Większość rodziców naprawdę życzy swoim dzieciom dobrze. Od momentu, gdy stawiają one swoje pierwsze kroki, po ukończenie przez nie studiów, celebrujemy ich sukcesy i cieszymy się z nich nawet bardziej niż one same. Jednocześnie czasami między rodzicem i dzieckiem pojawia się również zazdrość i rywalizacja.
Tęsknota za wachlarzem możliwości
W psychologii rywalizację między rodzicami i dziećmi próbuje się zrozumieć i opisać już od ponad wieku. Sam Freud pisał o tym, że synowie rywalizują z ojcami, a matki z córkami – przedmiotem rywalizacji była jego zdaniem siła, sprawczość, płodność i atrakcyjność seksualna (cóż, nie tylko wybitni znawcy historii myśli psychologicznej zdają sobie sprawę, że Freud poświęcał szczególnie dużo uwagi popędowi seksualnemu). Takie wątki również mogą pojawiać się w relacji rodziców oraz ich potomstwa, jednak obszarów, na tle których może zaistnieć rywalizacja między przedstawicielami dwóch pokoleń, istnieje o wiele więcej. Tak, dla wielu matek niełatwym doświadczeniem jest obserwowanie pojawiających się kolejnych zmarszczek na własnej twarzy i dostrzeganie nowych siwych włosów przy jednoczesnym obserwowaniu, jak córka staje się atrakcyjną młodą kobietą, która skupia na sobie spojrzenia mężczyzn; tak samo „uwierające” może być orientowanie się, że córka zaczyna np. karierę zawodową, podczas gdy dla niej, kobiety w średnim wieku, niektóre drzwi na zawsze pozostaną już zamknięte. Nierzadko wchodzenie dzieci w dorosłość zbiega się z rodzicielskim początkiem kryzysu wieku średniego. To mocno wyświechtane określenie nie oznacza rzecz jasna konkretnej cezury wiekowej ani nie musi wiązać się z chęcią kupienia sobie motoru czy zmiany życiowego partnera – kryzys ten pojawia się jednak zwykle w chwili, gdy zaczynamy podsumowywać swoje dotychczasowe życie i gdy obserwujemy, że nie uda się nam zrealizować wszystkich młodzieńczych ambicji. Jeśli w tym samym czasie pod naszymi skrzydłami rozwija się młody człowiek, który – choćby wyłącznie w naszym poczuciu – może osiągnąć wszystko, to trudno jest przecież mu nie zazdrościć. Zazdrość z kolei budzi rywalizację – rodzice nastolatków czy studiujących dzieci zaczynają czasami na tym tle „walczyć” ze swoimi dziećmi, stawiając im liczne nakazy i zakazy. Jest to z jednej strony reakcja na młodzieńczy bunt, zaś z drugiej – przejaw chęci bycia mądrzejszym i znaczącym w życiu dziecka, które przecież kochamy – i któremu chcemy zapewnić bezpieczeństwo w nieprzewidywalnym świecie. Chęć kontroli pojawia się zazwyczaj wtedy, gdy czujemy, że nie mamy wystarczającego wpływu na drugą osobę – lub gdy tracimy panowanie nad sobą.
Wychowani do rywalizacji
Rywalizacja między rodzicem a dzieckiem może dotyczyć zarówno pozycji zawodowej, jak i życia prywatnego – chociażby pozycji w rodzinie. Istnieją na przykład rodzice, którzy walczą ze swoimi dziećmi o to, kto z nich będzie bardziej kochany przez współmałżonka albo własnego rodzica (czyli dziadka lub babcię dziecka). Tendencje do rywalizowania z własnym dzieckiem, niezależnie od obszaru, którego dotyczą, mają ważny wspólny mianownik: nie pojawiają się z dnia na dzień. Często dotykają tych rodziców, w których wychowaniu obecne było pobudzanie do konkurowania z innymi (np. rodzeństwem) lub którzy mieli wpajane, że inni ludzie są dla nich zagrożeniem, mogącym pozbawić ich zasobów. Jeśli rywalizacja dotyczy spraw rodzinnych, to często rozwija się ona na skutek obecności w rodzinie zaburzonych więzi już od wielu pokoleń.
