W poprzednich dwóch latach w ostatnim kwartale polska ochrona zdrowia wchodziła w zimowy stan uśpienia. Pod wodzą nowej koalicji rządzącej Narodowy Fundusz Zdrowia przestał wypłacać placówkom medycznym zapłatę za nadmiarowe wykonania świadczeń limitowanych, w związku z czym wykonawcy odmawiali przyjmowania kolejnych pacjentów na nieopłacane zabiegi, operacje oraz inne usługi. Dla wielu starszych osób, czekających długimi miesiącami na, przykładowo, wstawienie endoprotezy, była to informacja druzgocąca. Oznaczała wydłużenie okresu zmagania się z ograniczoną sprawnością, a nieraz też bólem. Rząd w tym czasie nie przeprowadził żadnych zmian, które zmierzałyby do załatania dziury w NFZ. Wręcz przeciwnie, próbował obniżyć składkę zdrowotną najzamożniejszych, co tylko pogłębiłoby problem –
na szczęście tę „deformę” systemu zawetował prezydent Andrzej Duda. W wyniku bierności nie tylko obecnej ekipy rządzącej, ale tak naprawdę wszystkich rządów III RP w XXI wieku, tegoroczne problemy mogą nadejść znacznie szybciej.
Medyczny lockdown
Według raportu Federacji Przedsiębiorców Polskich oraz Instytutu Finansów Publicznych (opisanego przez Business Insider), co miesiąc w NFZ brakuje 2 mld złotych. Siłą rzeczy kołdra staje się coraz krótsza. Według autorów raportu efektem może być brak wypłat za świadczenia wykonane przez placówki medyczne już w okolicach maja, co będzie oznaczać przesuwanie zabiegów z całego drugiego półrocza.
Co więcej, NFZ zrobił sobie w placówkach medycznych linię kredytową, wciąż zalegając im z wypłatami 9 mld złotych za zeszły rok. Zapożyczając się u świadczeniodawców, NFZ może przesuwać w czasie moment utraty płynności finansowej, ale w ten sposób ryzykuje bankructwem niepublicznych i publicznych Zakładów Ochrony Zdrowia. A także pauperyzacją wielu zawodów medycznych, których wypłaty wynagrodzeń stają się zagrożone. Jak również, oczywiście, pogłębieniem kłopotów zdrowotnych osób chorych.
W drugiej połowie zeszłego roku liczba pacjentów oczekujących na wizytę u specjalisty wydłużyła się o 30 proc., a mediana czasu oczekiwania na pilną wizytę w szpitalu to niespełna miesiąc. Trudno w tej sytuacji mówić o „pilnej wizycie” – po prostu w Polsce takie się prawie nie odbywają. Żeby dostać się w sposób pilny do szpitala, trzeba się jakoś „wprosić” na SOR. Jeśli niedofinansowanie systemu ochrony zdrowia będzie się przedłużać, to według autorów raportu już w 2028 roku dziura w NFZ sięgnie 90 mld zł w skali roku. To kwota zupełnie astronomiczna. Jeszcze w 2019 roku cały budżet NFZ wynosił 93 mld zł.
Niestety rząd nie przedstawia żadnych pomysłów na naprawę systemu. A w każdym razie żadnych mądrych pomysłów, gdyż niemądre faktycznie się pojawiają. Przykładowo, Ministerstwo Zdrowia zaproponowało Ministerstwu Finansów, by wprowadzić limity na kolejne, dotychczas nielimitowane świadczenia. Mowa m.in. o ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, diagnostyce obrazowej czy leczeniu zaćmy.
Mistrzowie kierownicy
W ostatnich tygodniach najgłośniej było o „innowacjach” oszczędnościowych w ginekologii i położnictwie. Według portalu Termedia, granica „opłacalności” istnienia oddziału położniczego to 400 porodów rocznie. Abstrahując od faktu, że określenie „granica opłacalności” w dyskusji o przyjmowaniu porodów to całkowite kuriozum, portal zidentyfikował jesienią zeszłego roku aż 88 porodówek znajdujących się poniżej tejże granicy. Każdemu z nich grozi zamknięcie, a w szczególności tym placówkom, w których zdarza się to już kilka lat z rzędu. Tylko w pierwszym miesiącu tego roku zamknięto więc aż 18 oddziałów położniczych w całym kraju. W styczniu jedną porodówkę zamykało się więc częściej niż co drugi dzień. W 2010 roku w całej Polsce funkcjonowało 400 oddziałów położniczych – na koniec stycznia tego roku było to zaledwie 266. Mówimy więc o spadku liczby oddziałów położniczych o jedną trzecią w ponad półtorej dekady. A to przecież nie koniec. Na początku lutego do zamknięcia trafiły trzy kolejne: dwa w Wielkopolsce (w Złotowie i Turku) i jeden na Śląsku.
