Już nam wystarczy

Z Emily Rand-Przykazą o diagnozie nadmiaru, sentymentalnym przywiązaniu i przesycie treściami religijnymi rozmawia Weronika Frąckiewicz.
dziennikarka
Czyta się kilka minut
FOT. OLGA PANKOVA/GETTY IMAGES
FOT. OLGA PANKOVA/GETTY IMAGES

Prowadzisz profil instagramowy „Uwalniam od nadmiaru”, niedawno ukazała się Twoja książka Wystarczalizm. Jak uporządkować mieszkanie, głowę, ducha. Jak doszłaś do momentu w swoim życiu, w którym nadmiar zaczął być ciężarem?

– Wystarczalizm zaczął kiełkować w mojej głowie około dziesięciu lat temu, kiedy przeczytałam książkę Marie Kondo Magia sprzątania. Wtedy, w dość tradycyjny sposób, zaczęłam pozbywać się niepotrzebnych ubrań i różnych przedmiotów. To był pierwszy moment, gdy zobaczyłam, jaką wolność może dać pozwolenie sobie na pozbycie się rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy. Nie od razu pozbyłam się wszystkiego, to był proces. Pamiętam moment, kiedy oddałam dużą część swoich książek. Zaniosłam je do książkodzielni w Krakowie, trzymałam je na półkach głównie dlatego, że ładnie wyglądały. Były to też książki z moich studiów z historii sztuki, do których i tak już nie zaglądałam. To był dla mnie ważny krok, gdyż oddałam je bez poczucia straty, a to przyniosło mi kolejną dawkę wolności. Później przyszła pora na różne pamiątki, nie wszystkie, ale te, które po prostu trzymałam z przyzwyczajenia. Zaczęłam się zastanawiać, które z nich są mi naprawdę potrzebne, a które mogą zostać jedynie w mojej pamięci.

Każdy z nas ma swoje własne nadmiary: rzeczy oraz przestrzenie zewnętrzne i wewnętrzne, w których czegoś jest po prostu za dużo. Jak rozpoznać, że doświadczamy przesytu?

– Na pewno zaczęłabym od uważności, od przyjrzenia się temu, czy naprawdę żyję świadomie, czy może funkcjonuję na autopilocie: robię coś, bo „tak się robi”, bo „tak wyszło”, a nie dlatego, że dokonuję własnych, przemyślanych wyborów. Nawet jeśli część decyzji podejmujemy podświadomie, warto się regularnie zatrzymywać. Właśnie wtedy możemy zauważyć swoje „wystarczy”. Rzecz ma się podobnie jak z jedzeniem: jeśli jem w biegu, na stojąco albo przy oglądaniu czegoś, bardzo łatwo przeoczyć moment, kiedy jestem najedzona. Natomiast gdy usiądę spokojnie do posiłku i skupię się na tym, co nałożyłam na talerz, dużo łatwiej dostrzec chwilę, gdy mam dość. Tak samo jest z rzeczami. Warto zapytać siebie, na ile to są moje potrzeby, a na ile potrzeby mi podsunięte. W świecie, w którym istnieje ogromna branża marketingowa, czyli fabryka sztucznych pragnień, trzeba szczególnie uważać. Często nieświadomie poddajemy się zewnętrznej presji posiadania, a później okazuje się, że ta rzecz nawet nie jest nam potrzebna. Dlatego uważność i zatrzymywanie się w teraźniejszości są kluczowe. Tak naprawdę mamy tylko to, co jest „tu i teraz”. W tej chwili warto zadawać sobie pytania: „Czy to, czego chcę, naprawdę mi służy?”, „Czy to jest moje?”. Dziś bardziej niż kiedyś jesteśmy podatni na wpływy. Social media tę naszą podatność zwielokrotniły. Jeśli bardzo często widzimy jakiś produkt, wciąż wyświetla nam się reklama, a dodatkowo pokazuje go influencerka, którą lubimy, automatycznie łączymy ten przedmiot z pozytywnymi emocjami. Dziś nie sprzedaje się już jedynie rzeczy, sprzedaje się styl życia i tożsamość marki. Kupujemy więc nie tyle przedmiot, ile emocje, obietnicę konkretnego samopoczucia lub życia, które chcielibyśmy prowadzić. Dlatego przed zakupem warto zadać sobie kilka pytań: kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę rzecz, u kogo ją widziałam, czy myślałam o niej wcześniej, czy pojawiła się dopiero w reklamach, poleceniach, sponsorowanych postach. Rozłożenie pragnienia na czynniki pierwsze może szybko pokazać, że ta potrzeba wcale nie jest nasza. Dodatkowo dobrze jest wymyślić pięć realnych sytuacji, w których faktycznie byśmy z tej rzeczy korzystali. To pomaga urealnić jej obecność w naszym domu i sprawdzić, czy naprawdę jest nam potrzebna.

