Ochłonąć (to cool down) – to najważniejsze, co według Donalda Trumpa winno się teraz stać w relacjach między Chinami a Tajwanem. 15 maja, tuż po spotkaniu z Xi Jinpingiem, prezydent USA powiedział nadto: „Nie oczekuję że ktokolwiek wybije się na niepodległość. Czy mamy teraz przemierzać 9,5 tysiąca mil na wojnę?”. To oczywiście pytanie retoryczne. 9,5 tysiąca mil morskich to odległość dzieląca Tajwan od amerykańskich portów wojennych – taki dystans miałyby przebyć kanonierki USA, by bronić niepodległego Tajwanu przed kontynentalnymi Chinami. Ale Tajwan (formalnie Republika Chińska) ogłosił niepodległość dawno temu. Nie uznaje jej większość świata, w tym najlepszy sojusznik w postaci Stanów Zjednoczonych, które w 1979 roku wręcz uznały za jedyny legalny rząd w Pekinie.
Co zatem musiałoby się stać, aby ziściło się to, co Trump nazwał „wybiciem się na niepodległość”? Samoloty z Tajpeju, tajwańskiej stolicy, miałyby zaatakować porty Kantonu i Szanghaju? Wolne żarty. To zwyczajna słowna piana prezydenta z Waszyngtonu. Po jej odgarnięciu pozostaje treść: nie będziemy umierać za Tajwan. I w niedopowiedzi mrugnięcie: mój chiński „przyjaciel” (Xi) właśnie mi obiecał, że nie będzie próbował wyspy zdobywać. Nie ma więc o co kruszyć kopii. Cool down.
Azjatycka RFN
Czy zatem świat może odetchnąć i przestać obawiać się wybuchu trzeciej wojny światowej? Niestety, nie do końca. Ale by to wyjaśnić, cofnijmy się najpierw ku genezie konfliktu.
Gdy w 1949 roku na kontynencie zwyciężyli komuniści Mao Zedonga, dotychczasowy rząd generała Czang Kaj-szeka, podobnie jak nasz rząd w 1939 roku, opuścił stolicę, chroniąc się na jedynym niezajętym przez komunistów kawałku Chin – na tajwańskiej wyspie. Tajwan był dotąd, patrząc z perspektywy Pekinu, absolutną prowincją. Teraz stał się źdźbłem w oku nowych panów Imperium Środka.
Stany Zjednoczone, które po wojnie uznały się za mocarstwo pilnujące, by „czerwona zaraza” nie rozlewała się po świecie, w 1954 roku zawarły z Tajwanem sojusz wojskowy. Na wyspę wysłano silny militarny kontyngent, mający gwarantować Republice Chińskiej nienaruszalność w razie ataku z drugiej strony Morza Wschodniochińskiego. Odtąd globalna publika stała się świadkiem dziwnego fenomenu: pod względem werbalnym to nie Pekin, ale Tajpej groził rywalowi atakiem i aneksją. Mała wyspa nieodmiennie zapowiadała, że w końcu podbije i zjednoczy miliardowy kraj.
W cieniu tej militarnej retoryki dokonywał się gospodarczy cud na miarę planu Marshalla. Prowincjonalny i zakompleksiony Tajwan w ciągu dwóch dekad pod protekcją USA stał się wyspą kwitnącą i zamożną. Kulało tylko z demokracją. Jednak gdy w 1975 roku umarł Czang Kaj-szek, ojciec-założyciel państwa, a jednocześnie jego tyran, wojskowa dyktatura stopniowo przerodziła się w demokratyczny system wielopartyjny. W 1991 roku zniesiono tam stan wyjątkowy, obowiązujący od początku istnienia państwa. Teraz to prawdziwa azjatycka RFN, ziszczony sen Francisa Fukuyamy.
Kłopoty przyszły od zewnątrz. W 1979 roku, na fali „odprężenia”, Waszyngton dokonał zwrotu, uznając rząd Chińskiej Republiki Ludowej ze stolicą w Pekinie za jedyną legalną reprezentację Chin. Konsekwencją tego był wyjazd z wyspy reszty kontyngentu wojskowego. Bo Ameryka zmniejszała go od dawna: o ile pod koniec lat 50. stacjonowało tam 20 tys. żołnierzy USA, w roku 1978 pozostało ich mniej niż tysiąc. Tajwańczycy, zamożni i dobrze uzbrojeni, poczuli się trochę zdani sami na siebie. Ustała więc zaczepna retoryka.
Jednak pod względem gospodarczym nic się nie zmieniło, Tajwan nadal jest jednym z „azjatyckich tygrysów”. I nic nie wskazuje na to, aby ten właśnie stan miał się szybko zmienić.
Cebulowa struktura okupacji
Ze szczytu wieżowca 101, najwyższego budynku Tajpeju i do niedawna najwyższej budowli świata, nie widać już, jak bardzo dziewiczą krainą był do niedawna Tajwan. Tymczasem jeszcze w końcu XIX stulecia miasto otaczał bambusowy płot, chroniący główny ośrodek wyspy przed… łowcami głów.
