W Stanach Zjednoczonych to jeden z najbardziej popularnych obrazów, u nas niemal nieznany: The spirit of 1776 (Duch roku 1776) Archibalda Willarda. Jest on artystyczną metaforą szczególnej chwili, gdy obywatele brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej zerwali się do walki o niepodległość. Szczególny czas patriotycznej ekstazy, determinacji i wiary wbrew nadziei, bo któż mógł uwierzyć, że będą oni w stanie pokonać imperium „nad którym słońce nie zachodziło”. To jedno z najważniejszych, najbardziej ikonicznych płócien Ameryki. Maszerują na nim trzej ochotnicy, reprezentujący trzy pokolenia amerykańskich patriotów, pełni entuzjazmu, wiary i determinacji. Nie od dziś przychodzi mi na myśl tamten obraz, gdy myślę o letnich miesiącach roku 1920, gdy pod znakiem zapytania stanęła przyszłość dopiero co odrodzonej Polski.
Odwieczny wróg
Już przeminął pierwszy entuzjazm „wybuchu Polski” w listopadzie 1918 roku, coraz mocniej dawało o sobie znać zmęczenie wojną, destabilizacją i brakiem bezpieczeństwa, które odczuwali Polacy co najmniej od wybuchu „wielkiej wojny” w sierpniu 1914 roku. Ta „wojna za wolność ludów”, jak niegdyś pisał Mickiewicz, przyniosła nam niepodległość, ale również ogromne cierpienia i straty. Polacy byli zmęczeni, bo wojna nie zakończyła się dla nich w listopadzie 1918 roku. Trzeba było się bić o utrwalenie zdobytej suwerenności, o granice państwa, zarówno na forum dyplomatycznym, jak również krwawiąc na polach kolejnych bitew. Walczyliśmy z Niemcami o ziemie zaboru pruskiego, z Ukraińcami o Lwów i kresy południowo-wschodnie, z Litwinami i Białorusinami o tereny dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. To były „spory w rodzinie”, spory bratnich narodów poróżnionych rosnącym nacjonalizmem. Był jednak wówczas spór poza rodziną, spór z wrogiem odwiecznym, złowrogim, spór, w którym nie chodziło o to czy tamto miasto, ale o samo istnienie niepodległych – Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy. Tym wrogiem była Rosja, podówczas we wcieleniu bolszewickim, która „po trupie pańskiej Polski” chciała przenieść „płomień rewolucji” do Europy i dalej.
Słabość narodowej tożsamości
Wojna polsko-bolszewicka rozpoczęła się już z początkiem 1919 roku. Wojska polskie z Józefem Piłsudskim, ówczesnym Naczelnikiem Państwa na czele, ruszyły na wschód, aby jak najdalej odepchnąć Rosję i stworzyć warunki dla realizacji koncepcji federacyjnej Piłsudskiego, marzącego o odbudowie dawnej Rzeczpospolitej w zmienionej formie, nie „obojga”, ale „wielu narodów”. Walki trwały niemal przez cały rok 1919 i przyniosły Polsce wiele sukcesów, zajęto Wilno, Mińsk, Bobrujsk, Mozyrz i Kamieniec Podolski. Pod koniec 1919 roku nastał krótkotrwały rozejm, ale po pół roku, 25 kwietnia 1920, ruszyła ofensywa wojsk polskich i oddziałów ukraińskich atamana Symona Petlury, tzw. wyprawa kijowska. Pisałem o tym niejeden raz na łamach „Przewodnika”, ma więc zapewne Czytelnik w pamięci dramatyczną historię zwycięstwa oddziałów polskich maszerujących po kijowskim Chreszczatiku, Piłsudskiego odbywającego tryumf w Warszawie, niby rzymski cezar. A później gwałtownego załamania i ucieczki, aż po Wisłę. Istnienie polskiego państwa stanęło w sierpniu 1920 roku pod wielkim znakiem zapytania. Zdawały się sprawdzać niemieckie prognozy, że jesteśmy niczym więcej niż Saisonstaat (państwem sezonowym), niezdolnym do trwałej egzystencji.