Skąd wiadomo, że czegoś nam już „wystarczy”?

– Przyjrzyjmy się kwestii chociażby informacji. Jesteśmy dziś zasypani wiadomościami, z których większość w ogóle nie jest nam potrzebna. I tu znów wracamy do zatrzymywania się. Kiedy sięgam po telefon i widzę kolejną informację, mogę zadać sobie pytanie: „Czy to jest mi naprawdę do czegoś potrzebne? Czy to w jakikolwiek sposób wpływa na moje życie?”. Wiele treści to plotki albo czysta rozrywka, a choć rozrywka sama w sobie nie jest niczym złym, to dobrze, byśmy przyjmowali ją świadomie. Co ciekawe, kiedy zaczniemy pozbywać się rzeczy i staje się to dla nas coraz łatwiejsze, równolegle zaczynamy patrzeć głębiej na siebie, na swoje pragnienia, potrzeby, wartości. Z czasem coraz wyraźniej widać, jakie mamy priorytety, kim jesteśmy i kim chcemy się stawać. A wtedy łatwiej ocenić, czy dana rzecz, czynność, myśl albo informacja wspiera te priorytety, czy wręcz przeciwnie, jest zbędna i tylko odbiera nam energię. Każdy z nas ma własne cele i ważne sprawy w życiu. I tu właśnie pojawia się pytanie: czy to, co do mnie dociera – myśl, wiadomość, obraz – pomaga mi iść w stronę tych celów, czy tylko zabiera cenną uwagę? A uwaga jest dziś złotem naszych czasów. To o nią toczy się największa walka. Jeśli żyjemy bezrefleksyjnie, na autopilocie, nadmiar zawsze będzie wkradał się w nasze życie. Uważność pozwala go zauważyć i zatrzymać, zanim przejmie kontrolę.

Ubrania to przestrzeń, w której dla większości z nas trudno jest całkowicie zrezygnować z posiadania, podobnie jak z drobnych przyjemności, które się z tym wiążą. Myślę, że wiele z nas, kobiet, potyka się na drodze do ograniczenia posiadania rzeczy właśnie o ciuchy.

– Jeśli chodzi o garderobę, walczyłabym ze stereotypem szafy kapsułkowej: że musi być beżowo-czarna, każda rzecz musi do siebie pasować, a liczba ubrań jest ściśle określona. Nie o to chodzi. Chodzi raczej o świadomość i praktyczne podejście. Po pierwsze, można odciążyć kobiety, które nie interesują się modą, pokazując, że nie muszą szukać „swojego stylu” ani trzymać się sztywnych reguł. To w porządku. W przypadku tych, które modą się interesują, chodzi natomiast o to, by mieć mniejszą, ale przemyślaną szafę, rzeczy naprawdę lubiane i używane, a nie takie, które tylko są „z przypadku”. Bardzo często, gdy z szafy już się wylewa, okazuje się, że połowa ubrań w ogóle nie jest noszona. Najważniejsze jest noszenie rzeczy, które naprawdę się lubi i które wyrażają naszą tożsamość. Podobnie w przypadku zakupów czy drobnych przyjemności. Nie widzę w tym problemu, o ile nie wymykają się spod kontroli. Ważne, żeby nie regulować swoich negatywnych emocji poprzez zakupy czy kompulsywne zachowania, bo wtedy mózg zaczyna się od tego uzależniać. W rezultacie stajemy się niewolnikami tego nawyku, a nie świadomie wybieramy przyjemności.

W minimalizmie można czasem popaść w skrajność, wręcz uzależnić się od pozbywania rzeczy, ciągłego redukowania i „obcinania” wszystkiego wokół, a przecież w życiu ważny jest również nasz dobrostan psychiczny. Jak nie popaść w skrajność, która będzie celem samym w sobie?