Emilia uważa, że jej matka, która widziała w niej konkurentkę, była do takiego sposobu myślenia „przygotowywana” przez całe życie. – Niewiele wiem o dzieciństwie matki, ale już jako dziecko zorientowałam się, że przez całe życie rywalizowała ze swoją siostrą – opowiada. – Walczyły o to, która lepiej gotuje, która ma czyściej w domu, a nawet o to, która lepiej wyszła za mąż. Nie było tak, żeby się wspierały i zwierzały z problemów – najważniejsze było to, żeby drugiej pokazać, że ma się lepsze życie. Chciały też, żeby wiedziała to babcia, ich mama, o której uwagę zabiegały, odkąd pamiętam. Babcia jest chłodną materialistką i zawsze chwaliła tę z nich, która kupiła droższe meble albo ładniej ubrała dzieci. Potem, gdy ciotka z rodziną przeprowadziła się za granicę, a ja zaczęłam dorastać i mieć własne zdanie, mama zaczęła konkurować ze mną. Mówiła na przykład, że jak będę jeść hot dogi, to długo nie będę miała takiej figury jak ona. Twierdziła, że ciężar moich studiów to nic w porównaniu z tym, jak ona musiała się dużo uczyć i jak trudne miała warunki. Czasami niby żartem pytała ojca o to, która ładniej wygląda albo które ciasto – przygotowane przez nią czy przeze mnie – bardziej mu smakuje. Jak urodziłam syna, to stwierdziła, że ona wie najlepiej, co jest dla niego dobre, a ja się muszę jeszcze dużo nauczyć. Miałam po porodzie silnego baby bluesa, z tego powodu poszłam na terapię – tam odkryłam, jakie są problemy w mojej relacji z matką i że ta rywalizacja przyczyniła się do tego, że ciągle czuję się niewystarczająca oraz że po prostu nie ufam samej sobie. Terapia bardzo mi pomogła, mam teraz dystans do tego, co matka mówi o mnie i o sobie. Przestałam też ciągle porównywać się z nią oraz z innymi kobietami z mojego otoczenia. Wierzę w to, że mnie kocha, ale coś w jej życiu musiało pójść nie tak, skoro nie umie po prostu cieszyć się z tego, że ma zdrową córkę i wnuka. Ale na jej życie nie staram się już wpływać – ode mnie zależy to, jak wychowam swoje dzieci – stanowczo podsumowuje Emilia.
Zaburzona więź? Niekoniecznie
W Czarnym łabędziu, głośnym filmie Darrena Aronofsky’ego, Erica, matka młodej baletnicy Niny, zazdrości jej sukcesów na scenie i zaczyna toczyć z nią patologiczną, wyniszczającą dla obu stron rywalizację (film ten subtelnie nawiązuje do Pianistki Elfriede Jelinek, w której również pojawia się rywalizacja matki i córki). Erica pozornie wspiera swoją zdolną córkę, jednak w krytycznym momencie próbuje (pod pozorem troski) udaremnić jej wystąpienie w spektaklu jako Królowej Łabędzi, co jednak nie jest w stanie zdławić ambicji Niny. Historia opowiedziana w Czarnym łabędziu ma dramatyczny finał, a główne postacie i relacje między nimi są naznaczone głęboką psychopatologią. W prawdziwym życiu jednak pojawiająca się między rodzicem a dzieckiem zazdrość nie musi prowadzić do tragedii ani zniszczenia wzajemnych więzi. Uczucie zazdrości samo w sobie nie jest zabójcze ani niemoralne – domaga się ono jednak zrozumienia i otoczenia troską. Być może gdyby Erica miała kogoś bliskiego, komu mogłaby szczerze opowiedzieć o swoim poczuciu życiowego niespełnienia, nie odreagowywałaby trudnych uczuć na wchodzącej w dorosłość córce. Niestety rodzice dorosłych czy dorastających dzieci w naszych realiach często bywają tak samotni jak Erica. Inną blokadą przed opowiedzeniem komuś o swoich uczuciach jest to, że rywalizacja rodzic–dziecko stanowi temat tabu: jesteśmy wychowywani w przekazie, że przecież rodzice chcą dla swojego dziecka jak najlepiej i to właśnie oni cieszą się najbardziej z jego sukcesów. Oczywiście bycie dumnym z własnego dziecka nie oznacza, że jednocześnie nie można odczuwać wobec niego zazdrości – a same uczucia nie czynią nikogo złym rodzicem. Moje doświadczenia w pracy z pacjentami wskazują jednak, że naprawdę dla bardzo wielu spośród nich mówienie o tym aspekcie rodzicielstwa jest niezwykle trudne i staje się możliwe dopiero po nawiązaniu stabilnej i bezpiecznej relacji terapeutycznej. Depresja poporodowa czy niechęć do posiadania dzieci powoli przestają być tematami tabu – jednak wątki rywalizacyjne, które pojawiają się między rodzicem a dzieckiem to coś, o czym wciąż wstydzimy się mówić.
