O śląskiej „godce” raz jeszcze

Czy mowa śląska dojrzała już do bycia językiem? Tego nie przesądzam. Jednak nazwiska śląskojęzycznych pisarzy, poetów i tłumaczy są mocnym argumentem na „tak”.
Czyta się kilka minut
Górnicy z kopalni „Dorota” podczas zawodów szybowcowych w 1936 r. To właśnie w takich wspólnotach przetrwała śląska „godka” fot. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE
Górnicy z kopalni „Dorota” podczas zawodów szybowcowych w 1936 r. To właśnie w takich wspólnotach przetrwała śląska „godka” fot. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Od lat czytam polityczne komentarze Piotra Zaremby i mogę nawet powiedzieć, że jakoś się na nich wychowuję. Oczywiście jako obywatel. Stwierdzam jednak z całą odpowiedzialnością, że nie jest to człowiek nieomylny. Dowodem tego może być determinacja, z jaką w swoim ostatnim felietonie 
(PK 8/2026) odmówił śląskiej „godce” miana języka. Zaremba wprost porównuje zwolenników owej tezy do płaskoziemców, a jako argument zamykający dyskusję cytuje Jana Miodka: „Powtarzam to już za klasykami polskiego językoznawstwa: nie ma ani jednej cechy strukturalnej, która różniłaby dialekt śląski od dialektu wielkopolskiego czy dialektu małopolskiego. (…) Śląska «ojczyzna-polszczyzna» jest to archaiczna, regionalna odmiana języka polskiego”.

Zgoda, profesor Miodek jest dla nas niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie lingwistyki, z językiem polskim w szczególności. Ale jego z kolei wypowiedź prowokuje mnie do strawestowania znanej repliki premiera Clemenceau: kwestia językowa to temat zbyt poważny, by pozostawić go językoznawcom. A także Piotrowi Zarembie.

Język tworzy literatura

Pojęcie języka wykracza bowiem, i to szeroko, poza ramy lingwistyki. O zaistnieniu fenomenu, jakim jest język, decyduje bowiem także kultura i historia, lecz przede wszystkim literatura. Ta zwana „wysoką”, to znaczy obejmująca uniwersalną tematykę ogólnoludzką, splecioną jednak z osobliwym przypadkiem konkretnej wspólnoty etnicznej, najczęściej narodu. Bo literatura regionalna, ludowa, pisana jest często właśnie dialektem nieaspirującym do miana języka. Wśród polskich czytelników znane są śląskie „bery i bojki”, ucieszne opowiastki osadzone w lokalnej rzeczywistości. Nie ta jednak literatura decyduje o wywindowaniu używanej przez nią mowy na poziom języka.

Popatrzmy na modelowy przykład języka flamandzkiego, którym mówi się w Belgii. Nie różni się on chyba bardziej od używanego w sąsiedniej Holandii niderlandzkiego, niż mowa śląska różni się od standardowej polszczyzny. A jednak chyba nikt nie ma wątpliwości, że chodzi tu o dwa osobne języki (choć oczywiście można po akademicku teoretyzować na temat ich całkowitej tożsamości). Co zadecydowało, że mówimy o języku flamandzkim, nie zaś o flamandzkim dialekcie niderlandzkiego? Ano powieści Conscience’a, Streuvelsa i Timmermansa, jak również wiersze Gezelle’a czy van de Woestijne'a.

Podobną sytuację mamy z językiem kaszubskim, który przecież cieszy się statusem języka regionalnego. Jest to, ni mniej, ni więcej, zasługą kilku pokoleń kaszubskojęzycznych pisarzy, na czele z Aleksandrem Majkowskim (1876–1938), twórcą pomnikowego dzieła Życie i przygody Remusa. Gdyby tych ludzi zabrakło, nikt by dzisiaj o języku kaszubskim nie mówił, bo uchodziłby on – wtedy słusznie! – za dialekt polszczyzny.

Z podanych wyżej przykładów wynika naczelny wniosek: język jest bardziej wytworem skomplikowanych i długotrwałych procesów kulturowych                                                                                                                   niż rezultatem arbitralnego szufladkowania lingwistycznego. Jest też rzeczywistością płynną, bo tworząca go materia mowy dopiero w pewnym momencie i pod pewnymi warunkami może awansować do tego zaszczytnego miana. Proces odwrotny raczej tu nie zachodzi, język raz narodzony zostaje nim już na zawsze – nawet jako język martwy.