– Wystarczalizm zakłada, że to, co robimy, ma przede wszystkim służyć nam i naszemu życiu, na przykład budowaniu relacji. Można zadać sobie chociażby takie pytanie: jeśli mam duży serwis obiadowy na dwanaście osób, ale często zapraszam bliskich i naprawdę z niego korzystam, to czy jest on zbędny? Minimalista mógłby powiedzieć, że tak – bo przecież można spotkać się w restauracji albo znaleźć inne rozwiązanie. Jednak w wystarczalizmie to człowiek i relacje są ważniejsze niż zasady. Jeśli coś służy naszym spotkaniom, więziom i wspólnemu czasowi, zostaje. I właśnie o to chodzi: wystarczalizm jest narzędziem do tworzenia lepszego, pełniejszego życia. To łączy wystarczalizm z chrześcijańskim przesłaniem. Człowiek jest ważniejszy niż jakiekolwiek dobra materialne.

Nasze wybory dotyczące zmiany stylu życia, ograniczenia, które wprowadzamy, są indywidualną decyzją, a jednocześnie wpływają na otoczenie, w którym żyjemy. Jak, żyjąc w duchu wystarczalizmu, nie odizolować się społecznie, sprawiając wrażenie człowieka, nad którym kolejna „idea” przejęła kontrolę?

– Nie zamierzam nikogo namawiać na siłę do pozbywania się rzeczy. Wystarczalizm w największym stopniu dotyczy relacji z własnymi przedmiotami i takich kwestii jak prezenty, a poza tym jest przede wszystkim pracą wewnętrzną i nie ingeruje bezpośrednio w życie innych ludzi. Wręcz przeciwnie, może ich zainspirować, jeśli zobaczą, że to, co robimy, naprawdę działa i przynosi dobre efekty. W małżeństwie, gdy jedna osoba decyduje się na taki styl życia, a druga do tej pory gromadziła rzeczy, najlepiej zacząć od własnego przykładu. To jest trudne i może frustrować, gdy druga osoba nadal zbiera przedmioty, ale warto cierpliwie rozmawiać i pokazywać, że taki sposób życia przynosi korzyści. Wierzę w siłę przykładu: jeśli ktoś zauważy, że komuś żyje się lepiej, może to go zainspirować do zmian. Czasem to trwa i wymaga cierpliwości, ale daje efekt. Jeżeli idziemy w stronę wystarczalizmu, aby stać się lepszym człowiekiem, warto też dążyć do wolności od osądzania innych. Chodzi o to, żeby umieć spojrzeć na człowieka bez oceniania: nie mówić „ojej, ma 50 par butów, jak to możliwe?”, bo nie jesteśmy w jego skórze i nie znamy jego historii. Warto co jakiś czas zastanowić się, co mogę zrobić w swoim życiu i jakie zmiany wprowadzić. Skupienie na własnym rozwoju i pracy nad sobą naturalnie zmniejsza skłonność do oceniania innych. Ja mam to szczęście, że mój mąż jest minimalistą lub wystarczalistą i nie przywiązuje się mocno do przedmiotów, więc w tym zakresie się zgadzamy. Dzieci wyrastają w tym duchu, bo ja od dawna staram się nie gromadzić rzeczy i dbać o porządek wokół nich. Obecnie nadal są małe, więc trudno przewidzieć, jak będą postępować w przyszłości, gdy pojawi się presja rówieśnicza. Na razie jednak nie ma problemów, wspólnie segregujemy zabawki co jakiś czas, pytam dzieci, czy mogę się czegoś pozbyć, i otrzymuję odpowiedzi typu „okej, już się tym nie bawię”.

Pojawia się jednak pytanie: jak nie pomylić wystarczalizmu z obojętnością czy bylejakością? Można wpaść w pułapkę myślenia „tu mi wystarczy, tam mi wystarczy” i w efekcie odpuszczamy wszystko, tracąc swoją tożsamość.

– Tu pomaga świadomość tego, co jest dla nas naprawdę ważne. Z perspektywy wiary: jeśli chcemy być bliżej Boga, trudno wyobrazić sobie, że w tym dążeniu będziemy odpuszczać cokolwiek ważnego. Raczej rezygnujemy z rzeczy mało istotnych i stawiamy na to, co wypełnia nasze życie i pozwala nam stawać się lepszymi ludźmi – bardziej świadomymi siebie, swoich wartości i potrzeb. W kontekście ubrań i codziennych wyborów oznacza to, że nie musimy przejmować się tym, co pomyślą inni, czy codziennie nosić coś nowego pod presją otoczenia. W procesie stawania się wolniejszymi od nadmiaru rzeczy i presji zyskujemy możliwość skupienia się na tym, co naprawdę ważne, i stawania się lepszymi, bardziej zrównoważonymi osobami. Warto pamiętać, że wystarczalizm to narzędzie do lepszego życia, a nie „religia” czy cel sam w sobie. Nie chodzi o to, żeby podporządkowywać się regułom, lecz o to, by ułatwiać sobie życie i skupić energię na tym, co istotne.

