Chyba jeszcze nigdy uczestnicy Forum nie zjeżdżali się do szwajcarskiego uzdrowiska w sytuacji tak dużej niepewności co do tego, z jakimi rezultatami się stamtąd rozjadą. W opisie chaosu, w jakim czyniono przygotowania do Davos 2026, blednie nawet określenie „wszystkie opcje na stole”. Główny tegoroczny gracz – prezydent Donald Trump, który do tej pory wizyt w kurorcie raczej unikał (był tu dotąd zaledwie dwukrotnie), tym razem zapowiedział przyjazd w stylu szarży Sobieskiego pod Wiedniem – czyli szybkie i miażdżące przepchnięcie własnego, całkiem odmiennego od dotychczasowego obrazu świata. Kłopot w tym, że miażdżonym „Turkiem” mieli być teraz nie wrogowie, lecz sojusznicy USA: Unia Europejska oraz samo NATO.
Kocham cię… jak Grenlandię
Bojowym hasłem numer jeden była tu Grenlandia. Trump jechał do Davos wręcz z żądaniem przekazania mu tej wyspy, 50-krotnie większej od macierzystej Danii. Groził zbrojnym jej zajęciem, zaś krajom Unii Europejskiej – jeśli aneksji nie zaakceptują – wygrażał nałożeniem zabójczych ceł. Powiedzmy wprost i bez przesady: w najlepszym stylu Adolfa Hitlera z czasów, gdy zajmował Saarę, Sudety i Kłajpedę. Wyglądało to groźnie. Pani minister spraw zagranicznych Grenlandii popłakała się podczas publicznego wystąpienia, zaś obywatele tego skutego lodem kraju już zaczęli liczyć po domach myśliwskie strzelby.
Tymczasem rankiem w czwartek 22 stycznia wszyscy w Davos odetchnęli z ulgą. Wiadomości o kuluarowej rozmowie, którą wieczorem poprzedniego dnia prezydent USA odbył z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, przyniosły pewne uspokojenie. Najważniejsze, że Trump zrezygnował ze swoich dwóch najbardziej konfrontacyjnych postulatów: zbrojnej aneksji Grenlandii oraz karnych ceł dla krajów Unii. Zaś szefa Paktu Północnoatlantyckiego zaczęto w Davos nazywać „czarodziejem”.
Jakich zaklęć użył ten Holender, nie wiemy, w każdym razie potrafił uświadomić Trumpowi, że nie tylko NATO potrzebuje Stanów Zjednoczonych, ale też Stany potrzebują NATO. Na konferencji prasowej prezydent USA wspomniał wręcz o potrzebie ochrony granicy Stanów z Meksykiem przez sojusznicze wojska Paktu (więc także polskie)… na mocy słynnego „artykułu piątego”, który utrzymuje w gotowości Amerykanów w naszej Jasionce. Trump być może żartował, choć trudno odróżnić, kiedy żartuje, kiedy zaś mówi poważnie.
Ale wróćmy do Grenlandii. Wiemy, że rozmowa Marka Rutte z Trumpem toczyła się wokół projektu ustanowienia wojskowych baz USA na wyspie, na wzór brytyjskich baz na Cyprze, funkcjonujących tam od 1960 roku. Byłoby to faktycznie wyjęciem ich spod suwerenności Danii i zależnej od niej Grenlandii (istniejąca baza Pituffik jest nominalnie kontrolowana przez Kopenhagę). To propozycja nadal drastyczna – Duńczycy oświadczyli, że nic o niej nie wiedzą – ale, przyznajmy, o wiele łatwiejsza do przyjęcia niż plan kupienia czy też zawojowania całej wyspy.
ONZ jeszcze podziała
Drugim „bojowym hasłem” Trumpa była Rada Pokoju. Już samo zestawienie tych słów brzmi paradoksalnie. Przypomnijmy, że prezydent USA po prostu oświadczył, że jeszcze przed powstaniem owej Rady samozwańczo mianuje się jej przewodniczącym. Byłoby to być może zabawne, gdyby nie fakt, że ciągle chodzi o polityka numer jeden na świecie, człowieka, z którym nie można się nie liczyć. Oto polityków co najmniej kilkudziesięciu państw postawiono przed arcytrudnym wyborem: muszą – właściwie natychmiast – zdecydować, czy brać udział w imprezie, której przyszłość rysuje się co najmniej niepewnie. Powiedzieć „tak” oznacza ryzyko kompromitacji, z kolei „nie” – to groźba samowykluczenia w sytuacji, gdyby Rada na trwałe zaistniała w globalnej polityce.
Wybory – jak to zwykle w pośpiechu bywa – okazały się różne. Tylko niektóre z zaproszonych państw (Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania i Słowenia) odważyły się otwarcie odmówić, większość przybrała postawę wyczekującą. W tej grupie znaleźli się przywódcy Chin oraz Rosji, a także Duńczycy. Osobnym przypadkiem jest Kanada, której premier Mark Carney najpierw przyjął zaproszenie, w Davos jednak otwarcie wygarnął Trumpowi, co myśli o podobnie wariackim załatwianiu międzynarodowych spraw. Rezultat był do przewidzenia: zaproszenie dla Kanady wycofano.
Grono państw założycielskich tym samym zawęziło się do kilkunastu państw, które – pominąwszy USA i Izrael – stanowią sojusz raczej egzotyczny, rozciągający się od Argentyny po Kazachstan i Mongolię, a także Białoruś. Gambit Ligi Narodów, która, jako niewydolna, w 1946 roku rozstała zastąpiona przez Organizację Narodów Zjednoczonych, raczej nie wchodzi w grę. Trumpowska Rada Pokoju ONZ nie zastąpi. Przynajmniej na razie.
Spadliśmy na cztery łapy
Polska ostatecznie znalazła się w środkowym, wyczekującym obozie. I trzeba powiedzieć, że jest to dla nas rozwiązanie optymalne. Oczywiście w doraźnym, taktycznym, nie zaś strategicznym wymiarze. Ale żaden inny na razie się nie rysuje.
A zapowiadało się jak zwykle, czyli fatalnie. Propozycja Trumpa, który swoje zaproszenie wystosował na ręce prezydenta Nawrockiego, spadła na polskie władze jak przysłowiowa zima, która co roku zaskakuje drogowców. Minister Sikorski właśnie bawił w Indiach, zaś formalnych rekomendacji nielubianemu w MSZ prezydentowi udzielił dyrektor departamentu, co Belweder słusznie skomentował jako gest mało poważny. Mogło skończyć się tak, że w decydujących światowych rozgrywkach znowu by nas „nie było”.
Jednak na szczęście skończyło się inaczej. Nawrocki w poufnej rozmowie umiał przekonać Trumpa, że on bardzo chętnie podpisałby się pod kartą założycielską Rady Pokoju, ale niestety, uniemożliwia mu to polska konstytucja, gdyż taki akt musi zostać ratyfikowany przez sejm. O ile wiadomo piszącemu te słowa, ratyfikacja następuje już po sygnowaniu podpisu – ale sza! Być może Trump tego artykułu nie przeczyta. W każdym razie amerykański prezydent wyjaśnienie kupił i publicznie wynosił pod niebo Nawrockiego, jako głowę najpewniejszego sojusznika Stanów Zjednoczonych.
Podział polskich decyzji na obóz prezydencki i rządowy jest naszą tragedią, o czym wielokrotnie na łamach „Przewodnika” pisaliśmy. Tym razem jednak, o dziwo, okazał się czymś pożytecznym – jako wymówka.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














