Wigilie dla samotnych w prawie pięćdziesięciu miastach i Ministerstwo do spraw Samotności to tylko niektóre z inicjatyw wspierające osoby w kryzysie samotności, których jesteś twórcą. Czym z perspektywy Twojego ponaddwudziestoletniego doświadczenia jest samotność?
– Trzeba przede wszystkim zacząć od tego, od czego zaczął Bóg, który stworzył świat i stworzył człowieka. Chwilę potem zauważył, że „nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Skoro sam Bóg to dostrzegł, to znaczy, że jest to naprawdę poważna sprawa. Jak wiemy z historii biblijnej, Bóg stworzył kobietę, aby mężczyzna nie był samotny. Nazwał ją „pomocą odpowiednią”, co wskazuje, że jako ludzie wzajemnie się uzupełniamy, wspieramy i jesteśmy, w sensie biblijnym, stworzeni do bycia razem, a nie osobno. Samotność, w moim przekonaniu, jest więc zaprzeczeniem ludzkiej natury. Niektórzy określają ją już nie tylko problemem, ale wręcz chorobą, bywa, że „dżumą XXI wieku”. Z pewnością jest to poważne schorzenie społeczne, które często prowadzi do jeszcze większych trudności w życiu człowieka.
Jakie są aktualnie najważniejsze czynniki prowadzące do poczucia samotności?
– Najbardziej klasyczne dotyczą osób starszych, które w naturalny sposób tracą swojego współmałżonka. Szczególnie u mężczyzn jest to doświadczenie bardzo bolesne: dotychczasowy, bezpieczny świat nagle się rozpada, bo znika osoba, która była tą „pomocą odpowiednią”, dbającą o wiele spraw domowych i codziennych. U kobiet również jest to ogromna wyrwa, jednak często radzą sobie z samotnością nieco lepiej niż mężczyźni. Jeśli mówimy o osobach w wieku, nazwijmy to, dorosłym, 30, 40, 50 lat, to są to ludzie, którzy często prowadzili „zwyczajne życie”: mąż, żona, dzieci. W takich przypadkach kryzysem i związaną z nim samotnością jest zazwyczaj rozstanie. W tej grupie wiekowej samotność nierzadko mocniej dotyka kobiet. Bardzo często wstydzą się one swojej sytuacji, tego, w jakim miejscu życia się znalazły, mając wciąż w pamięci te wszystkie radosne ,,obrazy z życia”, na których była uśmiechnięta, szczęśliwa rodzina. Dla wielu z nich to ogromny dramat. W takich sytuacjach nasza fundacja staje się miejscem, gdzie te kobiety odnajdują dla siebie przestrzeń – często jako wolontariuszki. Przychodzą, by pomagać innym, ale my dobrze wiemy, że w największym stopniu pomagają same sobie. Nie mają z kim spędzić świąt, wolnych dni, chcą czymś wypełnić pustkę, chcą działać, pomagać, by choć trochę zagoić własną traumę. Młodzi ludzie także doświadczają samotności, choć z zupełnie innych powodów. Często w domu nie otrzymują akceptacji, której potrzebują, nie czują miłości ani zainteresowania, którego oczekują w danym momencie rozwoju. Samotność w ich przypadku może prowadzić zarówno do złych wyborów, co niestety często się zdarza, jak i do odkrycia czegoś dobrego, jak chociażby zaangażowanie w działalność naszej fundacji. Pomaga nam wielu młodych wolontariuszy, o których rodzice mówią: „On się nie uczy”, „Ona jest niegrzeczna”, „Z nimi są same problemy”. A u nas ci młodzi ludzie zachowują się zupełnie inaczej. Rodzice pytają: „Jak to możliwe, że u was są tacy pomocni?”. A to dlatego, że w domu są często zamknięci, poirytowani, zbuntowani – bo czują się samotni. Natomiast w fundacji, gdzie są zapraszani do współpracy, gdzie widzą, że są potrzebni i ważni, odnajdują swoje miejsce. Przestają być samotni społecznie. I wtedy „dostają skrzydeł”, zaczynają się rozwijać, a ich życie stopniowo się zmienia. To oczywiście trzy podstawowe grupy wiekowe i zaledwie zarys problemu. Przyczyn samotności jest o wiele więcej, ale taki podział pozwala zobaczyć, z jak różnymi formami samotności mierzą się różne pokolenia.
W codziennym pędzie mijamy na ulicach setki ludzi. Niemożliwym jest, by – nawet przy dobrych chęciach i uważności – dostrzec, kto zmaga się z samotnością. Skąd Ty to wiesz?
