Czas powiedzieć: dość agresji

„Rozbrój ich, rozbrój nas” – modlił się podczas nieszporów bł. brat Luc, męczennik trapista z Tibhirine. Ta prosta modlitwa brata Luca nieustannie przypomina mi, że potrzebujemy osobistego, jak i społecznego rozbrojenia naszych serc.
Czyta się kilka minut
Tysiące Palestyńczyków utknęło na wybrzeżu Gaza z powodu nasilenia ataków po wprowadzeniu przez Izrael planu okupacji, 2 września 2025 r. | fot. Ahmed Jihad Ibrahim Al-arini/Anadolu/Getty Images
Tysiące Palestyńczyków utknęło na wybrzeżu Gaza z powodu nasilenia ataków po wprowadzeniu przez Izrael planu okupacji, 2 września 2025 r. | fot. Ahmed Jihad Ibrahim Al-arini/Anadolu/Getty Images

Bez tego paschalnego ruchu wewnątrz nas samych czeka nas popadnięcie w nieskończoną spiralę przemocy, która nigdy nie mówi dość. Kultura przemocy coraz bardziej roztacza nad nami swój parasol i staje się jakby nową naszą tożsamością. Ta zaś nowa natura w końcu zażąda daniny w postaci ofiary całopalnej. Obyśmy nie musieli przeżywać w dziejach ludzkości kolejny raz dramatu Holokaustu, który zostanie wymierzony w… ostatecznie nieważne w kogo, ponieważ dla przemocy jest ważne jedynie to, aby zostać nakarmioną i zaspokojoną. Takie są konsekwencje długotrwałego trzymania gardy i przyzwalania na przemoc w naszym sercu i umyśle.

Bez pacyfistycznej naiwności
Coraz bardziej męczą mnie, ale i niepokoją jałowe dyskusje toczone pod pozorem politycznego dyskursu na temat przyjmowania bądź nieprzyjmowania uchodźców. W tle: ludzie wysilają się na miałkie geopolityczne analizy, które ostatecznie sprowadzają się do poparcia partyjnej narracji, z którą w danym momencie się utożsamiają. Ostatecznie dla ludzi pogrążonych w tej wewnętrznej spirali przemocy takie rzeczywistości jak wojna w Ukrainie czy Palestynie nie mają większego znaczenia, gdyż prawdziwa wojna, którą toczą każdego dnia, wydarza się tutaj, nad Wisłą, w podzielonej Polsce, w podzielonym Kościele, w podzielonych rodzinach, w rozdartym przez wewnętrzny konflikt własnym sercu. Wszystko inne staje się jedynie pretekstem do wytoczenia najcięższych dział przeciwko wrogowi, nieważne, czy temu realnemu, z którym dzielę stół, czy wirtualnemu, który jest awatarem moich własnych lękowych projekcji.
Nie jestem naiwnym chłopcem, zanurzonym we własnych utopijnych marzeniach o pacyfistycznym porządku świata. Mam świadomość, że problematyka bezpieczeństwa narodowego, kwestia polityki migracyjnej czy też budowania trwałych sojuszy oraz prowadzenie międzynarodowej dyplomacji na rzecz pokoju w Ukrainie czy Palestynie jest czymś, o czym należy ze spokojem dyskutować, szukać najbardziej racjonalnych rozwiązań oraz starać się patrzeć szeroko, obejmując różnorakie konteksty. Problem jednak polega na tym, że coraz mniej potrafimy ze sobą rozmawiać, szukać mądrych i wspólnych rozwiązań oraz starać się zrozumieć złożoność kontekstów rzeczywistości, w których jesteśmy zanurzeni. Przemoc rozgościła się w nas na tyle skutecznie, że coraz bardziej obezwładnia nasze zdolności budowania mostów. Dotyczy to zarówno krajobrazu społecznego, jak i eklezjalnego. Wystarczy spojrzeć na język, którym się posługujemy w naszej codzienności. Hejt, który jest przez nas odmieniany przez wszystkie przypadki, jest ostatecznie tylko jedną z form przemocy, która wydobywa się z naszego serca za sprawą języka. Hejt bywa prymitywną formą wyrazu swoich nieuporządkowanych emocji i stanów psychicznych, niewątpliwie jest on nieprzyjemny i bolesny w osobistym przeżyciu (zwłaszcza dla młodych ludzi), jednak o wiele groźniejszy jest język, który dehumanizuje człowieka. Język, który okrada z godności drugiego człowieka jest przemocą w najbardziej drakońskiej postaci. 
Warto przypomnieć, że ludobójstwo w Rwandzie nie przyszło znienacka. Było długotrwałym procesem, który rozpoczął się od dehumanizacji drugiego człowieka na poziomie języka. „To nie bracia, to robactwo” – można było u początku konfliktu usłyszeć w rwandyjskich radioodbiornikach. Kilka miesięcy później mówiono już o potrzebie rozdeptywania robactwa, które panoszy się w kraju. Mówienie o drugim, jako o gorszym sorcie człowieka jest równie niebezpieczne. Czyni bowiem destrukcyjny podział, który przebiega w samym sercu człowieka. Tam jest budowany mur wrogości, który przecież Chrystus zapragnął zburzyć.

