Od Śpiącej muzy nie sposób się oderwać. Po raz pierwszy widziałam ją na żywo w Centrum Pompidou, ustawioną na białej kolumnie złotą głowę leżącą na boku. Obchodziłam ją dookoła, przeglądając się w jej wypolerowanej złotej powierzchni. Mam takie zdjęcie: odbijam się w niej podczas robienia fotografii. Właśnie o to chodziło Constantinowi Brâncușiemu: by jego rzeźby istniały w relacji z otoczeniem, by odbijało się w nich światło i przestrzeń, by obecny był w nich widz, ten drugi, który patrzy. Śpiąca muza to symbol drzwi otwartych sztuce nowoczesnej.
W tym roku mija 150 lat od narodzin Brâncușiego – pioniera rzeźby nowożytnej ery. Jego sztukę przypominają europejskie wystawy w Rzymie i Bukareszcie. Pełne poezji i elegancji rzeźby, ustawione na zaprojektowanych przez niego postumentach, które tworzą z nimi całość, zgromadzono w Neue Nationalgalerie w Berlinie na ekspozycji retrospektywnej, która jest powtórzeniem tej, która miała miejsce dwa lata temu w Paryżu. Jego prace rzeźbiarskie w różnych materiałach, liczne fotografie, rysunki, filmy, archiwalia oraz dokładnie odtworzona pracownia ukazują nie tylko artystę wszechstronnego, ale i człowieka wrażliwego, skromnego i oddanego pracy. To podróż przez życie artystyczne i duchowe „patriarchy rzeźby nowoczesnej”. O sobie mówił tak: „Nie jestem już z tego świata. Jestem daleko od siebie, oderwany od własnego ciała, jestem wśród tego, co niezbędne”.
Chłopak ze wsi
Constantin Brâncuși, zanim zamieszkał w Paryżu, gdzie stwierdził, że Rodin nie ma mu już nic do zaoferowania, a potem zaprzyjaźnił się z Erikiem Satie i artystami tworzącymi bohemę na Montparnassie, był zwyczajnym chłopakiem ze wsi. Urodził się w 1876 roku w rumuńskiej wiosce Hobita. Niewiele wiadomo o pierwszych latach jego życia. Można sobie wyobrazić, że ciężko pracował w polu, jak wszystkie wiejskie dzieci. Wychował się w surowym środowisku, wśród zwierząt i natury, z ludźmi, dla których praca i Bóg były rzeczywistościami najważniejszymi. Podobno wielokrotnie uciekał z domu – czy tak było mu tam źle, czy też ciekawił go świat nieznany? W końcu jako jedenastolatek przeszedł ponad 180 km piechotą do miasta Craiova. Zarabiał na życie pracując to tu, to tam, a kiedy trafił do miejsca, gdzie przyuczono go pracy w drewnie i zatrudniono przy produkcji mebli, zauważono jego talent. I znowu „podobno”: podobno kiedy sam z wyrzuconych materiałów zrobił skrzypce, zainteresował się nim pewien bogaty człowiek i sfinansował mu naukę w Narodowej Szkole Sztuk Pięknych w Bukareszcie. Brâncuși był półanalfabetą, w szkołach nauczył się rzeczy praktycznych, ale niekoniecznie dobrze pisać i czytać. Po ukończeniu nauki (z wyróżnieniem!) wyruszył do stolicy sztuki, do Paryża. I znowu „podobno”: mówi się, że na piechotę, a wędrówka zajęła mu miesiąc. Co niósł ze sobą? Encyklopedie mówią o suchych faktach, współcześni biografowie dodają do tego krajobrazy dzieciństwa, atmosferę w domu, pieśni słyszane w cerkwi, ikony, na które patrzył od najmłodszych lat, jaskółki gnieżdżące się pod dachem stodoły. Świat Brâncușiego przesiąknięty był metafizyką rumuńskiej wioski i bliskością sacrum tlącego się płomienia świeczki, który odbijał się od złotego tła ikon. Chyba tego odbłysku będzie szukał, polerując materię swoich rzeźb. I chyba tego spokoju na twarzach świętych będzie szukał w twarzach, które stworzy: w zredukowanych do absolutnego szkicu rysach. Tak jakby już należały do innego świata. Jakby już patrzyły na nas stamtąd.
W 1905 roku rozpoczął studia w słynnej paryskiej École des Beaux-Arts. Żył jak nędzarz, pracował jako pomywacz w restauracji, dopóki nie dostał stypendium. Szybko trafił do środowiska paryskiej bohemy. A kogo tam nie było? Modigliani, Picasso, Joyce, Duchamp, Satie, Apollinaire... Malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, poeci, pisarze... Sam nie bardzo potrafił, ale gości swoich prosił, żeby czytali mu Platona i szukał przy tym duszy w materii, z której tworzył. Czego mógł go nauczyć Rodin? Trafił do jego pracowni tylko na chwilę, zaproszony przez mistrza, który zwrócił na niego uwagę, widząc jego prace na jednej z wystaw. Przez miesiąc obserwował styl jego pracy i doszedł do wniosku, że nie w ten sposób myśli o rzeźbie. Rodin pokazywał siłę ducha poprzez siłę ciała – on chciał pokazać to, co nazywał „wewnętrzną ukrytą rzeczywistością”. Inaczej też pracowali: Rodin najpierw tworzył w glinie, a potem jego asystenci odlewali postać w metalu lub rzeźbili w marmurze. Brâncuși robił wszystko sam: musiał czuć pod palcami materiał, bo z niego wydobywał duszę. No i porzucił figuratywność na rzecz umowności, abstrakcji.