– Rozpoznaję samotność dość szybko, robię to niemal błyskawicznie. Nie mówię tego, by przypisywać sobie jakieś nadprzyrodzone zdolności, ale wynika to po prostu z doświadczenia. Czasem wystarczy kilka zdań rozmowy, nawet krótki kontakt telefoniczny, by od razu zorientować się, że dana osoba jest samotna. Osoby samotne, mówiąc żartobliwie, nie mają na co dzień z kim „się pospierać”. My, którzy nie jesteśmy samotni, mamy naturalny „poligon”: rodzinę, przyjaciół, ludzi, z którymi się czasem sprzeczamy, ścieramy, z którymi wymieniamy emocje. Osoba samotna tego nie ma. I kiedy spotyka kogoś na swojej drodze, musi gdzieś „upchnąć” te nagromadzone emocje. Każdy z nas je ma, a osoby samotne nie mają gdzie ich uwolnić, więc często robią to na przypadkowo napotkanych ludziach, którzy stają się ofiarami ich napięć, agresji, frustracji czy braku zaufania. To niestety prowadzi do kolejnego etapu: ludzie zaczynają ich unikać. I z ich perspektywy jest to zrozumiałe: nikt nie chce być krzywdzony, nikt nie chce wysłuchiwać wybuchów emocji. W konsekwencji osoby samotne zamykają się jeszcze bardziej, utwierdzając się w przekonaniu: „Świat mnie nie rozumie”. Co ważne, samotne osoby często nie widzą swojej agresji. Myślą, że funkcjonują zupełnie normalnie. Ponieważ nie mają codziennego „tarcia” z bliskimi, nie mają punktu odniesienia. Dlatego ich ton, który dla innych jest trudny, dla nich wydaje się zwykłą rozmową. Nic dziwnego, że potem są zdumieni, że ktoś odpowiedział chłodem czy zdenerwowaniem. My w fundacji rozpoznajemy to bardzo szybko i nie obrażamy się na te osoby. Wręcz przeciwnie – od razu wiemy, że to ktoś, kto potrzebuje wsparcia i kogo trzeba słuchać inaczej. Słuchać nie tego, co mówi, ale tego, co naprawdę w sobie niesie.
Jak jednak zrobić to tak, by samemu nie zareagować „po ludzku”, instynktownie, agresją na agresję?
– Dzisiaj wiele mówi się o stawianiu granic – i słusznie – ale w mojej pracy działam inaczej. Jeśli taka osoba trafia pod skrzydła fundacji: zostaje wolontariuszem, podopiecznym, pojawia się w Ministerstwie do spraw Samotności albo spotykam ją przy jakiejś okazji, siadam z nią przy kawie. Otwieram inną „zakładkę” niż ta, z którą przyszła. Bardzo często okazuje się, że sprawa, którą zgłaszają, jest tylko zasłoną dymną. To wcale nie jest prawdziwy problem. Osoby samotne spodziewają się kontrataku – mechanizmu „cios za cios”. Tymczasem zaskakuje je spokojna rozmowa, wysłuchanie, próba zrozumienia. Nie chodzi o przesadną empatię, ale o uważność. I nagle okazuje się, że za tą agresją stoi dużo głębszy ból. W trudniejszych przypadkach odsyłamy takie osoby do terapeutów i psychologów, którzy współpracują z naszym Ministerstwem ds. Samotności. Co ważne, pomoc ta jest całkowicie bezpłatna. I podkreślam, jeśli ktoś nie ma wokół siebie organizacji takiej jak nasza, warto szukać lokalnych inicjatyw i kierować potrzebujących w odpowiednie miejsce.
Dziś Wolne Miejsce to duża fundacja przeprowadzająca nie tylko wielkoformatowe akcje jak Wigilia dla Samotnych, ale to także codzienne wsparcie dla potrzebujących nie tylko w Polsce, ale chociażby w Strefie Gazy, gdzie pomagaliście niedawno. Na początku byłeś sam.