Czy mowa śląska doszła już do tego etapu emancypacji? Tego nie przesądzam. Jednak nazwiska pisarza Marcina Melona, poety Mirosława Syniawy czy też Grzegorza Kulika, tłumacza na śląski literatury światowej, są tutaj mocnymi argumentami na „tak”.

Czy pan Zagłoba mówił dialektem?

Teraz kilka słów na temat owej „archaicznej polszczyzny”, o której wspomina profesor Miodek. Zgadza się, mowa śląska zachowała, jak owada w bursztynie, wiele elementów dawnego języka polskiego, które w standardowym języku polskim już nie występują. I jest to fakt, o którym mogą mówić z dumą użytkownicy zarówno „godki”, jak i współczesnej polszczyzny literackiej. Bo mówimy tu o szlachetnym ściegu, zszywającym to, co wspólne w naszej językowej przeszłości.

Kłopot zaczyna się, gdy te wspólne korzenie stają się pretekstem do arbitralnych ocen. Co było kiedyś nasze, będzie naszym już na zawsze – i wara innym od tego! W wymiarze kultury, do której pojęcie języka przecież przynależy, taka postawa nie przynosi jednak niczego dobrego.

Wyobraźmy sobie teraz, że gdzieś w Polsce zachował się jeden powiat, którego mieszkańcy mówią między sobą językiem z czasów pana Zagłoby. Czystą polszczyzną archaiczną, różniącą się jednak wyraźnie od języka powszechnie mówionego obecnie. Czy powiedzielibyśmy, że nie jest to język, lecz jedynie dialekt języka polskiego? Chyba nie, takie postawienie sprawy lekko zalatywałoby dziwactwem. Elementy archaicznej polszczyzny w śląskiej mowie bynajmniej nie przesądzają o tym, że nie może być mowy o jej odrębności.

Znowu podajmy przykład języka kaszubskiego, w którym pełno jest także „archaicznie polskich” słów i zwrotów. A jest to uznany prawnie język regionalny.

Na koniec drobiazg: a co z germanizmami, których w języku śląskim znajdziemy z pewnością więcej, niż mieści się tam polskich „bursztynów”? To już nie są czasy renesansu, język śląski – czy nam się to podoba, czy nie – w poważnym stopniu przesiąkł leksyką i gramatyką niemiecką. I chociażby z tego powodu trudno jest go zaliczyć do rzędu czysto polskich dialektów.

Ech, ta polityka!

Zaremba martwi się, że prawne uznanie języka śląskiego przyniesie nam Bóg wie jakie problemy, ganiąc osoby, które chcą „do wszystkich kłopotów Polski jako państwa dorzucić jeszcze ten”. Język śląski jest więc dla niego po prostu „kłopotem”, co więcej – „kłopotem”, za którym stoi, i to wyraźnie, widmo nowego rozbioru. To klasyczny przykład postawy lękowej, dość u nas powszechnej. Dziwi tylko fakt, że publicysta, który jak nikt inny, z wyjątkową celnością od lat obnaża wszelkie przejawy nadmiernego spolityzowania życia publicznego, w tym momencie sam wtłacza szeroki i złożony problem do ciasnego politycznego kociołka.

W felietonie Zaremby pojawia się też Ruch Autonomii Śląska, którym od dawna, już do znudzenia straszą nas warszawocentryczni publicyści. Zgoda, nie musimy być tej formacji entuzjastami, ale po co ją od razu demonizować? Czymże jest naczelny postulat owego ruchu, jeśli nie hasłem powrotu do autonomicznego statusu przedwojennego województwa śląskiego? A chyba nikt o zdrowych zmysłach nie kwestionuje faktu niepodległości oraz terytorialnej integralności II Rzeczypospolitej.

Na koniec wróćmy do początku. Gdyby powyżej wymienione argumenty w ogóle nie padły, gdybyśmy poruszali się tylko na polu argumentacji lingwistycznej, to i tak – wbrew twierdzeniu Zaremby – na obronę tezy o istnieniu języka śląskiego przywołać można nazwiska językoznawców, na czele z prof. Jolantą Tambor. Autorytet przeciw autorytetowi, pani profesor wprost kwestionująca zdanie profesora Miodka. Czy uprawnia nas to do wnioskowania typu „dwa plus dwa równa się cztery, a nie pięć”? Chyba jednak nie do końca.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2026