Gdyby ktoś jeszcze tego nie wiedział, informujemy: ziemia usuwa się nam spod nóg. Stoimy na coraz cieńszym gruncie, w rozkroku nad przepastnym rowem tektonicznym, który tylko patrzeć, jak się pod nami otworzy. Ten geopolityczny rów rozdziela kulę ziemską na dwie połówki: atlantycką i pacyficzną. My w Europie nadal tego specjalnie nie odczuwamy, ale na antypodach ludzie już widzą, że nagle znaleźli się po niewłaściwej stronie otwierającej się przepaści. Błyskawicznie wykonują więc ryzykowny, lecz jeszcze możliwy skok na drugą stronę. Mowa o Japończykach.
Partia nie, pani premier tak
23 stycznia premier Sanae Takaichi rozwiązała izbę niższą japońskiego parlamentu i zapowiedziała nowe wybory. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Takaichi w momencie podjęcia tej decyzji sprawowała urząd szefowej rządu zaledwie od trzech miesięcy. W Europie oceniono by to niemalże jako zamach stanu – skądinąd osobliwy, bo przeprowadzony przez stronę rządzącą. Jednak w Japonii manewr ten całkowicie się udał. Co więcej, przyniósł w efekcie fundamentalną zmianę politycznej stratygrafii – na korzyść inicjatorki nowych wyborów.
Partia Liberalno-Demokratyczna (PLD), stronnictwo o konserwatywnym obliczu, rządziła przez owe trzy miesiące minimalną większością, co sprawiało, że nie była zdolna do przeprowadzenia poważnych zmian politycznych, społecznych i gospodarczych. Wszystkie te inicjatywy, zgodnie z japońską konstytucją, były blokowane przez opozycyjny Sojusz Reform Centrowych (w japońskiej panoramie politycznej PLD lokowana jest na prawicy). Ten zastój w życiu publicznym negatywnie odbił się na popularności rządzącej partii, ale, co ciekawe, wcale nie zaszkodził wizerunkowi Takaichi, która w oczach wielu Japończyków uchodzi za człowieka czynu, azjatyckie wcielenie Margaret Thatcher. Pani premier zadała więc rodakom pytanie: czy chcecie, abym rządziła w kraju realnie? W niedzielę 8 lutego Japończycy odpowiedzieli: tak.
Zwyciężyła miażdżąca mniejszość
Wstępne wyniki wyborów dały PLD, włącznie z jej koalicjantem, Partią Innowacji, 310 głosów w 465-osobowym parlamencie. To prawie trzy czwarte poselskich foteli. Nie można tego nazwać inaczej niż miażdżącym zwycięstwem. Z kolei odsetek głosów oddanych na Sojusz Reform Centrowych spadł prawie dwukrotnie. Inna sprawa, że przy zadziwiająco niskiej frekwencji: na dwie godziny przed zamknięciem wyborczych lokali odwiedziło je zaledwie 26 proc. uprawnionych. Japońska konstytucja nie uzależnia jednak wyników od frekwencji, decyzja z 8 lutego jest więc obligatoryjna. Zagłosowali więc głównie zwolennicy zmian, zaś ludzie, którzy nie widzą ich nagłej potrzeby, raczej pozostali w domach. Czy to dobrze, czy źle – niech Czytelnik odpowie sobie sam po przeczytaniu całości.
Pierwsze pytanie: dlaczego w Japonii premier ma prawo rozwiązać parlament? Otóż na tej samej zasadzie, jak w Tajlandii czy nawet Hiszpanii (w Wielkiej Brytanii jest to bardziej skomplikowane). Japonia nie ma prezydenta, jest bowiem monarchią. Co poniektórych może dziwić, zważywszy że nikt o tym nie wspomina. Tak, to prawda, obecny cesarz Naruhito pełni swoją godność czysto ceremonialnie i żadnego wpływu na realną władzę nie ma. A dlaczego tak się stało, wyjaśniamy poniżej.
Japonia potrzebuje armii
To skrajne osłabienie cesarskiej władzy jest bezpośrednim wynikiem militarnej klęski w II wojnie światowej. Po traumie Hiroszimy i Nagasaki Japończycy całkowicie zrewidowali swój stosunek do polityki imperialnej, jaką do tej pory prowadzili ich cesarze – w pełnym tego słowa znaczeniu. Okupacja Chin, stworzenie marionetkowego państwa Mandżukuo – to wszystko w ich oczach stało się balastem prowadzącym naród do zguby. Japończycy przeszli więc, do pewnego stopnia, proces przyspieszonej reedukacji, podobny do tego, jaki po 1945 roku narzucono pokonanym Niemcom. W dwóch modelach: zachodnim i sowieckim. I z różnymi skutkami. Ale to inny temat. A ponieważ urząd cesarski był tego niechcianego dziedzictwa symbolem, Japończycy, nie rezygnując z monarchicznego ustroju, konsekwentnie usunęli swoich władców w strefę politycznego cienia. Pozostają tam do tej pory.
