Po wypowiedziach kilku polskich biskupów rozgorzała w Polsce dyskusja na temat naszego stosunku do migrantów. U podłoża sporów o to, jaka ma być chrześcijańska postawa wobec imigranta i uchodźcy stoi – jak się wydaje – dużo poważniejsza kwestia: jak się ma katolicyzm do narodu. Czy dobro narodu będziemy traktować jako wartość absolutną, ważniejszą od miłości bliźniego, czy też konkretny, obcy człowiek jest tym, do którego adresujemy miłość uczniów Chrystusa. Jan Paweł II uznał za motto swojego pontyfikatu słowa „Człowiek jest drogą Kościoła”, a nie – naród. W konfliktach narodowo-politycznych gdzieś nam się gubi cierpiący, konkretny bliźni. Skąd ta apoteoza narodu?
– To jest w Polsce długa tradycja, którą trudno zignorować. I, jak się okazuje, żywa – zwłaszcza w chwilach kryzysowych. Odzywa się zbitka Polak-katolik czy katolik-Polak. To jest niestety sprawdzona metoda, która przychodzi do głowy tym, którzy próbują się odnaleźć – w wymiarze osobistym i wspólnotowym – w sytuacjach trudnych. Z drugiej strony jest to naturalny odruch w społecznościach, które posiadają spójną, zintegrowaną tożsamość. W procesie globalizacji, a zarazem atomizacji świata, jakich obecnie doświadczamy, nie nastąpiło rozbicie narodowej tożsamości. Ale każde wyzwanie, które grozi jej destabilizacją, rozproszeniem, poprzez na przykład napływ migrantów, powoduje kłopot. Kierujemy się lękami, częściowo uzasadnionymi, a czasem nie… W większości przypadków są to lęki na zasadzie prewencji, mają uprzedzić nieszczęście. Powodują jednak reakcje pełne emocji: co zrobić, żeby nie dać się rozbić? To odruch samozachowawczy, który dotyczy nie tylko jednostek, ale i zbiorowości. Jest silny zwłaszcza w społeczeństwie takim jak nasze – dość monoetnicznym, monokulturowym i monoreligijnym. Pamiętajmy też, że obok tego zjawiska mamy niewystarczająco przygotowane struktury państwa, to kolejne wyzwanie.
Mamy w kraju dwa miliony uchodźców – obcokrajowców. Praktykowany katolicyzm spada w liczbach. Łatwo z tego wyciągnąć błędne wnioski, że drugie jest przyczyną pierwszego. Dlatego ten schemat reakcji jest skuteczny. Odwołuje się do niego większość osób, nawet niewierzących. Ludzie po prostu wiedzą, jak działa argument o zagrożeniu ze strony obcych.
Zastanawiam się nad pojęciem katolicyzmu narodowego. Chodzi mi o taką mieszankę patriotyzmu i katolicyzmu, w której Ewangelia służy do obrony ojczyzny, która ma tu priorytet. Kiedy słyszę w kazaniu jednego biskupa, że św. Stanisław oddał życie za Polaków, a innego, że Polak i Niemiec nie będą żyć nigdy w miłości braterskiej, gubię się w Kościele.
– Panuje chaos informacyjny, w różnych wymiarach życia: społecznym, ekonomicznym, religijnym. Jest to chaos poznawczy i cała ta epistemologia narodowa, to znaczy rozumienie przez naród samego siebie, jest mocno zaburzona przez mnogość wyzwań. Do tego dochodzi proces uzależnienia ludzi od internetu, od tzw. rewolucji cyfrowej. Gwałtownie weszła w nasze życie sztuczna inteligencja, która potęguje chaos w informacji. W tej sytuacji szuka się odpowiedzi, recepty na zrozumienie: gdzie my w ogóle jesteśmy? Co się dzieje? I pojawiają się z pomocą „ruchy narodowe”.
Takie kazania nie powinny mieć miejsca, bo biskup z racji wykształcenia, doświadczenia, poruszania się bardziej w sferze ducha niż polityki powinien być ostrożny w sięganiu po argumenty. Te wspomniane są proste, ale z gruntu polityczne. Jeżeli polityka dominuje w kazaniach nad sferą duchową, mamy populizm, poklask tłumu. Dostał jasne wytłumaczenie – tu jest wróg, tu jesteśmy my. Uruchamia się mechanizm podziału na „my” i „oni”. My to ci dobrzy, obcy – źli. Wkraczamy tu na teren refleksji: kim jest obcy w kulturze, a także w chrześcijaństwie?
Jezus wychodził do obcych, pokazywał ich często za wzór.