W swojej książce mówisz także o wystarczalizmie duchowym. Adwent to czas, w którym zaleją nas propozycje rekolekcji, zwłaszcza tych internetowych. Wielu z nas uwierzy, że im więcej posłucha, tym bliżej Boga się znajdzie. Jak znaleźć umiar pośród mnogości propozycji?

– Przede wszystkim pamiętać, co jest sednem Adwentu: nie liczba rekolekcji, nie wszystkie internetowe propozycje, ale obecność przy Bogu i otwarcie się na Niego. Czasem wystarczy po prostu być w Jego obecności, nie „robić” wszystkiego na siłę. Nadaktywność może zgubić sens tego, co naprawdę ważne: po co jest Adwent i Boże Narodzenie. To, co zewnętrzne, jest jedynie otoczką, a nie sednem. Podobnie jest z samorozwojem i duchowym wzrostem. Łatwo popaść w pułapkę przegięcia: chcemy wszystko zrobić, przeczytać, wszystkiego wysłuchać, spróbować. Ale nasze ludzkie ograniczenia sprawiają, że lepiej wybrać jedną rzecz i pozostać przy niej. Nawet jedno świadome działanie może przynieść znacznie więcej owoców niż ciągłe przeskakiwanie od jednej aktywności do drugiej, od jednego podcastu religijnego do kolejnego. Po prostu nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego przerobić i na dłuższą metę nic z tego nie wynika.

Wystarczalizm jest procesem, a jak zrobić pierwszy krok w jego kierunku?

– Warto zacząć od małej przestrzeni, jakiejś zupełnie nieemocjonalnej. Idealne są tak zwane „szuflady wstydu”, w których jest wszystko i nic, albo jakaś mała półka. Chodzi o obszar, który da się szybko uporządkować i równie szybko zobaczyć efekt. Dlaczego to takie ważne? Bo daje poczucie sprawczości. Kiedy bałagan narasta latami, może on przytłaczać. Pojawia się myśl: „Nie dam rady”, „Nie mam czasu ani siły”. A tymczasem małe kroki potrafią przynieść ogrom zmian, pozwalają nauczyć się podejmowania decyzji, nabrać odwagi i zauważyć, że faktycznie możemy odzyskać kontrolę nad przestrzenią. Pozbywać się rzeczy na pewno nie można bez decyzji, spontanicznie, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty sentymentalne. Jeśli będziemy coś sobie wyrywać na siłę, może to przynieść odwrotny skutek: zamiast wolności – poczucie straty albo dziwny żal. Gdy „wrasta się” w wystarczalizm krok po kroku, przyjdzie taki dzień, kiedy człowiek stanie przed pudełkiem z pamiątkami i zapyta: „Czy ja naprawdę tego potrzebuję?”. Bo wspomnienia nie istnieją tylko w przedmiotach. Mogą je wywołać: zapach, muzyka, jakieś niematerialne bodźce. To nie jest tak, że ktoś nam je zabiera. Utrata przedmiotu nie jest równoznaczna z utratą części naszej przeszłości. Warto zdać sobie sprawę, że to nie jest konkurs. Każdy ma taki moment przesytu, trzeba go tylko zauważyć. Nie da się pozbywać rzeczy, jednocześnie nie zatrzymując się nad własnymi nawykami zakupowymi. Bo jeśli nie zmienimy podejścia, to za chwilę znów pojawią się nowe rzeczy i kolejny nadmiar. W pewnym momencie zaczynamy więc pytać: „Dlaczego ja to kupuję?”, „Jaką potrzebę próbuję zaspokoić?”, „Dlaczego wybieram akurat to?”. I tutaj zaczyna się już praca wewnętrzna, która może i powinna iść w parze z porządkami w domu. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł
Weronika Frąckiewicz
frackiewicz@swietywojciech.pl

Artykuł pochodzi z numeru 49/2025