– Aby historia była pełna i prawdziwa, trzeba zacząć od roku 1999. Wtedy miałem wypadek samochodowy. Auto zaczęło koziołkować, a ja byłem przekonany, że umieram. Jechałem z dużą prędkością – wiesz, że jeżdżę często, taki charakter mojej pracy – i nagle wypadłem z drogi. W tej jednej chwili miałem absolutną pewność, że to jest mój koniec. Złapałem się pod kierownicę i pomyślałem, że zaraz zamknę oczy, zapadnę się w ciemność, w nicość – koniec życia. W tamtym czasie byłem osobą niewierzącą, więc to nie był moment żadnej modlitwy czy prośby do Boga. Auto turlało się długo. To prawda, że w takich momentach życie przelatuje przed oczami. Ale nie w formie filmu – raczej jako głęboka świadomość. Zobaczyłem swoje życie jako puste, zmarnowane. Poczułem, że miałem potencjał jak każdy – Bóg daje ludziom życie, talenty, możliwości – a ja to wszystko zakopałem w ziemi jak biblijny sługa. Nie wykorzystałem tego. I teraz miałem umrzeć, nawet nie próbując tego odkopać. Pomyślałem sobie wtedy dość brutalnie: „No pięknie, przegrałem… i to na własne życzenie”. I nagle przyszła kolejna myśl – że za chwilę stanę przed Bogiem. To było dziwne, bo, podkreślam, nie wierzyłem wtedy. Ale ta myśl była bardzo wyraźna. Po chwili jakby przyszło kolejne natchnienie: „Bóg cię nie będzie sądził. On jest miłością. Ale ty sam już się osądziłeś”. I rzeczywiście, w tym kilkusekundowym koziołkowaniu odbył się we mnie mój własny sąd nad moim życiem. Nie prosiłem Boga o drugą szansę, nie było jak w bajkach: „Daj mi jeszcze jedną szansę, a zmienię się”. To była tylko myśl: szkoda… gdyby się dało inaczej, zrobiłbym to inaczej. Samochód w końcu się zatrzymał. Ku zdumieniu wszystkich – żyłem. I dwie osoby jadące ze mną też przeżyły. Były szpitale, badania, ale nikt nie odniósł trwałych obrażeń. Ludzie mówili potem: „Na kolanach do Częstochowy!”. Auto było zmiażdżone, dach wgnieciony, a my ocaleliśmy w małej przestrzeni między dachem a podłogą. Nie poszedłem wtedy do Częstochowy, ale zacząłem szukać Boga. Chodziłem do kościoła, rozmawiałem z ludźmi, ktoś podsunął mi Biblię. Zacząłem ją czytać, analizować, szukać żywego Boga – relacji. I to rozpoczęło proces weryfikowania całego mojego życia. Jednym z momentów tej weryfikacji była Wigilia. Zadałem sobie pytanie: po co kładziemy pusty talerz, skoro nikt obcy tak naprawdę nie jest zaproszony? Nie sąsiad, nie znajomy, nie ktoś sympatyczny – tylko ktoś naprawdę samotny. Czułem, że to, co robimy, jest czasem teatralne. I wtedy postanowiłem: albo talerz zniknie, albo zaproszę kogoś naprawdę samotnego.
Myślę, że to coroczne refleksje wielu z nas. Jednak Ty poszedłeś o krok dalej…
– Z osiedla kojarzyłem pewnego człowieka – Dariusza. Wtedy nie znałem jeszcze jego imienia. Był typowym przykładem osoby w kryzysie samotności: napięty, nieufny, czasem odpowiadał na dzień dobry, czasem nie. Pomyślałem: to właśnie jego powinienem zaprosić. Zapukałem. Otworzył niechętnie, ponieważ dla niego Wigilia była jednym z najtrudniejszych dni w roku. Powiedziałem, że chciałbym go zaprosić na wieczerzę. I wtedy zobaczyłem, jak ta sama twarz, na co dzień nieprzyjemna i „z kolcami”, nagle rozjaśniła się uśmiechem. Zapytał tylko: „Na którą godzinę?”. Przyszedł. Myślałem, że to będzie po prostu miły wieczór: barszcz, ryba, opłatek. Ale usłyszałem od niego historie, które mnie poruszyły do głębi. Powiedział, że moje zaproszenie w pewnym sensie ratuje mu życie, że często w Wigilię nie widział sensu, by cokolwiek kontynuować. Że odwiedzał grób rodziców i zastanawiał się, kiedy znów będzie z tymi, którzy go kochali. Jego Wigilia wyglądała tak: wyjmował sztuczną choinkę z szafy, otwierał puszkę z rybą, bo nie potrafił przygotować świątecznych potraw, a zza ściany słyszał śpiew kolęd, śmiechy rodzin. To pogłębiało jego depresję. Powiedziałem mu wtedy: „Darku, zawsze będziesz miał u mnie wolne miejsce – w Wigilię, w Wielkanoc, przy kawie, w każdy trudny dzień”. Ucieszył się, a przy wyjściu zapytał, czy może powiedzieć innym samotnym, że istnieje takie miejsce. Zgodziłem się, nie zdając sobie sprawy, co się zacznie dziać (śmiech). Na Wielkanoc przyszedł ktoś jeszcze. Na kolejną Wigilię – już kilka osób. Ludzie pukali do drzwi, otwierałem, a w progu stały osoby z wielkimi oczami pełnymi strachu i nadziei, mówiące: „Czy to prawda, że u pana jest wigilia?”. „Tak, zapraszam”. W końcu w mieszkaniu było 30 osób. Musiałem zmienić miejsce. W mojej restauracji, którą wówczas prowadziłem, zorganizowaliśmy spotkania dla 120 osób. A w 2012 roku wynająłem halę, zrobiłem plakaty, zaprosiłem wszystkich. Przyszło 650 osób, jeszcze wówczas bez fundacji, bez rozgłosu, bez wsparcia instytucji. Tylko ja i przyjaciele. Potem już było jasne, że tego nie da się zatrzymać. Dziś wigilia organizowana przez Wolne Miejsce odbywa się w prawie 50 miastach – jest największą w Polsce.