Aż do mniej więcej 1700 roku Tajwan był miejscem, na które Chińczycy nie zwracali uwagi – czymś podobnym do malezyjskiego Borneo, z jego niespenetrowanym do niedawna wnętrzem. Dopiero wtedy osiedlili się tam kupcy z Kantonu, dając początek chińskiej populacji wyspy. Jednak byli to szczególni Chińczycy. Ich rodacy z kontynentu przez całe 300 lat tam nie zajeżdżali, co sprawiło że tajwańscy Chińczycy, żyjąc w izolacji, wykształcili osobną tożsamość i osobną odmianę języka chińskiego, zwaną językiem tajwańskim.
Dopiero w latach 1945–1949 dołączyła do nich dwumilionowa fala uchodźców z kontynentu. Ci, pod autorytarnymi rządami Czang Kaj-szeka, opanowali kluczowe stanowiska kraju. Dla chińskich Tajwańczyków byli elementem obcym, w dodatku mówili innym chińskim – czyli po mandaryńsku. Gdy w 1947 roku mandaryński oficer zastrzelił tajwańskiego sprzedawcę papierosów, na wyspie wybuchł bunt. W pogromach urządzanych przez ludność miejscową zginęło wtedy do 30 tys. Chińczyków z kontynentu. Teraz te animozje w dużej mierze zanikły, choć ich echa nadal dają się odczuć.
To wszystko są relacje chińsko-chińskie, jak jednak ma się rodowita ludność wyspy? To kilkanaście plemion, do początków XX wieku żyjących, jak Papuasi w Nowej Gwinei, na poziomie wspólnot pierwotnych. Dość powiedzieć, że ostatnie polowanie łowców głów zanotowano tam w 2003 roku. Część z nich się zasymilowała, jednak na wschodzie wyspy, w trudno dostępnych rejonach górskich i tropikalnych, ludzie żyją jeszcze po staremu.
Tajwańscy Aborygeni (tak ich nazywają), o ile całkowicie nie wsiąkli w nowożytną społeczność, uważają za okupantów wszystkich Chińczyków – tak jak Chińczycy tajwańscy do niedawna uważali za okupantów Chińczyków z kontynentu. Świadomość okupacji ma więc na Tajwanie strukturę warstwową – jak cebula w filmie o Shreku. Teraz jednak łagodzi ją wspólne poczucie zagrożenia zza chińskiego morza.
Pekin zalicza potknięcia Trumpa
Sześćdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Tajpeju leży miasto Xinzhu. Tych, co o nim słyszeli, można w Polsce policzyć na palcach, jednak miejsce to jest kluczowe dla teraźniejszości i najbliższej przyszłości Azji oraz Europy, Polski nie wyłączając. W Xinzhu mianowicie produkuje się, w globalnej skali, ponad 90 proc. wysokiej klasy procesorów potrzebnych do funkcjonowania AI, zwanej sztuczną inteligencją.
Można by wymieniać inne przykłady kluczowej tajwańskiej produkcji, ale ten jeden chyba wystarczy. Tajwan jest zbyt ważnym gospodarczym ogniwem – dla Stanów Zjednoczonych, ale także, pośrednio, dla Chin – aby ktokolwiek miał teraz ryzykować utratę tej prosperity dla wątpliwych zysków politycznych.
Zagrożenie jednak istnieje, choć w dalszej perspektywie. Pekin – stolica państwa, a jednocześnie cywilizacji, która liczy sobie kilka tysięcy lat – umie być cierpliwy. Xi, pomimo zaawansowanego wieku, nie może nie dostrzegać, że tej akurat zalety Trumpowi brakuje. Kadzi mu więc i życzy (chyba szczerze), aby panował jak najdłużej. I z satysfakcją zalicza kolejne potknięcia amerykańskiego „przyjaciela”. Kiedyś przyjdzie czas, gdy on sam poda nam Tajwan na tacy – tak zapewne myślą decydenci za murami Placu Niebiańskiego Spokoju.
Z zagrożenia zdają sobie sprawę wszyscy Tajwańczycy, choć reagują na nie na różne sposoby. Lai Ching-te, prezydent od 2024 roku, jest liderem Demokratycznej Partii Postępu, która twardo opowiada się za utrzymaniem sojuszu z USA jako jedynego gwaranta niepodległości. Z kolei opozycyjny Kuomintang, partia rządząca krajem przez pierwsze pół wieku jego istnienia, jest zwolennikiem miękkiej linii: w obliczu następujących po sobie blamaży polityki zagranicznej USA liderzy tej partii coraz śmielej mówią o potrzebie dogadania się z Pekinem.
Wizja drugiego Hongkongu nie uśmiecha się większości obywateli Tajwanu. Lecz być może dożyją czasów, gdy będą musieli do niej przywyknąć.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