– To jest ważny motyw przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, który – w zależności od interpretacji – ma wyjaśniać, czy pomóc potrzebującym obcokrajowcom na granicy, czy też nie. Jeżeli nie pilnujemy dyscypliny myślenia, chrześcijańskiej analizy sytuacji, wpadamy w refleksje polityczne. Polityka tak już zdominowała nasze życie, że mocno weszła także w przestrzeń kościelną. A z obawy przed tym, że przegramy z sekularyzacją kolejne pole, idziemy w obronę tożsamości w sensie narodowym i politycznym. Znana od dawna zbitka Polak-katolik sprawia, że uproszczone analizy wydają się pociągające. Jest pokusa ulegania efektywniejszym reakcjom niż gwarantuje to podejście ewangeliczne.
A nie o to w religii chodzi…
– Mamy do czynienia z – przegranym – kompromisem politycznym. Poza tym tematyka narodu i imigrantów ma więcej elementów politycznych niż duchowych. Kiedy narzuca się konieczność mówienia bardziej kategoriami nauki społecznej Kościoła niż po prostu Ewangelią, łatwo o nieporozumienia. Trafiają się zbyt daleko idące skróty myślowe, które mogą na przykład wyjaśniać różne rozdziały historii polsko-niemieckiej, ale na pewno nie tłumaczą relacji z drugim człowiekiem na gruncie wiary. Absolutnie nie ma wówczas miejsca na myślenie w perspektywie „braterstwa i przyjaźni społecznej” papieża Franciszka z Fratelli tutti, na co nie powinniśmy pozwolić, jeśli pragniemy realizować miłość bliźniego w wymiarze społecznym.
Słusznie w reakcji na wspomniane kazanie nastąpiło więc przypomnienie „Listu biskupów polskich do biskupów niemieckich” z 18 listopada 1965 roku Przebaczamy i prosimy o przebaczenie. Co z tym dokumentem? To była pomyłka? Błąd? Iluzja? Kardynał Karol Wojtyła, prymas Stefan Wyszyński, abp Bolesław Kominek łudzili ludzi? Nastąpiła jakaś chwilowa abdykacja myślenia teologicznego, religijnego, na rzecz przesłania społeczno-politycznego. Nacechowanego chrześcijańską troską oczywiście. A może jednak to kapitulacja wiary przed siłą polityki?
Nie umiemy się odnaleźć w różnorodności, biorąc ją za chaos. Nie odpracowaliśmy jeszcze lekcji z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie?
– Nie przerobiliśmy tej i innych lekcji. Trudno też powiedzieć, gdzie leży wina, dlaczego tak reagujemy. Powinniśmy podjąć refleksję nad tym, jaka ma być chrześcijańska reakcja na ból drugiego człowieka, który jest postrzegany jako zagrożenie. Brakuje namysłu nad tym, co znaczy przywołana przez Jezusa scena dziś. Mam wrażenie, że mamy tu duże zaległości, zwłaszcza od 2015 roku. Wtedy zderzyliśmy się z rzeczywistością obcego. Wybuchł kryzys migracyjny – „hordy” syryjskich uchodźców szły do Europy z obozów tureckich przez Bałkany. Słynna noc z 4 na 5 września, kiedy Angela Merkel otworzyła granicę niemiecką dla uchodźców z Syrii koczujących na dworcu w Budapeszcie, zaczęła epokę lęku. W Polsce wybrzmiały wielkie narracje polityczne na ten temat, dobrze wpisały się w kampanię przed wyborami prezydenta i parlamentu.
Nie chodzi mi o to, żeby wchodzić w politykę, ale naszego „dziś” nie da się zrozumieć bez tamtego kontekstu. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie nie jest – co bardzo podkreślam – historią o naszej wrażliwości czy współczuciu. To znaczy trochę też, ale to by sprowadzało chrześcijaństwo do kodeksu etycznego, dbałości o dobry charakter itd. Do humanitarnych zachowań i pomagania nie trzeba chrześcijaństwa. Mnie bardziej interesuje to, że w obliczu strachu, wrogości i agresji nie rozumiemy bez niej samych siebie! Nie chcemy nawet poznać siebie jako chrześcijan wobec wyjątkowego, nowego, trudnego wyzwania! Z historii przejęliśmy często bezwiednie stereotypy, w czym gigantyczny wkład miało kaznodziejstwo.
Autorytet księdza i Kościoła.
– Może na Zachodzie już nie, ale w Polsce ambona jest miejscem kształtowania mentalności – także i teraz. 15 minut kazania potrafi zneutralizować długi przekaz największej telewizji komercyjnej lub publicznej. Za tym stoi moc słowa. Jeśli są to słowa pełne agresji, odbiorcy zabiorą tę agresję ze sobą do domów. Czasem nawet niechcący słowa z kazania do czegoś pobudzają, ukierunkowują. Przez taki, a nie inny poziom kaznodziejstwa sami formujemy myślenie pełne symboli i kodu językowego, który widać w przestrzeni publicznej.