Uzbrojone serce i przemoc
Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi na niezbywalną godność drugiego człowieka – co przecież na wskroś wypływa z chrześcijańskiej antropologii – stanięcie w obronie różnorakich mniejszości czy próba znalezienia dla nich miejsca, nie tylko w sercu, ale również w społecznym krajobrazie, jest bardzo często detonatorem dla agresji (emocjonalnej, intelektualnej, duchowej), która jest głęboko skrywana w sercu człowieka. Takie serce zbroi i szykuje się do wojny zapewne od wielu już lat.
Abyśmy nie dali się uśpić, że problem uzbrojonych przemocą serc dotyczy jedynie spraw społecznych i ludzi reprezentujących obywateli, trzeba powiedzieć, że przemoc również rozgościła się w Kościele. Serca duchownych i ochrzczonych są równie uzbrojone i agresywne, co serca polityków i wyborców. To, w jaki sposób katolicy prowadzą między sobą spory, więcej mówi o kondycji naszych serc niż o samym problemie, który rzekomo nas dotyka. Jak niegdyś poganie mówili o chrześcijanach: „patrzcie, jak oni się miłują”, tak dzisiaj coraz częściej zdaje się słyszeć głos: „patrzcie, jak oni są podzieleni, jak siebie również nienawidzą”.
Kiedy mówię o potrzebie rozbrojenia własnego serca, myślę o rozbrojeniu tych wszystkich min, które zostały przez lata poukrywane w naszym wnętrzu. Pielęgnowana pamięć krzywd, nieprzebaczenie, chęć odwetu, egoistyczne pragnienie dominacji nad drugim człowiekiem, fałszywe poczucie winy, pogarda wobec samego siebie, lęk przed odrzuceniem, niskie poczucie własnej wartości. To one, jak i wiele innych duchowych chorób, sprawiają, że wciąż jesteśmy gotowi do ataku. Drugi zaś człowiek jawi się jako wróg, którego trzeba w tej batalii pokonać i wyeliminować.

Zgoda na zranienie i rezygnacja z odwetu
Jak zatem rozbroić własne serce? Nie zaczyna się ono od wielkich politycznych gestów czy publicznych deklaracji, lecz od cichego aktu odwagi, w którym przyznajemy się przed samym sobą, że jesteśmy polem minowym, które domaga się rozbrojenia. Prawdziwe rozbrojenie serca zaczyna się od przyznania się przed samym sobą, że potrzebuję pojednania i pokoju, którego ja sam na pewno nie jestem źródłem. Rodzi się ono, gdy człowiek zaczyna mieć odwagę do bycia kruchym. Siła kochania zaczyna wówczas płynąć z naszej „ranliwości”, to znaczy ze zgody na własną słabość i możliwość zranienia nas. Pokój serca, który wówczas osiągamy, płynie nie z arsenału, lecz jest owocem zgody na odłożenie miecza przemocy. Trafnie to wyraziła Simone Weil: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Kto miecz odkłada, kończy na krzyżu”. Ten zaś koniec na krzyżu nie oznacza samounicestwienia czy zgody na własne poniżenie. W Chrystusie widzimy, że krzyż stał się miejscem, gdzie ostatecznie zamilkła logika odwetu i zwyciężyła miłość do końca.
Następnym krokiem do rozbrojenia serca jest rezygnacja z prawa odwetu. To trudne, gdyż drzemie w nas głód sprawiedliwości, który ze swej natury jest czymś właściwym i potrzebnym, lecz bardzo łatwo zamienia się on w żądzę zemsty. W pojednaniu jednak chodzi nie o zapomnienie, lecz o przekroczenie logiki krzywdy. Serce rozbrojone to serce, które wstępuje na drogę pojednania, podczas którego dokonuje ono nie tyle taniego i niesprawiedliwego uniewinnienia drugiego, ile uwalnia się spod władzy własnego gniewu i żądzy zemsty. Logika non violence (życia bez przemocy) zaprasza nas do odłożenia miecza, aby wyjść na spotkanie ku drugiemu Ty.
Otwartość na spotkanie drugiego jest trzecim krokiem dążącym do rozbrojenia własnej egzystencji. Pojednanie bowiem nie jest jednostronne, nie wystarczy świadomość własnej kruchości oraz wypuszczenie broni z własnej dłoni. Jeśli wciąż będę budował mur alienacji wokół siebie, prędzej czy później wrócę na swoje dawne wartownicze pozycje. Trzeba nam zaryzykować spotkanie z tym, kogo się boję, kogo odrzucam, kim do tej pory pogardzałem i przed kim się zbroiłem. Może to być brat Ukrainiec, który rozgościł się w naszym polskim krajobrazie, a może to być każdy inny człowiek przybyły z dalekiego kraju. Może to być homoseksualny sąsiad lub bliski kuzyn, który dziś sympatyzuje z heterodoksyjną w moim mniemaniu opcją polityczną, albo też współbrat w wyznawanej wierze, który posiada odmienne spojrzenie na Kościół, inną wrażliwość oraz inne potrzeby.

Rozbrojone serce Jezusa
Rozbrojenie własnego serca ostatecznie prowadzi do przyjęcia stylu Jezusa. Jest tak naprawdę potraktowaniem na poważnie Ewangelii w całej jej rozciągłości i głębokości. Mam świadomość, że wizja rozbrojonego serca może napawać nas lękiem, zwłaszcza że wszyscy nosimy w sobie głęboko skrywane pragnienie kontrolowania rzeczywistości. Jednak jeśli nie spróbujemy zaufać temu, co pozostawił nam w testamencie miłości Chrystus, nigdy nie zakosztujemy trwałego pokoju. Pokoju, który ostatecznie płynie nie z naszych dyplomatycznych zdolności i politycznych racji, lecz od samego Zmartwychwstałego Chrystusa. 
Papież Leon niemalże w pierwszych słowach swojego pontyfikatu wezwał nas do rozbrojenia. Jego głos odczytuje jako profetyczne wezwanie. Mówił on: „Pokój niech będzie z wami. Taki jest pokój Chrystusa zmartwychwstałego. Pokój rozbrojony i pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały. Pochodzi od Boga, od Boga, który kocha nas wszystkich, bezwarunkowo”. Przemoc pcha nas w objęcia śmierci, zaś miłość Chrystusa, objawiająca się w na krzyżu, pokazuje nam, że sam Bóg pozwolił się zranić, zrezygnował z prawa odwetu, odłożył miecz przemocy, zawiesił logikę zemsty, ukazując nam prawdę, że prawdziwa miłość nie potrzebuje bronić siebie i nie doznaje porażki. 
Rozbrojone serce chrześcijanina to nie zgoda na słabość, lecz posiew pokoju, który ma zdolność przemieniać oblicza skrwawionej i umęczonej ziemi. Chrześcijanin jest zaproszony do pójścia drogą, którą wyznaczył nam Chrystus. Podczas innych nieszporów wspominany na początku brat Luc, mając świadomość narastającej fali przemocy i zbliżającej się śmierci, modlił się takimi słowami: „Panie, obdarz nas łaską umierania bez nienawiści w sercu”.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 37/2025