na ból i cierpienie, które staną się jej udziałem w zbawczym dziele Jezusa. Z tą świadomością wkraczała w coraz bardziej dojrzałe Jego życie. A życie to nie szczędziło chwil, które dogłębnie były naznaczone przenikającym ją bólem. Wówczas też nieodmiennie rodziło się w niej pytanie: czy właśnie to cierpienie zapowiadał świątobliwy jerozolimski starzec i czy nie właśnie ono jest owym czasem okrutnego miecza, który miał przeszyć jej serce.
Tak było, gdy dwunastoletni Jezus pozostał w świątyni, a ona z Józefem była skazana na trzydniowe Jego poszukiwanie. Tak było, kiedy dorosły już Jezus opuścił rodzinny dom i zaczął swą apostolską pracę. Tak było, gdy postanowiła przerwać ogarniającą ją tęsknotę i gdy wraz z krewnymi udała się do Jezusa, który przebywał w jakimś niezbyt odległym zakątku Galilei. I wtedy usłyszała słowa, które nie tylko dla niej, ale także dla wielu postronnych ludzi wydały się twarde, a które ona potem długo rozważała w swym sercu, usiłując dociec ostatecznego ich sensu: „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”.
Przyszedł jednak moment, kiedy pojęła, czym stanie się dla niej czas okrutnego miecza. Oto ktoś przekazał jej słowa, którymi Jezus zapowiedział swój los: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, będzie [na koniec] zabity”. Nie powtórzyła wtedy za Piotrem: „Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Wiedziała przecież, że jeśli Jezus to powiedział, to tak też się stanie. Co więcej, w tej chwili zrozumiała również, co znaczą inne, dotąd nie w pełni jasne, Jego słowa o naśladowaniu Go i konieczności dźwigania krzyża. Zatem męka na krzyżu. Oczekiwanie tej strasznej chwili stało się odtąd jej cichą męką. Ból równoważyło tylko jedno: głęboka wiara, że tak właśnie musi się stać dla zbawienia świata. I że jej pozostaje pełne poddania powtarzanie słów ze Zwiastowania: „Niech mi się stanie”.

I stało się


Trzy godziny konania Syna na Golgocie. Trzy godziny jej wiernego trwania u stóp krzyża. I na koniec Jego: „Wykonało się!”. Na przekór tragedii, która dla Apostołów oznaczała koniec wszystkiego, co wiązało się z ich Mistrzem, odtąd jej oczekiwanie było pełne nadziei. Przecież Jezus zapowiedział nie tylko swą tragiczną śmierć. On mówił też o swym zmartwychwstaniu. Nie wiemy, kiedy radość pustego grobu stała się jej udziałem. Pobożna tradycja chrześcijańska głosi, że Chrystus ukazał się jej jako pierwszej. Gdyby jednak tak nawet nie było, to przecież nie podzielałaby wątpliwości uczniów i nie pragnęłaby dotykać się Jego ran. Żadna postać – czy to ogrodnika przy grobie, czy też przechodnia zdążającego do Emaus – nie potrafiłaby ją zmylić. Wiedziałaby żarliwością wiary i pewnością swej matczynej miłości: oto Jezus, jej Syn zmartwychwstały!
Wniebowstąpienie Jezusa stało się czasem nowej rozłąki. I nowego oczekiwania. Jego kształt znowu określił jej Syn. Tuż przed rozstaniem polecił bowiem Apostołom, aby nie odchodzili z Jerozolimy, lecz oczekiwali wypełnienia się obietnicy Ojca. Wraz z nimi trwała więc na modlitwie w Wieczerniku, prosząc Boga, aby oni – tak ciągle zalęknieni i pełni bojaźni – zostali „ochrzczeni Duchem Świętym”. Jej trwanie było więc oczekiwaniem chwili, w której światu objawi się Chrystusowy Kościół. Możemy sobie wyobrazić jej dumę i radość, z jaką w Dzień Pięćdziesiątnicy patrzyła na Piotra, który na oścież otworzył drzwi Wieczernika i zaczął swą pełną odwagi i Bożej mocy katechezę: „Bracia, musiało wypełnić się słowo Pisma...”.

Ostatnie oczekiwanie


A kiedy Apostołowie poszli na cały świat, aby nauczać wszystkie narody, ona modliła się za nich – o błogosławione owoce ich posługiwania. Sama jednak coraz bardziej tęskniła za Synem. Stąd wyczekiwała już tylko na jedno: na śmierć, która połączy ją z Jezusem. Na tę chwilę przejścia, które zjednoczy ją z Nim na zawsze. I tak trwało do dnia, w którym On wziął ją do siebie, wynosząc ponad wszelkie stworzenie.
Adwent Maryi, Oblubienicy Chrystusa. Wielkie oczekiwanie, które stało się treścią jej życia.
Kościół – mistyczna Oblubienica Chrystusa – też żarliwie i pełen wiary czeka. I ożywiony tym samym, co pokorna Służebnica Pańska, Duchem woła: Maranatha – „Przyjdź, Panie Jezu!” I wie – pewnością wiary, nadziei i miłości – że kiedyś spełnią się słowa Chrystusa z Apokalipsy: „Zaiste, przyjdę niebawem”. Amen.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki