Efektem popularności Domu dobrego Wojciecha Smarzowskiego jest zwiększenie liczby zgłoszeń przemocy domowej – przekaz filmu bez wątpienia dodaje odwagi do walki o własną wolność i bezpieczeństwo. Innym aspektem obrazu, który przyciągnął do kin już ponad dwa miliony widzów, jest próba naruszenia stereotypu, zgodnie z którym przemoc ma miejsce wyłącznie w rodzinach ubogich i dotkniętych problemem uzależnienia od alkoholu.
Ciemne uliczki i jasne domy
Być może nie do końca chcemy sobie z tego zdawać sprawę – podobnie jak z wielu drzemiących w nas uprzedzeń i lęków – jednak w podświadomości wielu z nas przemoc nieustająco łączy się z biedą, alkoholem i bezrobociem. Pod wieloma artykułami na temat przemocy domowej, które udostępniane są w mediach społecznościowych, możemy znaleźć liczne komentarze, których autorzy wiążą dramatyczne wydarzenia z brakiem pieniędzy, niechęcią do podjęcia pracy czy rzekomym „życiem z socjalu”. Takie wyobrażenie na temat „umiejscowienia” przemocy podtrzymują w nas oczywiście miejskie legendy, neoliberalne media oraz liczne teksty kultury. Zarówno w serialach paradokumentalnych, jak i nieco bardziej wysublimowanych produkcjach, w roli przemocowców obsadzane są głównie osoby z marginesu społecznego. Zespół T.Love (który skądinąd zasługuje na docenienie!) w Jazzie nad Wisłą ostrzega na przykład przed niebezpieczeństwem, które czai się w biednych i mrocznych zakamarkach Warszawy: „Wieczorem nie łaź tam/ Unikaj pustych bram/ (…) I znów przemoc/ Niemoc ogarnia mnie”. Na mapie każdego miasta znajdują się miejsca, przed którymi – zwłaszcza po zmroku – ostrzega się dzieci, osoby starsze i turystów. Przykładem takiego ostrzeżenia jest chociażby popularne łódzkie porzekadło „Bez kija i noża nie odchodź do Bałuciorza” (czyli mieszkańca dzielnicy Bałuty). Nie chciałabym, aby ten tekst został odebrany jako zachęta do samodzielnych, nocnych spacerów po tych częściach naszych miast, które uchodzą za niebezpieczne i na których statystycznie ma miejsce najwięcej rozbojów czy nawet zabójstw. Enklawy ubóstwa, niestety, dość często stają się miejscami, w których zaczyna rządzić prawo silniejszego – a samotne eskapady w tego typu rejony mogą przynieść nawet tragiczne skutki. Jednak przemoc – również ta najbardziej brutalna i prowadząca do śmierci lub trwałego uszczerbku na zdrowiu – nie ogranicza się do miejsc, w których żyją osoby ubogie. Kojarzenie tendencji do agresji wyłącznie z biedą ma więcej wspólnego z klasizmem niż ze stanem faktycznym. Osoby zajmujące się pracą z osobami w kryzysie psychicznym doskonale wiedzą, że dla wielu Polek i Polaków najbardziej zagrażającym miejscem nie jest wcale „ciemna uliczka”, lecz własny dom, uchodzący za „porządny”.
