Tak, że o...

Joanna Kołaczkowska doprowadzała nas do łez swoim inteligentnym humorem. Teraz zrobiła to swoim odejściem.
Czyta się kilka minut
Joanna Kołaczkowska | fot. Kamil Piklikiewicz/East News
Joanna Kołaczkowska | fot. Kamil Piklikiewicz/East News

Na określenie, że odeszła, być może by się żachnęła. Pamiętam jeden odcinek jej podcastu „Mówi się” (tworzonego wraz z Szymonem Majewskim), w którym opowiadała, że woli określenie zmarł, umarł, bo jeśli odszedł – to dokąd? Trzeba mieć ogromny talent i wyczucie, żeby o temacie śmierci rozmawiać tak, że umieranie się oswaja, ale nie trywializuje; nie straszy nim, ale podchodzi ze zdrowym dystansem.
Urodzona w Polkowicach w 1966 r., dzieciństwo spędziła w pobliskim Lubinie. Gdy miała kilka lat, zmarł jej ojciec. We wspomnianym podcaście pokazywała, jak ta śmierć wpłynęła na jej życie. I z drugiej strony z rozbrajającą szczerością wyznała, że kiedy się na kogoś obrazi, to wyobraża sobie swój własny pogrzeb w Lubinie, na którym widzi ludzi, którzy bardzo żałują, że zrobili jej coś niemiłego. To trochę jak w barokowej poezji ks. Baki, który oswoił nam śmierć m.in. takimi rymami, jak: „Śmierć matula jako dula/ Już na nosie, dbajże o się”.

Dystans
Lecz jak tu pożegnać artystkę kabaretu? Przecież nie będę opisywać skeczy. Bawią one na scenie, ewentualnie zarejestrowane na wideo, z całym repertuarem min i rekwizytów. To, co uderzyło mnie już dawno temu w Joannie, to jej bezpośredniość – ale pełna szacunku dla drugiej osoby. Wiadomo, koledzy z kabaretu byli przygotowani na jej różne docinki i akcje, ale wywoływani z sali widzowie już nie zawsze. Paradoksalnie to, że odczuwaliśmy brak dystansu wobec Kołaczkowskiej, wynika z tego, że miała ona dystans do siebie. Niemal namacalne było to w twórczości internetowej, ze wspomnianym Majewskim czy Filipem Cembalą, czy wtedy, gdy nagrywała samodzielnie filmiki.
Kiedy umarła, miałem wrażenie, jak wiele znanych mi osób, jakby odeszła przyjaciółka, ktoś z naszej paczki, kumpela. Myślę, że była osobą pełną odwagi. Tematem jej żartów było ostatnimi czasy jej zdrowie, przemijanie, jej figura, trudne relacje, drobne codzienne natręctwa. Wielu z nas na takie treści może odpowiedzieć: ja też tak mam. I to jest właśnie jeden z kluczy do odczytania jej twórczości.
Nie była divą, w znaczeniu pewnego poczucia wyższości, gwiazdorskiej maniery. Była jakby jedną z nas, choć niepozbawioną iście szlacheckiej godności. Pytana w wywiadzie radiowym, jak reaguje na opinie, że jest „cesarzową polskiego kabaretu”, odpowiedziała, że tytuł cesarski oznacza noszenie grubych ciężkich szat, a ona by tego nie chciała. Chciałaby za to być królewną, ale na to już za późno. To właśnie taki sznyt sprawił, że nazywano ją cesarzową, królową, carycą polskiego kabaretu, a jak świetnie ujął to jeden z rysowników, Patryk Sroczyński, to po prostu HRABIna.

