Uroczystość Objawienia Pańskiego (Epifania) jest obok świąt paschalnych oraz dnia Pańskiego (niedzieli) najstarszym świętem chrześcijańskim. Wczesne świadectwa (III w.) pokazują nam, że 6 stycznia był dniem celebracji objawienia się Chrystusa w świecie i nie chodziło tu tylko o przybycie mędrców ze Wschodu. W tym jednym święcie mieściły się trzy zbawcze wydarzenia, które ukazywały w całej rozciągłości sposób objawienia się Boga pośród swojego ludu. Święto to mówiło o narodzeniu Jezusa oraz odnalezieniu Mesjasza przez poszukujących mędrców przybyłych z dalekiego Wschodu, o chrzcie Jezusa w Jordanie oraz o cudzie w Kanie Galilejskiej. Dopiero z kolejnymi wiekami zaczęto celebrować poszczególne tajemnice Pańskie osobno. Niemniej, Bóg zapragnął dokonać swojej epifanii, objawiając się na różne sposoby.
Mędrcy ze Wschodu
Bóg objawia tożsamość swojego Syna nie jako prywatnego Mesjasza Izraela, lecz jako Zbawiciela całej ludzkości. Daje się poznać tym, którzy Go nie znają ze świętych pism i Prawa. Przybyli ze Wschodu mędrcy nie są ani prorokami, ani kapłanami, nie należą nawet do ludu Przymierza. Są poganami, uczonymi, astrologami – a więc ludźmi, których wybrany Izrael raczej tolerował, niż zapraszał do teologicznego stołu. A jednak to oni jako pierwsi rozpoznają znaki, które Bóg do nich kieruje. Jest w tym zawarta niesamowicie niewygodna prawda, że Bóg bywa szybciej rozpoznawany przez tych, którzy rzeczywiście Go szukają, niż przez tych, którzy są pewni, że już Go posiadają. Epifania obnaża dramat religijnej wiedzy bez nawrócenia. Można znać teologię i nie spotkać Boga. Mędrcy ze Wschodu to reprezentanci poszukiwaczy prawdy. Kto szuka prawdy, szuka Boga, choćby tego nie wiedział, powie wieki później kandydatka na doktora Kościoła, św. Edyta Stein.
Objawienie nie dokonuje się w kulcie ani w moralnej poprawności, lecz w niepokoju rozumu. Mędrcy nie posiadają objawienia w sensie biblijnym. Mają znaki, hipotezy, fragmenty wiedzy. Mają również odwagę wyruszyć w nieznaną dla siebie drogę. Epifania w ich przypadku nie polega na tym, że wszystko staje się jasne, lecz na tym, że sens okazuje się wart podjęcia drogi. Bóg objawia się nie tym, którzy mają gotowe odpowiedzi, lecz tym, którzy noszą w sobie głód sensu i prawdy. Gwiazda, która prowadzi mędrców, jest jakby znakiem tego pragnienia. Ona nie tłumaczy, nie odpowiada na pytania, nie moralizuje. Po prostu prowadzi. Epifania zaczyna się tam, gdzie człowiek przyznaje się, że nie wie wszystkiego, gdzie zaczyna częściej używać znaków zapytania niż wykrzykników. Gwiazda nie jest odpowiedzią, jest zaproszeniem. Prowadzi zaś tam, gdzie człowiek być może nie spodziewa się dotrzeć.
Jerozolima jako centrum państwowe i religijne okazuje się ślepą uliczką. Natomiast swoiste peryferie – ubogie i niepozorne Betlejem – stają się miejscem objawienia się Boga. Epifania sama w sobie jest pewną formą paradoksu: Bóg daje się znaleźć tam, gdzie nikt pozornie rozsądny nie zamierza szukać absolutu. Przychodzi tam, gdzie nikt się Go nie spodziewa. Jednocześnie zdradza nam swój uniwersalizm. Albowiem Chrystus już na samym początku swojego życia objawia się wobec tych, którzy symbolizują wszystkie narody. Zbawienie jest bowiem przeznaczone dla wszystkich. Epifania jest zatem świętem bardzo niebezpiecznym dla Kościoła zamkniętego w sobie. Autoreferencyjność, czyli problem nadmiernego skupiania się na samym sobie, to choroba Kościoła, którą zdiagnozował papież Franciszek. W uroczystość Epifanii Bóg mówi nam, że nie należy na wyłączność do żadnej kultury, żadnego narodu, żadnej instytucji. Nie daje się zamknąć w jednym kalendarzu, jednym języku i jednym sposobie widzenia. Jest On dla wszystkich, zaś objawienie, które otrzymał Kościół, przeznaczone jest nie dla ekskluzywnego posiadania, lecz aby mu służył, starając się, aby było ono dostępne dla wszystkich. Kościół, który o tym zapomina, staje się Herodem chcącym kontrolować objawienie, które samo w sobie pragnie być nieuchwytnym wiatrem oraz światłem. Chrystus, światłość świata, objawia się nie jako Ten, który posiada jakieś kulturowe granice, ale jako Chrystus uniwersalny, Chrystus wszystkich ludzi i wszystkich czasów. Objawienie zaś nie jest przeznaczone dla małej społeczności uprzednio wybranych ludzi, lecz ma charakter kosmiczny, obejmujący całą otaczającą nas rzeczywistość.
