Żałoba po zakończonej przyjaźni

Bólu po stracie przyjaciela nie należy bagatelizować czy traktować jako lżejszej formy straty – każdy, z kim dzieliliśmy ważne chwile, jest godzien opłakania, kiedy „umiera” dla nas jako osoba bliska.
Czyta się kilka minut
fot. SolStock/Getty Images
fot. SolStock/Getty Images

Strata przyjaciela może boleć tak samo – a niekiedy nawet bardziej – jak śmierć członka biologicznej rodziny albo rozpad związku. Czasami pustka po „tej jedynej” przyjaźni jest tym, co ma wpływ na całe nasze późniejsze życie.

Rodzina z wyboru
Przypomnijmy pewne dość banalne, ale bardzo istotne w tym kontekście stwierdzenie: rodzina to nie tylko osoby, z którymi łączą nas więzy krwi lub z którymi zawarliśmy związek przed urzędnikiem państwowym. Bliskości członków rodziny tak naprawdę nie definiuje to, ile pokoleń dzieli nas od wspólnego przodka czy jak wiele wspólnych genów posiadamy. Zdarza się, że bliższa więź łączy człowieka z jego odległym pod względem pokrewieństwa kuzynem niż z bliźniaczym rodzeństwem, relacja z rodzeństwem własnego współmałżonka staje się bardziej serdeczna niż z samą „drugą połową”, a z teściową „dogadujemy się” lepiej niż z własną matką. Nie ma żadnej żelaznej reguły mówiącej o tym, z kim jesteśmy – czy powinniśmy być – najbliżej (choć oczywiście w psychologii rodziny obserwujemy pewne tendencje). Dlatego właśnie nie jest wcale rzadką sytuacja, w której jedną z najbliższych nam osób staje się ktoś formalnie obcy, czyli właśnie przyjaciel – brat czy siostra „z wyboru”. Niepokojącym zjawiskiem współczesności jest to, że przyjaciół statystycznie mamy mniej niż przed kilkudziesięcioma laty – jest to część procesu narastania samotności u dzisiejszych ludzi w młodym i średnim wieku. Nie oznacza to bynajmniej, że przestaliśmy przyjaźni pragnąć i potrzebować: dowodami na to może być chociażby niegasnąca popularność takich sitcomów, jak Friends czy How I met your mother, opowiadających o losach grup oddanych sobie przyjaciół. Niezmiennie także strata relacji z przyjacielem sprawia nam ból, który czasami bywa niezrozumiany i lekceważony. 

Wszyscy wmawIali mi zakochanie
Mająca prawie czterdzieści lat Ewa poznała Mariusza jeszcze w czasach szkolnych. Szybko zaczęli być dla siebie absolutnie najważniejszymi osobami, mimo że dzieliło ich sporo różnic: ona pochodziła z zamożnego domu, on – z dość ubogiej rodziny; ona była jedynaczką, a on miał kilka sióstr. Oboje wiedzieli za to dwie rzeczy: że potrzebują siebie nawzajem do życia oraz że ich relacja jest najczystszą formą przyjaźni. Kiedy przyjaźń zakończyła się, mało kto rozumiał, czego właściwie doświadczyła Ewa – otoczenie uważało, że jej więź z przyjacielem musiała mieć podtekst romantyczno-seksualny.
– Odkąd zaczęłam się przyjaźnić z Mariuszem, wszyscy – może poza moją mamą – wmawiali nam, że i tak skończymy jako para, bo damsko-męska przyjaźń nie istnieje – opowiada Ewa. – Najpierw próbowałam przekonać ludzi, że to nieprawda, później zaczęłam lekceważyć takie słowa. Mariusz był dla mnie kimś, z kimś czytaliśmy sobie w myślach. Bywały takie sytuacje, że jedno wiedziało bez słów, że drugie cierpi, że dzieje się mu krzywda – wtedy dzwoniliśmy do siebie albo przyjeżdżaliśmy. Zaczęliśmy nawet fantazjować, że tak naprawdę jesteśmy spokrewnieni, tylko rodziny to przed nami ukryły. W liceum chodziliśmy razem na imprezy, na studiach przez pewien czas mieszkaliśmy razem. Ja znalazłam partnera kilka lat szybciej niż on partnerkę – Mariusz i mój obecny mąż dobrze się dogadywali. Co ciekawe, mój mąż nigdy nie był o Mariusza zazdrosny – on naprawdę rozumiał, że takie relacje istnieją. Ale parę lat po studiach Mariusz poznał swoją obecną żonę. Wcześniej spotykał się z różnymi dziewczynami – ale ta, z którą jest obecnie, chyba mnie nie lubiła. I relacja moja i Mariusza po prostu się zakończyła. Nie było żadnej awantury – po prostu on przestał dzwonić, proponować spotkania. Bardzo po tym rozpaczałam. Wiedziały o tym inne bliskie mi osoby, które wmawiały mi, że byłam zakochana i tak naprawdę chodzi o nieszczęśliwą miłość. Odbierałam to jako lekceważenie mojego stanu. Pomogła mi wiara. Podczas pewnej mszy wypłakałam się i oddałam Bogu tę stratę. Tęsknię za tym, co było, ale idę dalej. Choć jednocześnie wiem, że takiej relacji jak z Mariuszem nie będę miała już z nikim – podsumowuje pełna emocji Ewa.