Nasze samorozumienie na bazie wiedzy i doświadczeń gromadzonych przez wieki – naznaczone zaborami, obiema wojnami światowymi, okresem komunizmu, przekazujemy zamiast nowej tożsamości chrześcijanina. Na to nakładają się jeszcze takie ikony jak św. Jan Paweł II czy bł. Prymas Wyszyński oraz wielcy polscy święci, jak np. św. Andrzej Bobola. Te postacie są selektywnie dobrane pod kątem narodowo-katolickim (czasem nacjonalistycznie katolickim) – tak, by podtrzymać narrację.
To wszystko kształtuje myślenie naszego społeczeństwa. Kiedy w końcu trzeba się spotkać z nowym wyzwaniem, z obcym – tu i teraz, mamy gotowe odpowiedzi. Więc nie chcemy słuchać tego, co ktoś mówi. My, Polacy, musimy obronić tożsamość – a wobec obcego trzeba to robić radykalnie. Wydaje się, jakbyśmy nie znali innych narzędzi obrony niż agresja, chcemy ich więc wygonić. Zamknąć granice, nie wpuścić. To, co jest najbardziej przerażające, to realna groźba dokonania pogromów. Jest coraz więcej fizycznych napaści na ludzi innego koloru skóry, pochodzenia, mówiących innym językiem. Na razie to są incydenty, jednak tylko z pozoru wygląda to na jednostkowy atak. Za chwilę to się może przerodzić w ataki grupowe.
Właśnie przerabiamy gigantyczną lekcję nienawiści do Kolumbijczyków. Nigdy dotąd nie mieliśmy relacji polsko-kolumbijskich, prawie nikt z nas nie zna żadnego Kolumbijczyka. Wystarczył fakt, że jeden dopuścił się zbrodni, i nienawiść przenosi się na wszystkich dlatego, że urodzili się w tym kraju.
Wynika z tego, że nasz katolicyzm jest dość płytki. Tak, jak czuliśmy miłość i dumę z papieża Polaka, nie słuchając tego, co mówił, tak kochamy Jezusa i Maryję, ale nie znamy ostatecznie Ewangelii.
– My znamy Ewangelię. Tyle że jej wersję z ambony. Tę głoszoną w pewnej narracji. Interpretacji. Hermeneutyce rzeczywistości i tekstu ewangelicznego. A nasza narracja z ambony ma gigantyczną siłę inercji, bo zwłaszcza w kontekście narodowych świąt i wydarzeń jest dla wielu postrozbiorowa, postkomunistyczna… Mimo kilkudziesięciu lat suwerenności nadal myślimy i mówimy kodem językowym, który pomagał nam przetrwać pod obcym panowaniem. Jeśli te rodzaje narracji się sprawdziły, samo rozumienie siebie jako narodu i katolików pod postacią nacjonalizmu katolickiego, to dlaczego nie mielibyśmy stosować ich dzisiaj?
Interpretacja ogranicza się do bardzo prywatnej pobożności lub do wielkich narodowych narracji. Ewangelia jest bez porównania głębsza i wspanialsza! I wciąż daje nam odpowiedzi na problemy życiowe, tu i teraz. Wielkim interpretatorem Ewangelii w odniesieniu do współczesności był papież Franciszek, kontynuuje to obecnie Leon XIV. Oni jednak patrzą globalnie i na o wiele szerszą refleksję. My utknęliśmy przy starych narzędziach, nie czytając słowa Bożego w kontekście znaków czasu opisujących to, co się z nami dzisiaj dzieje. Tempo zmian jest tak duże, że, nie nadążając za nimi, sięgamy po to, co najłatwiejsze.
To daje nam może złudną pewność, poczucie bezpieczeństwa. Kosztem prawdy o Bogu.
– Bardzo nam brakuje poważnych dyskusji, debaty narodowej, która pomogłaby podejść do współczesnych wyzwań. Choćby do agresji, o której pani często mówi, która jest ostatnio głównym narzędziem porządkowania życia społecznego. Reagowania na siebie nawzajem. I to najlepiej wychodzi na ulicy, w studiu telewizyjnym lub kanale internetowym.
Niedługo – zamiast miłości – będzie cechą rozpoznawczą niektórych katolików.
– Pewnej grupy.
Najbardziej krzykliwej.
