Zbyt łatwo chyba zgodziliśmy się na to, by w każdej spornej sytuacji oddawać głos radykalnym nacjonalistom w stylu Roberta Bąkiewicza czy Grzegorza Brauna. Relacje polsko-niemieckie, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii pamięci, przestały być przedmiotem uczonych dyskusji, sporu szanowanych ekspertów, coraz częściej zaś komentujemy wybryki Bąkiewicza, jego ruchu obrony granic, zupełnie bezkarnego legitymowania cudzoziemców przez nacjonalistów ubranych w mundury paramilitarnych organizacji. Milcząco obserwujemy, jak działacze skrajnej prawicy zmieniają krzyż w narzędzie walki z policją w Berlinie, mało kto ma odwagę powiedzieć, że jest to przecież profanacja, podobnie jak stawianie krzyża z antysemickimi napisami przez narodowców niedaleko pomnika zbrodni na Żydach w Jedwabnem. To samo dzieje się w sprawie Ukrainy, gdzie umiarkowani politycy znajdują się pod presją szantażu ze strony środowisk radykalnych.
Jeśli kandydat na premiera z PiS – partii niegdyś umiarkowanej i wspierającej Ukrainę w wojnie z Rosją – czyli Przemysław Czarnek zaczyna posługiwać się sloganami wyrwanymi wprost z rosyjskiej propagandy o odradzającym się u naszego wschodniego sąsiada nazizmie, to znaczy, że wszelkie granice zostają przekroczone. Przypomnijmy bowiem, że Rosja zaatakowała Ukrainę – nie nazywając tego nawet wojną, ale specjalną operacją wojskową, której celem miała być właśnie denazyfikacja Ukrainy i obalenie rzekomo nazistowskiego rządu w Kijowie. Miało to nawiązywać do wielkiej i mocno wciąż obecnej w Rosji tradycji zwycięstwa Stalina nad nazizmem, zdobycia Berlina i Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, która pochłonęła 20 milionów ofiar, ale doprowadziła do upadku III Rzeszy.
Zresztą to niezwykłe zjawisko, że ci, którym blisko do polskiego nacjonalizmu, najmocniej oburzają się odradzaniem się nacjonalizmu na Ukrainie. Może więc wreszcie warto wyciągnąć z tego wnioski, że nacjonalizm to droga donikąd? Że jeśli uważamy, że nie podoba nam się ukraiński nacjonalizm i kult Ukraińskiej Powstańczej Armii, to nie powinniśmy na to odpowiadać jeszcze silniejszym polskim nacjonalizmem, ale wejściem w zupełnie inną logikę.
Zbyt się chyba przyzwyczailiśmy do nieustannej krytyki Unii Europejskiej i jej mechanizmów, które – co warto przypomnieć – powstały jako reakcja na dwie wojny światowe w Europie. W zamyśle ojców założycieli wspólnot europejskich podsycanie nacjonalizmów jest przepisem na katastrofę. Lepiej opleść państwa europejskie siecią współzależności, handlu, regulacji, które sprawią, że nie będą chciały a nawet mogły ze sobą wojować. W efekcie w Europie przez osiem dekad nie było wojny, a Polska i nasz region od 1989 roku cieszą się niezwykłym wzrostem gospodarczym i pokojem. Czy rzeczywiście chcemy to wszystko porzucić i zacząć się bić w imię nacjonalistycznych haseł?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.







