W Wielkim Poście skupiamy się głównie na duchowości, a jak zapytać siebie o sens życia, który przenika wszystkie sfery naszego funkcjonowania?
– Warto zapytać siebie przede wszystkim o to, jak rozumiem słowo „nawrócenie” i jak ono rezonuje w moim sercu. Gdy słyszymy wezwanie „nawracajcie się”, szczególnie w okresie Wielkiego Postu, często automatycznie myślimy o konkretnych postanowieniach: zrezygnuję z czegoś, będę więcej się modlić, częściej uczestniczyć w nabożeństwach, może przeczytam jakąś religijną książkę – i na takich zewnętrznych praktykach zwykle się zatrzymujemy. To bez wątpienia stanowi jeden z wymiarów nawrócenia, jednak gdy Chrystus wzywa: „nawracajcie się”, posługuje się słowem metanoia, które oznacza przemianę umysłu – zmianę sposobu myślenia i patrzenia na rzeczywistość. Jak więc odnaleźć głębszy sens nawrócenia? Jak zobaczyć, czy naprawdę rozumiem je jako zmianę mojego sposobu myślenia, widzenia i przeżywania rzeczywistości – postrzegania siebie, bliźniego i miejsca Boga w tym wszystkim? Boga, który mówi: „Jestem przy tobie, chcę ci towarzyszyć, motywować cię i inspirować”. Przywołałbym tu słowa z Ewangelii Marka, gdzie Jezus mówi: „Słuchajcie i zrozumcie: nie to, co przychodzi z zewnątrz, czyni człowieka nieczystym, ale to, co z niego wychodzi”. A więc kluczowa jest moja decyzja, mój wybór. Pisząc książkę Sens mimo wszystko, właśnie na tym się oparłem: by nie szukać poczucia własnej wartości i sensu życia wyłącznie w tym, co zewnętrzne – choć ono także ma znaczenie – lecz odkrywać, że źródło znajduje się wewnątrz. W tym wszystkim warto zapytać: gdzie jestem ja – jako konkretny człowiek, z własnymi przeżyciami, zaletami i słabościami? Choć przecież na wiele spraw nie mamy wpływu, zwłaszcza na to, co przynosi życie i jakie wydarzenia nas spotykają. Ale zawsze mamy wpływ na kierunek, w którym idziemy, i na narrację, którą nosimy w głowie. I to jest niezwykle istotne. Czy patrzę na świat z ciekawością, z gotowością do spotkania, do zadziwienia się drugim człowiekiem, czy od razu zakładam, że „świat jest zły”?
Jak od refleksji przejść do działania, które wywrze realny, trwały wpływ na życie?
– Spotkania z ludźmi, które prowadzę jako duszpasterz i coach, zawsze zaczynam od zaproszenia ich do tego, by zobaczyli, co w nich jest mocne. Pytam: z czego jesteś dumny/dumna, czy potrafisz być za to wdzięczny, czy umiesz docenić to, co masz? „Nawracajcie się” to nie jest słowo rzucone w tłum, ale skierowane do mnie osobiście. To zaproszenie do spotkania – bardzo konkretnego – w którym najpierw mogę zobaczyć swoje mocne strony, a potem także swoje słabości. Punktem wyjścia jest jednak wdzięczność. Może ona wyrażać się w słowie, w modlitwie, w hymnie uwielbienia – jak w Magnificat: „Wielbi dusza moja Pana”. Dopiero potem przychodzi spojrzenie na słabości: na swoje ciemności, grzechy, nawyki, może uzależnienia. I tu ważna jest postawa celnika: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika”. Bez usprawiedliwień, bez tłumaczenia się, bez porównywania z innymi. To jest postawa szczera: „Panie, chcę z tym coś zrobić. Potrzebuję Ciebie”. Potrzebuję światła, które mnie poruszy i zmobilizuje, bo już zapadła decyzja – chcę zmienić swoje życie. Ewangelia nie opisuje, co wydarzyło się później, ale mówi jasno: „wyszedł usprawiedliwiony”. To znaczy, że rozpoczął się w nim proces przemiany – zmiana myślenia, patrzenia, przeżywania. Bez ceny, bez targowania się z Bogiem. Było spotkanie z sobą takim, jakim jestem naprawdę. Dlatego warto spojrzeć na siebie w sposób całościowy – jako na osobę obdarzoną licznymi atutami, które można choćby spisać w formie dziennika, ale także jako na kogoś, kto mierzy się ze słabościami, przeżywa rozczarowania i doświadcza zagubienia. I to nie jest postawa beznadziei, lecz