Czynnikiem osłabiającym możliwość utrwalenia państwa polskiego zdawała się też postawa wielu jego obywateli. Mieliśmy niezwykle patriotyczną i zdeterminowaną warstwę młodej inteligencji. Czy prawicową, podążającą szlakiem Romana Dmowskiego, czy lewicową, realizującą wizję „socjalizmu patriotycznego” Józefa Piłsudskiego, to jednak dążącą do uzyskania przez Polaków samoistnego bytu politycznego, możliwości rozwoju własnej kultury, języka i religii. Niestety te świadome, acz zróżnicowane wizje przyszłej Polski były ograniczone do stosunkowo wąskiej warstwy inteligenckiej. Polskiej klasy średniej niemal nie było, a chłopi, zdecydowana większość społeczeństwa, często nie odczuwali przynależności do polskiej wspólnoty narodowej. W zaborze rosyjskim i austriackim chłop mówił o sobie: „tutejszy”, „cysarski”, określenie „Polak” rezerwując dla „pana” ze dworu lub inteligenta z miasta. Dlatego tak łatwo było austriackiemu zaborcy podczas tzw. rabacji galicyjskiej w 1846 roku pchnąć polskich chłopów do bestialskiej zemsty na polskiej szlachcie. Polska kojarzyła się mieszkańcom wsi z wyzyskiem, niesprawiedliwością i nędzą. Oni nie wychowywali się na romantycznych ideałach Trylogii, formowała ich proza pańszczyźnianego zniewolenia. Do I wojny nie zmieniło się wiele. Jeszcze w 1919 roku zdarzały się sytuacje, gdy polski oddział, pytający chłopów o to, gdzie są „nasi”, otrzymywał odpowiedź, „a tam, za lasem”, tymczasem byli tam jedynie Rosjanie. Trudno było liczyć na jakiś masowy zryw w obronie Rzeczpospolitej, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Wisły. Zbyt wielkie zmęczenie, zobojętnienie, wygasający entuzjazm, słabość narodowej tożsamości. Wszystko to zdawało się zwiastować klęskę.
Cudowne przebudzenie
Właśnie wtedy, gdy zdawało się, że odrodzona Niepodległa będzie jedynie efemerydą, zdarzyło się to, co można by nazwać prawdziwym, a nie tylko mniemanym, cudem. Nie postać Maryi osłaniającej swym płaszczem polskie oddziały i budzącej trwogę wśród bolszewików, nie kapłan kroczący z krzyżem w ręku na czele polskich oddziałów, ale przebudzenie społeczeństwa, które mimo zmęczenia, defetyzmu, braku nadziei dokonało niewiarygodnego zrywu, który ocalił to, co zdawało się nie do ocalenia. To historia armii ochotniczej, bez której trudno sobie wyobrazić zwycięstwo roku 1920. W obliczu śmiertelnego zagrożenia, kiedy już cały świat uznał Polskę za straconą, nasi przodkowie nie załamali rąk. Nie upadli na duchu i nie poszli na układy z bolszewikami, niechybnie prowadzące do zniewolenia kraju. Odpowiedzieli wielką mobilizacją sił, masowym zaciągiem ochotniczym – zrywem, który latem 1920 roku ocalił Rzeczpospolitą przed upadkiem, a Europę zapewne przed zalewem komunizmu.
Dramatyczna sytuacja na froncie polsko-bolszewickim spowodowała konieczność zmobilizowania wszystkich zasobów w celu obrony państwa. W lipcu 1920 roku powołano Generalny Inspektorat Armii Ochotniczej z gen. Józefem Hallerem na czele. Wezwanie do formowania Armii Ochotniczej wywołało natychmiastowy odzew społeczeństwa. Wszystkie partie i stronnictwa polityczne, oczywiście oprócz komunistów, organizacje i stowarzyszenia społeczne, zawodowe, młodzieżowe, cechy rzemieślnicze czynnie wsparły podejmowany przez władze cywilne i wojskowe wysiłek mobilizacyjny dla obrony kraju. Doraźnie tworzone komitety otwierały własne biura i punkty zaciągowe. Fakt, iż do ochotniczych oddziałów zaciągała się młodzież inteligencka, nie budzi zdziwienia, zaskoczeniem była jednak masowa i entuzjastyczna reakcja innych warstw społecznych. W Warszawie do wojska tak licznie wstępowali rzemieślnicy i młodzież czeladnicza, że wiele warsztatów musiało zaprzestać pracy. W Łodzi przeważali robotnicy, którzy stanowili 45 proc. wszystkich zrekrutowanych ochotników. Dziewczęta mogły zgłaszać się do Ochotniczej Legii Kobiet, formacji zasadniczo przeznaczonej do służby na tyłach. Jednak latem 1920 roku w obliczu zagrożenia inwazją bolszewicką rozpoczął się pobór do batalionów liniowych. Gorączka pracy organizacyjnej ogarnęła wiele miast. Ochotnik Stanisław Rachlewski przedstawił w pamiętniku obraz Łodzi z połowy lipca 1920 roku: „Ogromnie ożywiona, poddenerwowana, zmieniła się w jeden wielki obóz wojskowy. Moc żołnierzy, pełno mundurów, starzy i młodzi, na poły wojskowi, na poły jeszcze w cywilu, radośnie spotykali się na ulicach miasta. Wszystkie mury, słupy reklamowe, witryny okien wystawowych przepełnione były hasłami i wezwaniami. Wszędy oko spotykało się z napisem: «Wszyscy na front!», «Ojczyzna w niebezpieczeństwie!», «Wróg grozi naszej wolności!» itd.”. Setki biur werbunkowych, tworzonych spontanicznie przez rozmaite organizacje i stowarzyszenia, działały początkowo samodzielnie, bez kontroli i nadzoru sił zbrojnych. Po kilku dniach chaotyczną akcję opanowano i wszystkie cywilne punkty werbunkowe zostały podporządkowane Inspektoratom Armii Ochotniczej. Ustawiały się przed nimi kolejki kandydatów do służby wojskowej: począwszy od piętnastoletnich chłopców, próbujących na różny sposób ukryć swój zbyt młody wiek, po 50-, 60-letnich mężczyzn.