W stronę rozłamów
W długoletnich przyjaźniach istnieje kilka momentów, które mogą być dla nich prawdziwym sprawdzianem. Pierwszym z nich jest sytuacja, w których jedna z osób zaangażowanych w przyjaźń wchodzi w głęboką relację romantyczną. Ania Shirley z Ani z Zielonego Wzgórza była bardzo przejęta i pełna lęku, gdy Diana – jej przyjaciółka jeszcze z lat dziecinnych – zakochała się i zaczęła planować małżeństwo. Obawiała się, że nawet jeśli Diana nie przestanie się z nią spotykać, to jej sekrety powierzy swojemu ukochanemu, a zatem nie będzie wobec niej już tak lojalna. Innym momentem, w którym przyjaźń jest mocno „testowana”, jest zaprzestanie codziennych kontaktów, które wynikały z uczęszczania do tej samej szkoły, na te same studia czy w to samo miejsce pracy. Kiedy tak się dzieje, przyjaciele muszą sami zacząć organizować swoje spotkania i znaleźć na nie przestrzeń. Wreszcie, krytycznym momentem może być pojawienie się dzieci – nie chodzi tylko o to, że z natury ludzkie maluchy są bardzo angażujące, ale także o to, że czasami – zwłaszcza gdy np. jedno z przyjaciół zmaga się z niepłodnością – narodziny potomka drugiej osoby mogą budzić zazdrość i być szczególnie trudnym do uniesienia emocjonalnie doświadczeniem. Ideałem byłoby, gdyby przyjaciele stawali się „szwagrami” dla partnerów drugiej osoby oraz ciociami i wujkami dla jej dzieci – tłumiona zazdrość i zawiść potrafią jednak uniemożliwiać realizację takiego scenariusza.