Filozofia śmiechu
„Śmiech mówi o bliskości. Mam szersze grono znajomych, z którymi się lubię, węższe tych, z którymi się śmieję i kilka osób, z którymi się śmieję jeszcze bardziej. I nie umiem się porozumieć z osobą, która nie ma poczucia humoru” – mówiła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Widocznie nie było wiele takich osób, bo żal po śmierci Joanny lał się i z prawa, i z lewa, i wśród tych niezdecydowanych też.
Skąd to się wzięło? Z tak zwanego zagłębia polskich kabaretów, czyli z Zielonej Góry. Po wspomnianym Lubinie przyszła aktorka zaczęła studia z zakresu pedagogiki na Uniwersytecie Zielonogórskim. Karierę sceniczną rozpoczęła w kabarecie Drugi Garnitur w 1988 r., by już po roku dołączyć do kabaretu Potem. Władysław Sikora, lider zespołu, tworzył wraz z Joanną niesamowite witze, do „potemów” należał też Dariusz Kamys (prywatnie szwagier Kołaczkowskiej), z którym w 2002 r. założyła (wraz z Tomaszem Majerem i Łukaszem Pietschem) swoją ostatnią formację: kabaret Hrabi.
Pomysł na oba kabarety był podobny, dużą rolę grały w nich słowa, choć nie był to kabaret literacki; szczególnie Hrabi za podstawę skeczu brał zdania z życia codziennego. Do tego włączone były elementy teatru improwizowanego, piosenki i często bardzo efektowne rekwizyty. Kilkadziesiąt programów kabaretowych, purenonsensowe filmy wytwórni Ayoy, udział w telewizyjnym serialu w formie improwizowanej Spadkobiercy, a wreszcie własny stand-up Hrabina Pączek, a także twórczość internetowa – ten dorobek czyni z Kołaczkowskiej nie tylko doktorkę honoris causa śmiechu, ale zdecydowanie profesorkę filozofii śmiechu.
To nie tylko kwestia wspomnianej już bliskości, którą buduje wspólny śmiech. W kabaretach tworzonych przez Joannę Kołaczkowską nie było ani krzty nawiązań do polityki, zwłaszcza tej bieżącej, za to była krytyka różnych mechanizmów społecznych, relacji damsko-męskich, ludzi z wybujałym ego i powszednich dziwactw naszej rzeczywistości. A i tak wszyscy ją lubili! Wiem, że się powtarzam, ale w naszej sytuacji mówimy o fenomenie: nikt nie mówił, że zazdrości jej ogromnego talentu, nie hejtował za wypowiedziane na scenie zdanie czy temat, który podjęła. Nie znam osoby, która kierowała się wobec niej zawiścią. No może jedynie ktoś, kto nie ma poczucia humoru.

Prawda sceny
„Kobieta koń… potrzebujemy do tego kobiety i konia. Ale po co tak zaraz szaleć? Niech to nic nie kosztuje! Do skeczu Kobieta koń wystarczy tylko kobieta” – pisali Hrabi w opisie programu Tak, że o z 2013 r. Jest w nim kilka perełek, które stały się wiralem internetowym, np. genialna parodia egzaminu na polonistyce, zdawanego przez kobietę, delikatnie mówiąc, mocno nieprzygotowaną. W dodatku specyficzny ubiór i sposób mówienia sprawia, że wydaje nam się, jakbyśmy patrzyli na częstą bywalczynię galerii handlowych. A to przecież Kołaczkowska! Takiego kabaretu nie da się zrobić, opierajać się na nieprawdzie.
Powiecie: „No ale przecież ona i tak grała”. Jasne, ale to, co przedstawiała, było prawdziwe, było lustrem postawionym przed naszymi twarzami, popisem Stańczyka, a nawet wołaniem Kasandry. Tylko że tej ostatniej nikt nie słuchał, a Joanny ludzie słuchali do tego stopnia, że sformułowania z jej skeczy weszły do codziennego użytku (jak na przykład „możliw” czy też stwierdzenie, że „obrażonko wchodzi”).
Jest jeszcze jedna piękna karta jej życia: rozwój i wsparcie porządnej sceny kabaretowej, niestety przyćmionej przez nieutalentowane i bazujące na najniższych instynktach grupy, a rozpropagowane przez telewizję i internet. Niejednokrotnie zasiadała w jury konkursów kabaretowych, chętnie brała udział w spotkaniach ze studentami, a występy jej kabaretu można było zobaczyć nie tylko na scenach wielkich teatrów, ale także w mniejszych miejscowościach.
Szkoda tylko, że nie napisała zamówionej już przez wydawnictwo książki. Zapewne podzieliłaby się z nami wspaniałymi przemyśleniami, od których ze śmiechu bolałyby nas brzuchy. Kto nas teraz będzie tak rozbawiał? No kto? Gdy odchodzą tak piękni ludzie, z piersi wydobywa się westchnienie: Tak, że o… 
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 30/2025