Mobilizacja wsi
Początkowo mniej licznie stawała do poboru ochotniczego wieś, która wobec wojny z Rosją długo zajmowała stanowisko obojętne lub niechętne. Postawa ludności wiejskiej była zależna przede wszystkim od stanowiska Kościoła i lokalnego duchowieństwa. Dlatego wielkie znaczenie miało wsparcie akcji zaciągu ochotniczego właśnie przez księży. Proboszczowie parafii wiejskich odczytywali wiernym wydaną w lipcu 1920 roku odezwę episkopatu do narodu. Biskupi polscy pisali w niej: „wzywamy was, abyście też dali zastępy ochotnicze dla ratowania narodu i Polski. W dzisiejszym naszym położeniu w Armii Ochotniczej obok istniejącego już wojska jest nasza nadzieja i przyszłość. Przez jej szeregi dajemy wojsku naszemu niezbędne rezerwy (…). Skorośmy się rwali do zastępów ochotniczych w 1831 i 1863 roku, mimo że nadziei zwycięstwa, po ludzku mówiąc, nie było, czybyśmy dzisiaj mieli skąpić naszej krwi Ojczyźnie już wolnej, a tylko ciężko zagrożonej?”. Dużą rolę odegrały także odezwy popularnego na wsi Wincentego Witosa, który zachęcał włościan do czynu słowami: „Kto z was zdolny do noszenia broni – na front. Dzisiaj najwyższy obowiązek każdego Polaka to służba w obronie Ojczyzny. Na polu walki, na froncie, dziś miejsce każdego, kto broń dźwignąć potrafi. Inni muszą dać ofiarę z pracy i mienia. Precz z małodusznością. Precz ze zwątpieniem!”. Dzięki wpływowi Kościoła, agitacji ludowców i popularności Witosa również włościanie zaczęli liczniej pojawiać się w szeregach ochotniczych. Wielkie znaczenie dla mobilizacji wsi miał zatem wątek walki z „bezbożnym” bolszewizmem, zapewne ważniejszy aniżeli motywacja państwowo-narodowa.
Prawdziwy początek nowoczesnej Polski
Zaciąg ochotniczy dał armii 105 714 żołnierzy. Z tej liczby 52 960 trafiło do szeregów piechoty, 9456 do jazdy, 12 495 do artylerii, 9446 do wojsk technicznych, 6683 do wojsk taborowych, 11 285 do wojsk wartowniczych strzegących na zapleczu obiektów wojskowych, węzłów komunikacyjnych, łączności, mostów, linii kolejowych, 3659 podjęło służbę w kancelariach wojskowych. Do służby zgłosiło się ochotniczo 830 byłych oficerów oraz duża liczba nauczycieli, co pozwoliło w znacznym stopniu zażegnać kryzys kadrowy dający się odczuć w Wojsku Polskim na skutek dużych strat w kadrze oficerskiej i podoficerskiej. Prof. Janusz Odziemkowski, najwybitniejszy badacz ochotniczej armii w 1920 roku, tak ocenia znaczenie ówczesnego zaciągu: „Podczas I wojny światowej poległo lub zmarło z ran i chorób prawie 500 tys. Polaków służących w szeregach armii państw zaborczych. Setki tysięcy straciły zdrowie. Ile osób na skutek traumatycznych przeżyć na froncie nie tylko nie nadawało się już do służby wojskowej, lecz także nie potrafiło radzić sobie z pracą zarobkową, nie wiemy, gdyż takich statystyk wówczas nie prowadzono. Do tego trzeba dodać wielkie zniszczenie kraju i powszechny niedostatek. Setki tysięcy młodych ludzi były wycieńczone biedą i notorycznym niedojadaniem w latach wojny, a osłabione organizmy łatwo ulegały szerzącym się epidemiom. Polskie komisje poborowe musiały zwalniać do domów ponad 30 proc. wezwanej do przeglądu młodzieży ze względu na zły stan zdrowia. Można powiedzieć, że wytęsknioną niepodległość witało społeczeństwo ogromnie wynędzniałe, wykrwawione i wyczerpane wojną światową”.
Jeśli chcemy mówić o „cudzie”, to raczej dostrzeżmy go w „duchu 1920 roku”, w masowym odruchu ratowania państwa, którego istnienia, do niedawna, wcale nie uważano za szczególnie potrzebne. To latem 1920 roku zdarzył się cud narodzin świadomego narodu, który objął różne warstwy społeczne, także, a może przede wszystkim, te dotąd upokarzane i pogardzane. Prawdziwy początek nowoczesnej Polski.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