Patrzyłam na nią jak na kogoś obcego
Czasami jednak rozpad przyjaźni bierze początek – przynajmniej ten, który daje się łatwo zaobserwować – w konflikcie. Niekoniecznie musi on dotyczyć samej pary przyjaciół – czasami tym, co wkrada się między „rodzeństwo z wyboru”‚ jest konflikt lojalności, np. między jednym z przyjaciół a partnerem czy inną osobą ważną dla drugiej strony. Zwykle konflikt tego rodzaju toczy się nienazwany i niewyrażony wprost przez długi czas – końcowa eskalacja jest tylko domknięciem niszczącego relację procesu oddalania się od siebie, narastania wzajemnych żalów i niechęci. Przyjaźń Bronki zakończyła się dość dramatycznie, choć już wcześniej pojawiały się niepokojące oznaki „początku końca”. – W dorosłej przyjaźni nie jest się ze sobą 24 godziny na dobę – mówi Bronka. – Dużo się wybacza, nie stawia się granic, a czasem nawet się je przekracza w celu samorozwoju i z założeniem, że to na rzecz przyjaźni. W końcu wierzymy, że to będzie więź na całe życie, więc trzeba się poświęcić. Tak właśnie podstępnie zaczął się rozpad mojej przyjaźni. Początki były niepozorne: brak czasu dla mnie przy jednoczesnych częstych prośbach o wyświadczanie przysług – w jednym roku spędziłam więcej czasu, pilnując kota przyjaciółki, niż z nią samą. Nie zwierzała mi się ze swoich problemów, tylko informowała o rezultatach. Kiedy zwracałam uwagę, że coś jest nie tak, otrzymywałam oświadczenie, że i tak spotyka się ze mną najczęściej, jak tylko może, a było to raz na dwa miesiące. Wysyłanie memów czy sporadyczne telefony inicjowałam ja. Szalę goryczy przechyliła moja kłótnia z jej chłopakiem. Przyjaciółka uznała wtedy, że nie będzie stawać po żadnej ze stron. Nie chciała wysłuchać, co mam na ten temat do powiedzenia. Zdegradowała naszą 10-letnią przyjaźń do poziomu zwykłych, koleżeńskich relacji. Z trudem postanowiłam zamknąć w pudełku z pamiątkami jej bliskość, spontaniczne telefony, dzwonienie w kryzysie jako do pierwszej osoby. Był to „pogrzeb”, który odprawiłam naszej przyjaźni już wtedy. Gdyby tylko się odezwała, wysłuchała, byłaby szansa na dosłowne zmartwychwstanie tej relacji. Stan godzenia się z tym trwał trzy miesiące. Miałam wsparcie od terapeutki i prawdziwej przyjaciółki, a także od znajomych. Taki „pogrzeb” był konieczny, były to miesiące rozpaczy. Nie napisałem jej o tym. Po tym czasie moja była przyjaciółka zaproponowała wyjście na kawę jak gdyby nigdy nic. Odcięcie się przez nią od sprawy, która była dla mnie ważna, oraz ignorowanie moich uczuć dla narzuconego rozejmu były dla mnie jednak zbyt bolesne. Patrzyłam na nią jak na kogoś obcego, bez żalu i bez miłości, jedynie z odrobiną goryczy. Powiedziałam jej o tym, a ona… była obrażona, że żałoba zajęła mi trzy miesiące, a nie więcej. Tak naprawdę ten proces opłakiwania naszej relacji trwał od trzech lat: powoli, z każdą odmową spotkania to ja umierałam, to ja grzebałam swoje uczucia, aż nie zostało nic. Tak naprawdę ta żałoba była ważna dla mnie, to ja przechodziłam żałobę po sobie w tej przyjaźni. To cząstka mnie umarła, a została gorycz i obojętność – zauważa Bronka.

Opłakać wspólną część życia
Aby przejść żałobę po zakończonej przyjaźni – zwłaszcza wieloletniej – potrzebny jest nie tylko czas, ale także symboliczne „pożegnanie” się z przyjacielem, który był obecny w naszym życiu – wspomina o tym Bronka, która wspólne chwile z przyjaciółką „zamknęła” w pudełku z pamiątkami. Bólu po stracie przyjaciela nie należy bagatelizować czy traktować jako lżejszej formy straty – każdy, z kim dzieliliśmy ważne chwile, z kim mamy cenne wspomnienia i kogo tracimy, jest godzien opłakania, kiedy „umiera” dla nas jako osoba bliska. Nie jest także wskazane obmawianie byłego przyjaciela z innymi osobami czy drwienie z niego – taka reakcja, choć oczywiście ludzka, może być nieuświadomioną próbą odcięcia się od bolesnych uczuć i rozterek, które – aby zamknąć cykl żałoby – należy po prostu świadomie przeżyć. Możemy za to przyjrzeć się naszej relacji: co zyskaliśmy, co straciliśmy za jej sprawą, a także – jak sami zmieniliśmy się pod jej wpływem. Strata przyjaciela to także strata wspólnego, przyszłego życia (np. nie zrealizujemy marzenia o wspólnej podróży na drugi koniec świata i nie zorganizujemy hucznej imprezy z okazji rocznicy naszej znajomości), a także utrata części siebie. Przy prawdziwych przyjaciołach jesteśmy autentyczni, szczerzy, „otwarci na oścież” – kiedy umiera przyjaźń, gaśnie również ta cząstka nas. Oczywiście nie jesteśmy skazani na wieczną samotność – być może otaczają nas w życiu inni przyjaciele, a może nowa przyjaźń dopiero na nas czeka. Jednak aby spełniać się w innych relacjach, potrzebujemy uszanować również tę, którą właśnie tracimy – i nie udawać, że była to tylko „zwykła znajomość”.
Szacunek do własnych uczuć i własnej historii pomoże nam lepiej rozumieć samych siebie i inne ważne dla nas osoby.

Imiona rozmówców zostały zmienione.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 32/2025