Co ciekawe, osoby, którym pomagacie, stają się wolontariuszami i pomagają innym wydostać się z cierpienia wynikającego z samotności.
– Kiedy osoby samotne przychodzą do nas, do Wolnego Miejsca, spada z nich wiele „kolców”, tych codziennych barier, za pomocą których chronią się przed światem. Biorą udział w jednym wydarzeniu, a nierzadko po drugim, trzecim stają się wolontariuszami. To proces zdrowienia: od stanu „ciągłego narzekania i poczucia bycia ofiarą życia” do momentu, kiedy zaczynają pomagać innym, którzy mają jeszcze trudniej. Nasi wolontariusze to w dużej mierze osoby samotne, potrzebują drugiego człowieka. Ale mamy też osoby, które mają w pełni ułożone życie rodzinne i zawodowe, a mimo to w swoim sercu mają jeszcze miejsce dla innych. Chcą się realizować poprzez pomaganie, dostrzegają potrzeby i potrafią powiedzieć: „Widzę, że ktoś potrzebuje mojego czasu”.
Powiedziałeś, że osoby doświadczające samotności nierzadko ,,okopują” się w swoim cierpieniu i sprawiają wrażenie niedostępnych. Tymczasem od wielu lat nie wypalasz się i nie zwalniasz tempa, a liczba osób, które gromadzą inicjatywy fundacji, rośnie.
– Uwielbiam pomagać w sposób właściwy. Nie chodzi o rozdawnictwo. Kocham pomagać tak, żeby ta pomoc kogoś podniosła, żeby ktoś po niej mógł wstać i iść dalej. Żeby ta pomoc była zmianą, rzeczywistością, przełomem w życiu człowieka. Uwielbiam takie momenty. Uwielbiam widzieć ludzi po zmianie. Uwielbiam patrzeć na osoby, które były w tak ogromnym życiowym kryzysie, że trudno to sobie wyobrazić – a jednak ich życie się odmieniło. Bardzo często dzięki Panu Bogu. I dziś są w zupełnie innym miejscu, pomagają innym. To jest dla mnie największa nagroda. Za każdym razem, gdy to widzę, moje serce się raduje. I wtedy nie ma mowy o wypaleniu, bo myślę sobie: „Wow! Jakie niesamowite rzeczy możemy oglądać!”. Tego nie daje domowe oglądanie Netflixa. Tam emocje trwają półtorej godziny, a w prawdziwym życiu możemy ich doświadczać niemal 24 godziny na dobę. Niesamowite jest to, że tak naprawdę mam w tym wszystkim bardzo małą rolę. Większość rzeczy dzieje się bez mojego bezpośredniego udziału, a ja nie zawsze wiem, co dokładnie się dzieje – i bardzo się z tego cieszę. Liderzy i wolontariusze przekazują ogień dalej. Bez tych ludzi organizacja nie mogłaby funkcjonować. Robimy to w sposób naturalny. Nie ma w tym komercji. Oczywiście mamy swoje wyzwania – zwłaszcza przy dużych wydarzeniach w niektórych miastach, gdzie trzeba wynająć hale i ponieść koszty. Ale mówimy o tym otwarcie. Pokazujemy zarówno plusy, jak i minusy, chwile dobre i te trudniejsze. Prosimy o pomoc i wsparcie, kiedy jest potrzebne. Wszystko odbywa się legalnie, naturalnie, bez sztywnych strategii.
Skąd czerpiesz inspirację do podejmowania coraz to nowych działań?
– Każdego dnia modlę się i pytam Boga, co dalej. Traktuję codzienność jak przygodę. Pan Bóg powołuje nas do różnych rzeczy – ja spotkałem w swoim życiu wielu fantastycznych ludzi i byłem w niesamowitych miejscach. Jako dziecko mogłem o tym tylko marzyć, a dziś codziennie te przygody się realizują. Nie wiem, co mnie dziś spotka, co wydarzy się jutro ani gdzie spędzę tegoroczną Wigilię. Jest mnóstwo rzeczy, na które nie mam wpływu, ale wiem, że Bóg ma. I w tym oddaniu się Jemu, w tej „przygodzie chodzenia po wodzie” z Panem Jezusem czuję się pełen radości i sensu. To jest genialne.
Mikołaj Rykowski – Prezes Fundacji Wolne Miejsce, działacz społeczny. Pomysłodawca największych Wigilii i Wielkanocy dla Samotnych w Polsce oraz za granicą.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