Powojenna trauma odbiła się też wyraźnie na treści japońskiej konstytucji, którą śmiało nazwać można pacyfistyczną. Japonia formalnie nie ma nawet własnej armii, a jej militarne jednostki nazwane zostały Siłami Samoobrony. Zgodnie z nazwą nie mają one prawa do interwencji poza granicami państwa.
I tu leży pies pogrzebany. Mniej więcej od roku Japończycy zaczęli dostrzegać, że polityczno-wojskowy parasol, jaki po 1945 roku roztoczyli nad nimi Amerykanie – wtedy okupanci, a obecnie sojusznicy – staje się zbyt mało obszerny, by ochronić ich przed nadciągającym chińskim monsunem. Takaichi zauważyła tę zmianę społecznych nastrojów i skutecznie wykorzystała moment. Teraz, mając zapewnione głosy w ramach tzw. absolutnej stabilnej większości, będzie mogła zmienić paragrafy konstytucji mówiące o siłach zbrojnych. Japonia potrzebuje teraz, na gwałt, armii z prawdziwego zdarzenia.
Gra wokół Tajwanu
Jednym z pierwszych oświadczeń pani premier (w listopadzie 2025 roku) była wyraźna deklaracja: Japonia zareaguje zbrojnie na wszelkie chińskie próby zaanektowania Tajwanu. W Pekinie wzbudziło to oczywiście gorącą reakcję: ogłoszono zakaz eksportu do Japonii surowców strategicznych oraz materiałów wykorzystywanych w celach militarnych. Zaś na przełomie roku Chińczycy przeprowadzili manewry wojskowe wokół tajwańskiej wyspy.
To już szóste manewry od czasu pamiętnej wizyty w Tajpej Nancy Pelosi, przewodniczącej Izby Reprezentantów USA. Pelosi odwiedziła tajwańską stolicę latem 2022 roku i była to pierwsza wizyta tak wysokiego amerykańskiego urzędnika od 25 lat. Demokratyczna spikerka parlamentu przyjechała tam z przesłaniem ekipy prezydenta Joe Bidena: nigdy nie ustąpimy autokratom. Tym właśnie przesłaniem, które w praktyce kwestionuje, jako szkodliwe w swej naiwności, obecny prezydent Donald Trump.
Chiny uważają Tajwan za swoją prowincję, a tajwański rząd za uzurpatorów. W odpowiedzi na tę wizytę zainicjowały więc serię wspomnianych manewrów. Odtąd minęło już sześć lat i „nic się nie zmienia”, jak lekceważąco sugeruje Trump. Sęk w tym, że każde kolejne manewry coraz bardziej zacieśniają żelazną pętlę wokół wyspy. Zaś w ostatnich, pod nazwą Misja Sprawiedliwość (koniec grudnia 2025 – początek stycznia 2026), chińskie krążowniki i odrzutowce wprost ocierały się o tajwańskie wody terytorialne. Łatwo sobie wyobrazić, że kolejne takie manewry mogą okazać się początkiem całkowitej i trwałej blokady wyspy. Wtedy do pokonania Tajwanu i wchłonięcia go przez Chiny nie trzeba będzie nawet rozpoczynać wojny.
W tym momencie przekraczamy linię, którą analitycy mądrze mogliby nazwać zmianą paradygmatu. Spróbujmy prześledzić punkt widzenia Tokio. Dopóki Chińczycy byli mocarstwem lądowym, Japonia mogła sobie pozwolić na pacyfizm. Jednak teraz, gdy Pekin wyraźnie sięga po Tajwan, jako przyszłą bazę morską, sąsiadującą z japońskim archipelagiem, pora zadbać o własne interesy strategiczne, włącznie ze strefą bezpieczeństwa na zewnątrz własnych granic. Dbają o nią wszystkie duże i silne państwa, niestety, włącznie z Rosją. Pilnują tego Stany Zjednoczone, a teraz do sztafety dołączają Chiny. Nie ma więc powodu, aby nie miała o to zadbać Japonia. Gospodarczo jeden ze światowych gigantów, ale militarnie, jak dotąd, raczej słabeusz. Mimo potencjalnie dużej sprawności. I ten potencjał chce teraz wykorzystać rząd pani Sanae Takaichi.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