– Próbuję to zrozumieć. Uważam, że poważna, choć przecież niejedyna, odpowiedzialność leży po stronie księży. Biskupi i prezbiterzy są w pierwszym rzędzie powołani do tego, żeby słowo Boga było pełne miłości, szacunku i nadziei. Jesteśmy do tego specjalnie przygotowani, mamy teologiczne wykształcenie, większą wiedzę historyczną. Biskupi mają lepsze rozeznanie w pojmowaniu procesów kulturowych w szerszym oglądzie, społecznym i narodowym. To powinna być awangarda, która tłumaczy ludziom, na czym w istocie polega katolicyzm. Versus awangardzie politycznej, która dziś jest mocna, ona nadaje ton debacie. Zdominowała nasze życie i nas w tym wyręcza.
Czyli taki mamy katolicyzm, jacy liderzy i przewodnicy Kościoła?
– Uważam, że tak. W sytuacji kryzysu spowodowanego przez skandale moralne wywołane przez pojedynczych księży (ostatnio doszła agresja, morderstwo bezdomnego), za które będziemy jeszcze długo pokutować, pewną nadzieją napawają mnie różne inicjatywy, które pokazują poszukiwanie sposobu odnalezienia się: co to znaczy być katolikiem? Jest wiele grup, ruchów religijnych, stowarzyszeń, które są głodne doświadczenia duchowego. Muszą teraz znaleźć nie tylko indywidualną spójność wewnętrzną, ale też zrozumienie swojej katolickiej tożsamości w społeczeństwie. Do tego jeszcze nie dojechaliśmy – w jaki sposób przejść od pobożności osobistej do odpowiedzialnej aktywności na zewnątrz, społecznej. Ona jest nam dziś bardzo potrzebna. Polscy katolicy muszą uwierzyć w moc Ducha Świętego obecnego również w sprawach społecznych. I to może być świeżą myślą.
Odnalezienie się polskiego katolika w świecie współczesnym, z katolicyzmem narodowym, nie polega na tym, żeby odświeżać przedwojenne kalki endeckie, stworzyć model jakiejś neoendecji. Trzeba się zmierzyć z zupełnie nowymi wyzwaniami, których nie było przed II wojną światową.
Słucham czasem liderów politycznych w social mediach (tam przeniósł się cały dyskurs na temat wartości, kształtowania podstaw naszej świadomości) i momentami jestem zaniepokojony. Sięgają po modele tożsamości, po samo rozumienie siebie i polskości do czegoś, co w kontekście globalizacji i cyfryzacji coraz bardziej wpycha nas w mechanizm wrogości, agresji. Tak, jakbyśmy nie wierzyli, że w Ewangelii jest siła zaczynu, pozytywnego wzrostu. Sposób ekspansji poprzez dobro i miłość, która czeka na zrealizowanie.
A może powinniśmy być bardziej asertywni? Może nie każdemu powinniśmy pomagać? Może pomoc powinna być bardziej roztropna, mądra? Może miłość chrześcijańska jest zbyt heroiczna?
– To, o czym pani mówi, jest wyrażone expressis verbis w dokumentach kościelnych – o migrantach i uchodźcach. Nie ma mowy o naiwnej, totalnej, bezwarunkowej pomocy, bez zastanowienia się, kim ten człowiek jest i w jakich okolicznościach do nas dociera. Czy daje nadzieję na to, że da się z nim budować wspólną przyszłość. Katolicka nauka społeczna o przyjmowaniu imigrantów zawiera bardzo obszerny rozdział na temat warunków, jakie muszą być spełnione, żeby pomoc była roztropna. Mądra. Rzeczywiście, mądrość jest tutaj potrzebna.
W jakimś sensie możemy to nazwać społeczną asertywnością. Umiejętnością okazania miłości, z jednoczesnym postawieniem warunków brzegowych. Ale miłość bezwarunkowa nie jest przejawem heroizmu. Ona jest wtedy prawdziwa i mocna, gdy nie stoi za tym pytanie: Co z tego będę miał? Czy ktoś podziękuje? Tylko taka miłość naprawdę przemienia człowieka – ale też życie społeczne. A my jako katolicy wierzymy, że czerpiemy ją z samego Źródła, bo w przeciwieństwie do innych ludzi żyjemy zanurzeni w Bogu. Jest w Kościele, Źródło się nie wyczerpie. Tam, gdzie miłość zamienia się w strach, nienawiść, wrogość i agresję, Boga nie ma.
BP KRZYSZTOF ZADARKO
Biskup pomocniczy diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej w latach 2009–2026. 2 lutego 2026 roku nominowany na biskupa diecezjalnego tej samej diecezji. Przewodniczący Rady ds. Migrantów i Uchodźców KEP.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