Walka na śmierć i życie
Zdarzają się jednak również takie sytuacje, gdy rodzic widzi w dziecku głównie swojego konkurenta lub osobę, która „ukradła” mu życie i szanse na samorealizację. Pewna doza zazdrości o pełen wachlarz życiowych możliwości może być zrozumiała – a w pewnym sensie jest również adekwatna. Komu mielibyśmy zazdrościć swobody i mnóstwa otwartych życiowych drzwi, jeśli nie osobom bardzo młodym – nawet gdy są naszymi dziećmi…? W zdrowej relacji rodzic–dziecko te niełatwe uczucia są jednak równoważone przez troskę, życzliwość czy wzruszenie, jakie wywołuje w starszym dorosłym samodzielność jego latorośli. Rodzice z głębszą patologią osobowości (np. borderline lub mocno narcystyczni) w osiągającym sukcesy dziecku widzą zagrożenie i chodzące „przypomnienie”, że sami, mimo upływu czasu, nie zdołali spełnić swoich marzeń. Tacy rodzice są skłonni sabotować – albo wręcz otwarcie niszczyć – to, co próbują budować ich dzieci. Pewna kobieta, która miała za sobą bardzo bolesne rozstanie z własnym mężem, postanowiła nie dopuścić do ślubu swojej córki – najpierw nastawiała ją przeciwko narzeczonemu, a gdy to nie przyniosło oczekiwanego skutku, postanowiła „poinformować” przyszłego zięcia (którego chciała uczynić niedoszłym), że jej córka go oszukuje i zdradza, co nie było prawdą. Historia zakończyła się połowicznym happy endem – para pobrała się i stworzyła udaną rodzinę, jednak młoda kobieta niemal całkowicie odcięła kontakt ze swoją matką, która dopuściła się względem niej prawdziwej zdrady. Aby odnaleźć życiowy spokój, potrzebowała dłuższej terapii. Dla tej matki jej własna córka była rywalką, która chciała „zgarnąć” szczęście i powodzenie, jakiego matce nie było dane zaznać. W wewnętrznym świecie matki toczyła ona walkę na śmierć i życie z własnym dzieckiem – powodzenie córki oznaczało jej przegraną, czyli odrzucenie, poczucie, że nic się nie znaczy, a radość dziecka przypominała jej o własnym nieszczęściu. Dynamika tego typu relacji przypomina chory związek żywicielki (symbolicznie wyrażającej matkę) oraz biorczyni (będącej obrazem córki) ukazany w body horrorze Substancja. W umyśle głębiej zaburzonego rodzica, gdy jego dziecko zyskuje szczęście i powodzenie, to on sam traci – potomek „korzysta” bowiem z niego i jego życiowych zasobów. Brzmi to irracjonalnie, a nawet psychotycznie – i rzeczywiście, w takim sposobie przeżywania własnej relacji z dzieckiem brakuje rozsądku i zdrowej bliskości. Rodzic, który tego doświadcza, bezapelacyjnie potrzebuje pomocy psychoterapeutycznej i psychiatrycznej. Jest ona często niezbędna również dziecku, które nawet wbrew swojej woli „wciągane” jest w walkę, której nie sposób wygrać.
Uświadomienie sobie, że w rywalizacji rodzic–dziecko nie ma zwycięzcy ani pokonanego to jeden z kluczowych warunków uzdrowienia relacji, a jeśli jest to niemożliwe – to chociaż samego siebie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