Różne scenerie, ta sama przemoc
Tak zwane dobre domy, które wyglądają niczym lśniące nieruchomości wprost z katalogu dewelopera, również bywają dla swoich mieszkańców pułapkami i miejscami tortur (tak, to nie hiperbola – regularne doświadczanie przemocy domowej jest właśnie torturą). Fakt, że dana osoba czy para małżeńska doskonale radzi sobie w świecie finansów, nie oznacza jeszcze, że tak samo świetnie osoby te są w stanie poradzić sobie z regulowaniem własnych emocji. „Rekin biznesu” czy ceniony autorytet naukowy również może mieć poważne deficyty w zakresie radzenia sobie z gwałtownymi uczuciami i w efekcie krzywdzić innych, o czym dość szybko przekonuje się każdy, kto podejmuje pracę jako psycholog, terapeuta, interwent lub psychiatra. Lwia część osób potrzebujących pomocy ze strony specjalistów od zdrowia psychicznego to ludzie, którzy na różnych etapach swojego życia doświadczyli przemocy. Formy znęcania się człowieka nad własnym dzieckiem, partnerem czy rodzeństwem potrafią być zaskakujące w swoim sadyzmie – niestety przedstawiciele naszego gatunku są niebywale „kreatywni” w zakresie wymyślania tortur i sposobów psychicznego upadlania osób, którym w sposób szczególny winni są opiekę i szacunek. Sądzę, że dla żadnego terapeuty nie jest zaskoczeniem to, że przemoc domowa jest absolutnie „demokratyczna”. Pacjentami zmagającymi się z jej konsekwencjami są zarówno osoby pochodzące z rodzin o niskim statusie socjoekonomicznym, jak i familii tworzonych przez profesorów, lokalnych polityków czy budzących podziw i zazdrość przedsiębiorców. W ciągu swojej pracy słyszałam opowieści o osobach, które były bite, molestowane i gnębione emocjonalnie zarówno na tle brudnych ścian starych, niemal niezdatnych do zamieszkania domów, jak i luksusowych willi na przedmieściach czy apartamentów, na których ścianach znajdowały się regały z najbardziej ambitnymi książkami. Przemoc pozostawia zaś trwałe ślady na ciele i w psychice – niezależnie od tego, jaki status materialny i intelektualny posiada jej sprawca. Nie sposób ocenić, które spośród osób pokrzywdzonych przez przemoc cierpią najbardziej. Pewne elementy charakterystyczne dla przemocy występującej w tzw. dobrych domach sprawiają jednak, że osobom jej doświadczającym trudniej jest przerwać pasmo cierpienia, a ono samo wydaje się niekiedy bardziej dotkliwe.
Odwaga, nie atencyjność
Jak nietrudno się domyślić, osób świetnie sytuowanych na ogół nie podejrzewa się o stosowanie przemocy. Często przyjmujemy, że lekarze, prawnicy czy wykładowcy to osoby, które nie tylko nie zachowują się agresywnie, ale także są wyczulone na przejawy ludzkiej krzywdy wokół siebie. Przemoc w „dobrych domach” często pozostaje zatem niezauważona przez system. Wokół przestronnych apartamentów rzadko kręci się policja, a osoba, wobec której stosowana jest przemoc, często ma poczucie, że i tak nikt jej nie uwierzy. Bywa to oczywiście prawdą. Oznaki nadużyć przejawiane przez dzieci z rodzin intelektualistów rzadziej są dostrzegane i właściwie interpretowane przez nauczycieli czy lekarzy pediatrów. U osób z przemocowych, ale mających opinię „porządnych” rodzin, często narasta także napięcie związane z odczuwanym dysonansem: oto ich oprawca, ktoś, kto wyrządza im krzywdę, jest jednocześnie osobą powszechnie szanowaną, często czyniącą wiele dobra na rzecz na przykład lokalnej społeczności. Pewna pacjentka, córka lokalnego dobroczyńcy i odnoszącego sukcesy przedsiębiorcy, wypowiedziała kiedyś z żalem słowa: „szkoda, że mój ojciec dla mnie nie umiał być taki, jak dla swoich pracowników i dla biednych dzieci!”. Przez wiele lat bowiem kobieta ta była bita i poniżana przez ojca, który jednocześnie hojnie wspierał potrzebujące maluchy i lubił mówić o znaczeniu rodziny. Następstwem niezwykle trudnego dzieciństwa u tej pacjentki było między innymi to, że czuła ona absolutną niechęć (czy wręcz odrazę) wobec wszelkich przejawów działań charytatywnych i prospołecznych – nie była w stanie zaufać nikomu, kto deklarował, że chciałby zrobić coś bezinteresownie na rzecz innych. Takie podejście niemal zrujnowało jej dobrze zapowiadający się związek – bliski jej mężczyzna był bowiem wolontariuszem w jednej z instytucji pomagających osobom w kryzysie psychicznym… Osoby krzywdzone przez rodziców, dziadków czy innych członków rodziny, mających zasługi dla kultury czy nauki, nierzadko otrzymują etykietę „atencjuszy”, gdy zdobędą się na odwagę, by opowiedzieć o koszmarze swojego dzieciństwa lub małżeństwa. Parę lat temu mierzyła się z tym chociażby Patrycja Volny, gdy w swojej autobiograficznej książce oraz kilku wywiadach opowiadała o tym, jak jej ojciec, Jacek Kaczmarski, znęcał się nad nią i jej matką. Kiedy indziej osoby krzywdzone boją się, że jeśli dopuszczą się naruszenia rodzinnej fasady, to wiele drzwi – np. tych prowadzących do pracy w instytucjach kultury – zostanie zamkniętych przez osoby sprzyjające oprawcom. W „dobrych domach” sprawcy są zatem chronieni nie tylko przez poczucie wstydu osób krzywdzonych, ale także przez społeczne układy.