Organiczny język rzeźby
Inspiracji szukał oczywiście także w rumuńskiej sztuce ludowej i ikonie, ale także w sztuce prymitywnej i egzotycznej innych, dalekich ludów. Zainteresował się sztuką afrykańską i to pod jej wpływem potrafił patrzeć na kształt syntetycznie. Jego rodak, Mircea Eliade, napisał, że udało mu się odnaleźć sposób istnienia w świecie człowieka archaicznego. Doskonale orientował się w sztuce świata, potrafił połączyć to, co dawne z nowoczesnym spojrzeniem na sztukę. Znał poszukiwania Gauguina i Deraina. Nie był naiwnym wieśniakiem, ale artystą wyczulonym na rytm sztuki, który tętnił i pobudzał wyobraźnię. Dzięki swojej intuicji odnalazł osobny, nowy język rzeźby, który wyznaczał kierunek modernizmowi. Postawił na redukcję: odejmował, a nie dodawał, aż w końcu pozostawało to, co najistotniejsze.
W 1909 roku powstała Śpiąca muza – głowa w brązie pozbawiona ciała, jajo leżące na boku. Organiczna w kształcie, niepokojąco wygładzona, świetlista, kontemplacyjna, ponadczasowa. W cyklu ptaków, do którego wracał wielokrotnie, zradykalizował spojrzenie na rzeźbę figuratywną całkowicie od niej dochodząc na rzecz znaku umownego. Tam nie ma ptaka, jest jego lot. Wysokie, smukłe formy, wzbijający się w przestrzeń pion. Sławę zdobyła rzeźba Ptak w przestrzeni. Otóż amerykańscy celnicy w latach 20. odmówili uznania jej za dzieło sztuki: nie zobaczyli w niej żadnego ptaka, a tylko nic nie znaczący metalowy, wygięty pręt. Sprawa miała trafić do sądu, który uznał, że dzieło nie musi być ilustracyjne i dosłowne, żeby być dziełem sztuki. Inna praca, Ryba, była o tyle ciekawa, że przedstawiała cienki płatek ustawiony na zaprojektowanym przez rzeźbiarza postumencie przypominającym kielich. Ryba, kielich, płatek – dla chrześcijanina skojarzenie jest natychmiastowe. Brâncuși uważał postument, podstawę dla rzeźby, za nieodłączną jej część.
Bóg w warsztacie
Rumuński kompozytor Ioan Alexandrescu wspominał Brâncușiego: „Kieszenie miał pełne jabłek, obierał je bez przerwy i bawił się spiralami z obierek. Zawsze ubrany był w ten sam strój: słomkowy kapelusz przekrzywiony na jedno ucho, wełniany sweter z podwiniętymi rękawami, chłopskie konopne spodnie, a na nogach saboty. Z powodu reumatyzmu nosił sweter i siadał zawsze w słońcu”. Zrobił mnóstwo zdjęć, wiele samowyzwalaczem, można go więc zobaczyć: brodatego ascetę w swojej pracowni, wśród rzeźb. Mieszkał w osiedlu artystów w Paryżu, gdzie połączył kilka pomieszczeń i stworzył wnętrze, które na wystawie w Berlinie zostało pieczołowicie odtworzone. Interesujący jest zbiór płyt gramofonowych, uwielbiał muzykę, słuchał rumuńskich pieśni ludowych i jazzu.
„Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem rzeźbiarza Brâncușiego w jego pracowni, byłem pod większym wrażeniem niż w katedrze. Wejściem do jego pracowni było wejście do innego świata” – wspominał amerykański fotografik i reżyser Man Ray. Uprzedzał gości, że urządził tu małą namiastkę klasztoru w Tismanie, który pamiętał z dzieciństwa. Śpiewał w chórach klasztornych i w cerkwiach gdziekolwiek był – od wczesnych lat młodzieńczych do końca życia, także w Paryżu. Lubił powtarzać, że „artysta jest niczym innym jak pokornym narzędziem w rękach Boga – Stwórcy”. Po ostatniej spowiedzi i Komunii miał powiedzieć: „Jestem teraz bardzo blisko Boga: wystarczy, że wyciągnę do Niego rękę. Będę czekał na Dobrego Boga w moim warsztacie”. Zmarł kilka dni później. Leży na cmentarzu na Montparnassie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.