wołanie: „Panie, potrzebuję Ciebie”. Stąd potrzeba sakramentów, Eucharystii, spowiedzi, wspólnoty Kościoła, ludzi, z którymi mogę się modlić i iść razem drogą wiary. Praktyki wielkopostne mają sens tylko wtedy, gdy wypływają z tej świadomości, a nie są jedynie „zaliczaniem obowiązków”, jak w postawie faryzeusza. Punktem wyjścia jest zawsze pytanie: w jakiej sytuacji życiowej jestem dzisiaj i co konkretnie mogę zrobić, by mój sposób myślenia i przeżywania był bardziej łagodny – wobec siebie i innych? Z jaką intencją podejmuję post? Nie dlatego, że „tak trzeba”, ale dlatego, że chcę, by coś poruszyło moje serce. Spotkałem rodzinę, która w piątkowe wieczory odkłada telefony, media i poświęca czas na lekturę duchową. Od popołudnia aż do sobotniego poranka mają „post od bodźców”. Czytają Pismo Święte, rozmawiają, a w sobotę dzielą się tym, co przeżyli. To było dla nich trudne, ale stało się przestrzenią prawdziwej przemiany. I właśnie o taką twórczość chodzi. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, zapraszając go do współdziałania z sobą. Obdarzył go swoim słowem, sakramentami oraz nieustanną obecnością. A jednocześnie mówi: bądź twórczy, bądź ciekawy, szukaj tego, co otwiera twoje serce, co czyni cię bardziej łagodnym, mniej osądzającym, mniej porównującym się z innymi.
Możesz być najlepszą wersją siebie – mówi świat i poppsychologia; bądź święty i doskonały – zachęcają niektórzy duszpasterze i chrześcijańscy liderzy. Ksiądz tymczasem w swojej książce dużo mówi o wystarczalności naszego życia. Jak nie nakładać na siebie zbytniej presji, jednocześnie nie popadając w bylejakość?
– Wielki Post może być czasem odkrywania nowej twarzy – gdy opadają maski, przyzwyczajenia i schematy. Nie chodzi o bycie „najlepszą wersją siebie” ani o perfekcję, którą często proponuje poppsychologia. Chodzi o prawdę, spotkanie i drogę – krok po kroku, w świetle, które przychodzi z wnętrza serca. Każdy z nas ma w swoim życiu przestrzeń, w której realizuje siebie – doświadcza radości, satysfakcji i poczucia szczęścia. Ale jest też druga przestrzeń: trudna, pełna napięć, zjazdów emocjonalnych, poczucia, że „to nie tak miało być”. Mieliśmy swoje pomysły i oczekiwania, a rzeczywistość potoczyła się zupełnie inaczej. I ważne jest, by umieć spotkać się z obiema tymi przestrzeniami – bo to wszystko jestem ja. Życie nie jest zero-jedynkowe. Chodzi o to, by nie „przestrzelić” w żadną stronę: ani nie zaprzeczać temu, co dobre, ani nie uciekać od tego, co trudne. Umieć przyjąć radość i wyrazić wdzięczność. Przyjąć także radość Boga, który mnie zauważa i obdarza zaufaniem. A z drugiej strony – przyjąć Jego przebaczenie i nauczyć się przebaczać samemu sobie. Bo przebaczenie jest drogą wyjścia z przestrzeni słabości, ograniczeń i zranień. Wielki Post jest czasem, w którym łatwo popaść w skrajności. Z jednej strony – w postawę faryzeusza: „wypełniłem wszystko, zrobiłem swoje, mogę być spokojny”. Z drugiej – w nadmierną psychologizację, w której wszystko sobie wyjaśnię i usprawiedliwię. Tymczasem Jezus pozwala mi powiedzieć: „mogę być nie w porządku”, ale zaraz dodaje: „zobacz, co możesz z tym zrobić – idź dalej, nie oglądaj się za siebie. Ja ci przebaczam. Przebacz sobie”. Nie chodzi o sztywne rozliczanie siebie ani o tanie usprawiedliwianie wszystkiego światem czy okolicznościami. Chodzi o autentyczne spotkanie z sobą. O spojrzenie, które czasem zawstydza – ale to wstyd, który nie przygniata, lecz porządkuje i daje siłę, by wstać i pójść dalej. Dlatego tak ważna jest także obiektywizacja tego, co noszę w sercu: wypowiedzenie tego przed Bogiem i przed drugim człowiekiem, w sakramencie pokuty. Ten moment może być trudny, ale nie niszczy – on leczy. Bo ten wstyd nie paraliżuje, lecz staje się źródłem siły do nowego początku.