Chcemy wierzyć w elitę
Jedną z najmocniejszych stron nowego filmu Smarzowskiego jest zabieg montażowy polegający na nielinearności przedstawiania fabuły i „skakaniu” po wydarzeniach. Stanowi on nawiązanie do tego, w jaki sposób może funkcjonować psychika straumatyzowanej osoby. Ktoś, kto doświadczył ekstremalnie trudnych sytuacji, ma czasami poczucie odrealnienia, nieciągłości własnego życia, a także problemy z określeniem chronologii różnych wydarzeń. Główna bohaterka Domu dobrego zdaje się mieć wokół szyi niewidzialną pętlę, która odbiera jej głos (kobieta w pewnym momencie staje się wręcz milczącym cieniem) i która zaciska się coraz bardziej z każdą próbą poprawy własnej sytuacji. Komfortowe, wręcz luksusowe warunki bytowe nie zmieniają faktu, że filmowa Gosia funkcjonuje w psychologicznym piekle, a wraz z upływem czasu opada w jego coraz mroczniejsze kręgi. Są to bardzo istotne elementy narracji na temat przemocy w Polsce. Wygodnie jest wierzyć, że wystarczy nocą nie chodzić po podejrzanych ulicach Bałut czy Chojen, a unikniemy kłopotów. Atrakcyjnie jest wmawiać sobie, że możemy swoją energię przeznaczyć na „dorabianie się”, bo gdy staniemy się zamożni i będziemy otaczać się ludźmi sukcesu (a nie „Bałuciorzami” lub „chłopakami z Pragi”), to wszelka patologia będzie nam obca. Ale w rozumieniu i profilaktyce przemocy nie chodzi o geografię czy stan konta. Przede wszystkim musimy nauczyć się wierzyć pokrzywdzonym – niezależnie od tego, czy budzą oni współczucie i sympatię, czy może ich czyny wydają nam się niezrozumiałe (bo przecież „mogła odejść wcześniej!”). Ważna jest także psychoedukacja – w szkołach podczas lekcji edukacji zdrowotnej czy innych zajęć tego typu młodzi ludzie powinni dowiadywać się, że cykl przemocy składa się z następujących po sobie etapów narastania napięcia, ostrej przemocy i miesiąca miodowego, zaś ten ostatni etap po pewnym czasie zanika. Nawet jeśli cykl ten wydaje się „diamentowy”, bo po pobiciu oprawca przeprasza i kupuje pokrzywdzonemu drogi pierścionek lub nawet sportowe auto (autentyczny przykład!), to zło pozostaje złem, a akty agresji niebawem się powtórzą. Dokształcanie powinno obejmować także pracowników socjalnych, policję i prokuraturę – w Domu dobrym widzimy nieumiejętność podjęcia odpowiedniej reakcji przez stróżów prawa, co często ma miejsce również w pozafilmowej rzeczywistości. Kary dla oprawców – nawet tych, którzy mogą się pochwalić ogromnym dorobkiem intelektualnym czy kulturalnym – muszą być zaś nieuniknione i na tyle wysokie, by osoby, które przerwały przemoc, mogły odzyskać poczucie bezpieczeństwa.
Nie każdy musi być fanem ciężkiej i mało subtelnej twórczości Smarzowskiego. Wszyscy powinniśmy mieć jednak świadomość, że wysoka pozycja społeczna nie daje przyzwolenia na krzywdzenie najbliższych.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