W jaki sposób ten problem rozwiązywać? Propozycja jest tak absurdalna, że załamanie rąk to mało. Pojawił się pomysł, by kobiety rodziły na SOR-ach, które nie są przecież przystosowane do odbierania porodów. Dość powiedzieć, że nie zapewniają prywatności i nie dysponują odpowiednimi kadrami. Mimo wszystko w zeszłym roku ministerstwo wydało rozporządzenie, które nakłada na ddziały SOR obowiązek przyjmowania rodzących kobiet, jeśli w promieniu 25 km nie ma żadnej porodówki. Zmiany weszły od lutego tego roku. Określone SOR-y będą musiały stworzyć na terenie swojej placówki dyżurną salę porodową. Całodobowy dyżur pełniłyby położne, natomiast lekarz ginekolog musiałby stacjonować w godzinach… od 8.00 do 18.00. Po tych godzinach dyżurna położna powinna ocenić stan ciąży i jeśli poród jest we wczesnej fazie, rodząca kobieta dostanie zalecenie przetransportowania się do najbliższego oddziału położniczego. W sytuacjach nagłych poród zostanie przyjęty na SOR – czyli bez obecności lekarza specjalisty – lub szpital sam przetransportuje rodzącą w odpowiednie miejsce. I tutaj zaczyna się naprawdę robić groźnie.
Otóż Ministerstwo Zdrowia oczekuje od tych wybranych placówek, że będą w stanie przetransportować rodzące kobiety do porodówek w czasie maksymalnie 15 minut. Tymczasem mowa jest przecież tylko o SOR-ach, które w promieniu 25 km nie mają do dyspozycji żadnego szpitala z oddziałem położniczym. Inaczej mówiąc, karetka będzie musiała przejechać ok. 30 km w czasie 15 minut z rodzącą kobietą. Będzie musiała więc pędzić ze średnią prędkością 120 km/h, co jest do zrobienia na odcinku trasy ekspresowej w samochodzie osobowym, ale mówimy o karetkach i drogach krajowych na prowincji. To jest przepis na tragedię – chyba że SOR-y zaczną zatrudniać byłych rajdowców i zakupią flotę sportowych pojazdów dostosowanych do rajdów terenowych i przewożenia ciężarnych.
Stłucz pan termometr
3 marca tego roku przed budynkiem Ministerstwa Zdrowia spotkali się przedstawiciele szpitali powiatowych zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP) i Związku Powiatów Polskich (ZPP), protestując przeciwko sytuacji finansowej swoich placówek oraz doprowadzeniu przez rząd do zagrożenia zdrowia pacjentów. Bezpośrednią przyczyną wyjścia związkowców ochrony zdrowia na ulice był brak zaległych wypłat z NFZ za wykonane świadczenia w 2025 roku. Postulaty medyków są jednak znacznie szersze. Sprzeciwiają się oszczędnościom, które ministerstwo wdraża głównie kosztem szpitali powiatowych, zamieniając chociażby program „Dobry posiłek” na niewyceniony w ryczałcie standard żywienia. W ten sposób koszty przerzucane są na barki placówek powiatowych, a więc finalnie na pacjentów, którzy wyżywić muszą się sami.
„Tym, co nas niepokoi, jest obserwowany brak pomysłu ze strony resortu zdrowia, jak rozwiązać piętrzące się problemy” – stwierdził w rozmowie z „Menedżerem Zdrowia” wiceprezes OZPSP Tomasz Paczkowski. „Tak dłużej się nie da. Nie mogliśmy zaplanować wydatków, kupić leków i sprzętu, bo zachwiana została nasza płynność finansowa. Mieliśmy pieniądze na papierze” – stwierdził zaś prezes związku Waldemar Malinowski.
Związkowcy dali resortowi czas do końca marca na rozwiązanie najbardziej palących problemów. Rozmawiający z nimi wiceminister Tomasz Maciejewski miał zapewnić o chęci do „dalszego dialogu, spotkań i współpracy”. Czyli padło klasyczne „zadzwonimy do pana”. Jak tak dalej pójdzie, niedługo nie będzie miał kto odebrać.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!