Jedną z największych dzisiejszych pokus jest ucieczka od swojej codzienności: odciągają nas social media, nierealne wyobrażenia o tym, kim moglibyśmy być, porównywanie się z innymi. Jak prawdziwie być obecnym w swoim życiu?
– Myślę, że codzienność niesie ze sobą pewien trud – przede wszystkim dlatego, że jesteśmy ciągle zabiegani i wciąż chcemy czegoś więcej. Z mojego doświadczenia pracy z ludźmi wynika, że kluczowa jest umiejętność planowania tego, co robię, i jednocześnie świadomego przeżywania tego, co się we mnie dzieje. Gdy wstaję rano, ważne jest, jak wstaję: czy wstaję martwy, mechaniczny, czy wstaję świadomy – obecny przy sobie. Mam świadomość tego, czego chcę, co czuję, czego się boję. Nie odrywam się od ciała ani od samego siebie. Bo nasze obowiązki, lęki i stresy sprawiają, że bardzo łatwo uciekamy „krok do przodu”, zamiast być tu i teraz. Świadome przeżywanie dnia oznacza zgodę na to, że dziś mogę się bać, że ten dzień może być trudny. A innym razem – że będzie radosny, bo widzę piękno chwili. Chodzi o świadomość swoich emocji i stanu, nie tylko fizycznego czy umysłowego, ale także emocjonalnego. O uważność na siebie: wstaję, przeciągam się, piję kawę, patrzę przez okno – i jestem w tym, co robię. Liturgicznie moglibyśmy powiedzieć: to jest celebrowanie obecności z samym sobą. Bycie „dobrze z sobą” nie oznacza, że wszystko jest idealne, ale że potrafię być z moją radością i z moim lękiem, z nadzieją i z rozczarowaniem. Chcę się tym dzielić z drugim człowiekiem i spotykać go takim, jakim jest – nie w masce „wszystko jest w porządku”, nie w hollywoodzkim happy endzie, ale w prawdzie. To spotkanie dokonuje się w całej gamie naszych uczuć, pragnień i myśli – tego, co przed nami, i tego, co już za nami. To jest świadoma obecność siebie, która prowadzi do świadomego spotkania drugiego człowieka. W tym wszystkim kluczowe pozostaje doświadczenie Boga – doświadczenie Jego miłości, która mówi: „jesteś ukochany taki, jaki jesteś”. Bardzo mocno kojarzy mi się to z postawą św. Piotra, który po trzykrotnym zaparciu się Jezusa Chrystusa zapłakał, ale nie uciekł. A później usłyszał pytanie: „Czy miłujesz Mnie?”. Trzy razy. I w końcu odpowiedź Piotra nie była już deklaracją doskonałości, lecz szczerością: „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. To jest bardzo ważne słowo: chcę. Nie wiem, czy będę idealny. Nie wiem, czy mi się zawsze uda. Ale chcę. Nie „muszę”, nie „powinienem” – chcę. To przeciwieństwo odgrywania ról, których często uczymy się od dzieciństwa: „taki powinieneś być”, „dlaczego nie jesteś inny?”. W relacjach, w małżeństwie, w pracy. Tymczasem droga autentyczności mówi: chcę być. I w tym „chcę” jest miejsce na słabość, niedoskonałość, przebaczenie, na słowo „przepraszam” i na decyzję: zaczynamy od nowa. To jest proces uczenia się – ciągłego. Kościół daje nam na to czas: co roku ten sam rytm roku liturgicznego. Adwent, Boże Narodzenie, okres zwykły, Wielki Post, Wielkanoc – i znów od nowa. To nie jest jeden Wielki Post „na perfekcję”, po którym już niczego nie potrzebuję. Każdego roku jesteśmy w innym miejscu i na nowo mamy szansę poznać siebie w konkretnej sytuacji życia. Każdy rok przynosi inne wyzwania i inną przestrzeń dojrzewania. Pojawia się więc pytanie: jak się na to godzić? Jak zaakceptować siebie z tą niedoskonałością – z tym, co dobre, i z tym, co trudne – w świecie, który wciąż mówi: „więcej”, „lepiej”, „szybciej”? Odpowiedź nie polega na oderwaniu się od świata, ale na zakorzenieniu się w sobie. Na cierpliwej, łaskawej miłości wobec siebie i bliźniego. Na zgodzie na to, że proces dojrzewania trwa – i że właśnie w tej drodze, a nie w perfekcji, rodzi się sens i pokój.