Chrzest Jezusa w Jordanie
Nikt tutaj niczego nie szuka. Chrystus wchodzi do wody. Zanurza się. Objawienie zaś dokonuje się nie przez wędrówkę człowieka ku Bogu, lecz przez zejście Boga w to, co ludzkie, a nawet antyludzkie. Chrzest Jezusa w Jordanie jest epifanią solidarności. Ten, który nie potrzebuje żadnego oczyszczenia, staje pokornie w kolejce grzeszników. Można powiedzieć, że Jordan był narodowym konfesjonałem Izraela. Praktyka zanurzania się w Jordanie dla oczyszczenia z grzechów i nawrócenia była powszechnie stosowana. Nawet geografia miała tu symboliczne znaczenie. Jordan wypływał bowiem z jeziora Genezaret. Jeziora pełnego życia, jeziora, które swoimi rybami karmiło niemal cały naród. Przepływał zaś przez cały kraj, dając mu życie, nawadniając pola i uprawy, pojąc izraelskie bydło i zasilając domostwa, jednocześnie przyjmując w siebie nie tylko brud życia codziennego, ale również grzech, z którego w wodach Jordanu obmywał się naród. Rzeka wpada zaś do Morza Martwego, które w powszechnej opinii było martwe ze względu na to, że do niego właśnie wpadały wszystkie grzechy ludu Izraela. Grzech był jednoznacznie kojarzony ze śmiercią. Chrystus, jedyny sprawiedliwy, który niewątpliwie nie potrzebował żadnego oczyszczenia, pragnie objawić się pośród grzeszników, pragnie objawić się w samym grzechu i słabości, które przyjmie w siebie – jak zauważyli ojcowie Kościoła – niczym gąbka, która obficie wchłania wodę. Chrystus, wchodząc do Jordanu, wchodzi w najbardziej wstydliwe, zranione, kruche i grzeszne przestrzenie ludzkiej egzystencji. Pragnie objawiać nam się w samym dramacie grzechu. Tak! Jest to teologiczny skandal, moralna prowokacja. Jednak sam św. Paweł napisze, że Ten, który nie znał grzechu, dla nas stał się grzechem (por. 2 Kor 5, 21).
Myślę, że nadal nie wyciągamy odpowiednich teologicznych konsekwencji z tego, co napisał apostoł. Chrystus objawia się więc jako Ten, który nie boi się ludzkiej zranionej kondycji, nie boi się ludzkiej ciemności. Pragnie w nią wejść nie po to, by ją usprawiedliwić, lecz aby ją unieść i przemienić. Jordan jest więc miejscem, gdzie Bóg jakby chciał nam powiedzieć, że nie jest w stanie nas zbawić na sposób zewnętrzny. Pragnie wejść w to, co niszczy człowieka na poziomie fundamentalnym. Objawia się właśnie w tym, co wydaje się najbardziej odległe od Niego. Ostatnią rzeczywistością, w której byśmy szukali Boga, jest właśnie grzech, słabość, to wszystko, co w nas kruche, słabe i podatne na zranienie. Lecz epifania Chrystusa pragnie objąć również te przestrzenie w nas. Chrystus w tajemnicy chrztu nad Jordanem, w epifanii solidarności jednoznacznie pokazuje nam, że może również objawiać się tam, gdzie dana rzeczywistość całkowicie przeczy Jego obecności. Od tego momentu nie ma takiej przestrzeni, do której Bóg nie miałby przystępu. Gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się łaska – zapewnia nas św. Paweł. Gdzie pojawił się grzech, tam dokonuje się również epifania Chrystusa. Tam również mogę spotkać Tego, który przyszedł powołać nie sprawiedliwych, lecz ludzi grzesznych. Jego moc objawia się w słabości, jak podpowiada nam znów apostoł Paweł. Właśnie tam dokonuje się jego niespodziewana epifania. Problem w tym, że to my wykluczamy Boga z przestrzeni, które uznajemy za niegodne i niespełniające naszych standardów spotkania z Nim. Poprzez epifanię chrztu nad Jordanem Bóg pokazuje nam, że pragnie ukazywać się nam również w tym, co z pozoru wydaje się najbardziej Jemu odległe. Rozlegający się zaś głos „To jest mój Syn Umiłowany” zanurza Chrystusa w naszym losie, w jego najciemniejszych odsłonach, w najmroczniejszych historiach naszej zranionej egzystencji.