Obojętność w relacji z Bogiem staje się dziś coraz częstszym zjawiskiem. Przyczyn tego stanu rzeczy jest zapewne wiele, a większość z nich ma bardzo indywidualny charakter. Jak na nowo rozpalić w sobie pragnienie głębszej relacji z Nim?
– Myślę, że pierwsze kroki na drodze powrotu mogą wyglądać bardzo różnie. Widzę osoby, które po latach wracają do Kościoła – często zaczynają od pustego kościoła, przychodzą w tygodniu, czasem późnym popołudniem. Siadają, chodzą wokół świątyni, wchodzą w przestrzeń sacrum. To jest bardzo osobista konfrontacja z samym sobą. A jej owocem bywa prośba o rozmowę, o spowiedź, o uporządkowanie życia. Jest jednak także druga grupa osób – takich, które bardziej potrzebują spotkania z drugim człowiekiem. Często są to ludzie zranieni w relacjach, zamknięci, zdystansowani, trochę obojętni wobec innych. Podjęli kiedyś decyzję, by się zamknąć – „nie, bo nie”. Taki człowiek najpierw potrzebuje rozmowy z samym sobą, wewnętrznego uporządkowania myśli, ale równie często potrzebuje także tego, by ktoś go dostrzegł i naprawdę zauważył. I to zauważenie bywa kluczowe – spotkanie z kimś, kto spojrzy tak, jak spojrzał Jezus Chrystus na Marię Magdalenę: bez oceny, bez etykiet. Spotykam wielu ludzi, którzy wracają do Kościoła przy okazji ważnych momentów życia: przygotowania do ślubu, chrztu dziecka. I bardzo często towarzyszy im pytanie: „Co ksiądz sobie o mnie pomyśli? Czy mogę powiedzieć szczerze?”.
Zawsze wtedy odpowiadam: tylko szczerze – inaczej nie ma sensu. Bo za tym pytaniem stoi lęk: jeśli powiem prawdę, nie zostanę przyjęty. A jednocześnie jest w tych ludziach ogromne pragnienie duchowości, pragnienie głębi. Widać to w tym, jak często temat Kościoła, wiary, sensu życia pojawia się nawet w przestrzeni publicznej. To jest tęsknota za czymś więcej – ale obok niej stoi pytanie: „czy jestem godny?”, „czy jest tu dla mnie miejsce?”.
Takie lęki znamy przecież także z codziennych relacji: w pracy, w rodzinie, w małżeństwie. „Dlaczego nie jesteś taki, jak oczekiwałem?”, „Jak mogłeś mnie zawieść?”. Dlatego tak ważne jest spotkanie, w którym druga osoba naprawdę słucha – nie daje szybkich rad, ale pomaga zrozumieć mechanizmy, które stoją za decyzjami i wyborami.
Pamiętam osobę, która potrzebowała niemal dwóch lat, by dojrzeć do decyzji, że przyjdzie i porozmawia. Spotkaliśmy się kiedyś przelotnie, padła propozycja rozmowy. I dopiero po czasie przyszła i powiedziała: „dziś jestem gotowa”. To był zwyczajny poranek – ale jednocześnie bardzo ważny moment. Bo ta osoba pozwoliła sobie uznać: jestem ważna, potrzebuję tego spotkania, mogę poświęcić czas – i ktoś może poświęcić czas mnie.
Od tego momentu naprawdę zaczyna się droga.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