Cud w Kanie Galilejskiej
Objawienie Pańskie niewątpliwie przez wieki kojarzone było z nadzwyczajnością, z chwilą wyrwaną z biegu rzeczy, z czymś, co dzieje się „ponad” codziennością. Dla dopełnienia obrazu uroczystości Objawienia Pańskiego potrzebujemy Kany Galilejskiej, która jest pochwałą zwyczajności. Jest jakąś formą teologicznej rehabilitacji tego, co małe, powtarzalne, zwyczajne i codzienne. Kana Galilejska jest najbardziej cichą epifanią, jakiej Bóg dokonuje. Nie ma gwiazdy, nie ma głosu z nieba. Jest za to wstyd gospodarzy, brak wina, zwyczajna ludzka kompromitacja. A wszystko podczas bardzo ludzkiego wydarzenia, jakim był ślub oraz wesele dwojga zakochanych w sobie ludzi. Chrystus objawia się zatem w tym, co najbardziej naturalne i codzienne. Nie dokonuje znaku dla tłumów, lecz dla relacji. Woda staje się winem nie dlatego, aby zadziwić świat, lecz aby ocalić radość.
Można przeoczyć Boga, jeśli szuka się Go tylko w tym, co wielkie i wzniosłe. On objawia się również tam, gdzie zagrożona jest zwyczajność. Objawia się pośród banalności życia codziennego. Przez wieki duchowość stroniła od tego, co codzienne i zwyczajne. Próbowała w jakiś sposób pomijać lub przekraczać codzienną rzeczywistość, którą postrzegano jako mniej szlachetną, a którą również traktowano jako uciążliwy etap w drodze do rzeczy wyższych, bardziej wzniosłych. Epifania, której dokonał Chrystus w Kanie, jest przywróceniem właściwego miejsca temu wszystkiemu, co naturalne i codzienne, co tchnie zwyczajnością i prostotą. To swoista pochwała na rzecz tego wszystkiego, co szare i monotonne oraz co jest udziałem naszego człowieczeństwa. Objawienie się Chrystusa w Kanie jest prowokujące. Nie dlatego, że wydarzył się cud, lecz dlatego, że ten cud wydarzył się właśnie tam. W okolicznościach całkowicie zwyczajnych. Na prowincji, podczas rodzinnego wydarzenia, gdzie po prostu wydarzył się okolicznościowy dramat, albowiem brak wina to nie kwestia religijna. Nie ma tam herezji, nie ma grzechu, nie ma kryzysu wiary. Jest potencjalny wstyd, zakłopotanie, lęk przed kompromitacją. Woda staje się winem nie po to, by zadziwić świat, lecz po to, by zwykłe ludzkie świętowanie nie zamieniło się w porażkę. Chrystus objawiający się pośród sytuacji na wskroś zwyczajnej nie czyni tego z pozycji nauczyciela doktryny czy jako prorok, lecz jako Ten, który ratuje relacje międzyludzkie oraz radość.
W jakimś sensie kananejskie objawienie jest niebezpieczne również dla tych, którzy zamknęli Boga i sprowadzili Go jedynie (podkreślam jedynie) do złotego tabernakulum w kościele. Kana ukazuje nam, że Bóg interesuje się również tym, co my sami uważamy za niewystarczająco duchowe. Codzienność zatem nie jest przeszkodą dla Boga, lecz jest również uprzywilejowaną przestrzenią i rzeczywistością do spotkania z Nim samym. Teologia, która nie potrafi rozpoznać epifanii Kany, łatwo popada w pogardę dla zwyczajności. Duchowość wówczas ucieka w nadzwyczajność i egzaltowane formy pobożności, a codzienność skazana jest na wiecznie szarą krainę poza wpływem oddziaływania łaski. Epifania mówi coś odwrotnego! Jeśli Bóg się objawia, to właśnie tam, gdzie życie jest powtarzalne, przewidywalne, a nawet banalne. Tam, gdzie kończy się wino, zaczyna się objawienie. Jest to pochwała życia takiego, jakie ono jest, ale nie w sensie taniej afirmacji. Raczej w sensie głębokiego realizmu. Bóg nie czeka na idealne warunki, objawia się pośród warunków dostępnych w naszych codziennościach.
Trzy epifanijne wymiary składają się na uroczystość Objawienia Pańskiego. Epifania uczy zatem patrzeć inaczej. Nie szukać Boga obok życia, lecz w jego fakturze. W pracy, która męczy. W relacjach, które się psują. W pytaniach, które nie dają spać. W winie, które się kończy. W wodzie, która nie oczyszcza tak, jakbyśmy chcieli. W gwieździe, która prowadzi okrężnie. To nie jest romantyczna wizja. To jest teologia Wcielenia doprowadzona do samego końca. Skoro Słowo stało się ciałem, to objawienie musi mieć zapach życia. Całego życia, na które składają się nasze wędrówki, grzechy, słabości i kruchość naszej zranionej egzystencji oraz cała zwyczajna codzienność, którą doskonale znamy i przewidujemy. Chrystus objawia się nam nie po to, by nas oderwać od naszego życia i świata, w którym egzystujemy, lecz po to, aby zakorzenić nas w naszym człowieczeństwie, które samo w sobie jest rwącym potokiem epifanii Emmanuela – Boga z nami.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















