ścieżkami twórczymi. Decyzja o zmianie formy, tematu, w których
się specjalizowali, jest ryzykowna. Takie ryzyko podjął Mikołaj Grynberg.
N ajnowsza książka Mikołaja Grynberga Rok, w którym nie umarłem może być dużym zaskoczeniem dla jego wiernych czytelników. Pisarz znany dotąd z książek nawiązujących do Zagłady, pytań o tożsamość i pamięć o polskich Żydach, pisanych często w konwencji rozmów, w których bardzo rzadko dopuszcza siebie do głosu, tym razem uczynił swoją prywatną historię – przejścia zawału – główną osią nowej książki. Zmienił nie tylko diametralnie temat (chociaż można się doszukać pewnych analogii w doświadczeniu granicznym jego i jego poprzednich bohaterów), ale zmienił również konwencję utworu, sposób prowadzonej narracji. Co prawda zachowuje ona pewne cechy charakterystyczne dla jego dotychczasowej twórczości, ale zostaje wzbogacona o nowe elementy, jak: szczerość, ironia (autoironia) oraz większa plastyczność opisów. Gdybym miała pokusić się o zaszeregowanie książki pod kątem literackim, to umieściłabym ją na pograniczu zbioru opowiadań i autobiograficznej powieści obyczajowej. Niezbyt obszerne rozdziały można czytać (i rozważać, bo jest to też „książka do myślenia”) osobno. Jednak opowieść ma swój chronologiczny bieg wydarzeń i stanowi swoiste świadectwo osoby, która przeszła zawał, a następnie rekonwalescencję. To nie jest jednak „dziennik choroby”, jaki popełnili Jerzy Pilch czy Jerzy Stuhr.
Podjęcie się opisywania świata szpitala jest już wielkim wyzwaniem. Wśród poetów takich udanych (moim zdaniem) prób podjęli się ks. Lucjan Szczepaniak i ks. Jerzy Hajduga, oboje pełniący funkcje kapelanów szpitalnych. We wstępie zbioru wierszy ks. Szczepaniaka Bo byłem chory… Alina Aleksandrowicz napisała: „To świat artes moriendi, niepowtarzalny, odrębny, inny od tego, w którym żyją »tamci« – zdrowi, zadowoleni, nierzadko bogaci. Jak przekroczyć ową zamkniętą przestrzeń, pokonać ją, przełamać zamknięcie?”.
Mikołaj Grynberg jako trzeci pokazał mi, jak przełamywać owo mentalne zamknięcie. I zrobił to w sposób zupełnie odmienny od dwóch wspomnianych autorów. O ile tamtych dwóch cechuje daleko idący ascetyzm, nastrój powagi, u Grynberga opisy są bogate w szczegóły (stanowią chwilami scenariusze rozpisane na role), a smutek zostaje rozbrojony przez groteskowe sytuacje, dialogi.
„Lubię parawany, bo dzięki nim tego [resuscytacji, wywożenia zwłok – przyp. AK] nie widziałem. Gdyby ich nie było, na pewno bym patrzył. Zawsze patrzę, ale tylko czasami później żałuję. Najbardziej mnie irytuje, gdy nie mogę widzieć, ale dalej uważam, że to dobrze, że są parawany.
Może warto by rozważyć noszenie parawanu ze sobą na stałe. Przecież w życiu jest tyle sytuacji, w których byłoby to uzasadnione, i na miejscu.
Dziwnie się mówi do parawanu:
Może pan wyłączyć to radio?
Parawan milczy.
Bardzo proszę, niech pan je wyłączy. Może założy pan słuchawki? Dlaczego wszyscy musimy słuchać listy przebojów z kaczuszkami na czele?
Parawan milczy.
Wtedy już mówię słowa, których nawet kursywa nie powinna słuchać. Przychodzi pielęgniarka, gromi mnie spojrzeniem, w które wkrada się cień uśmiechu”.
To bogactwo szczegółów świata szpitala wiąże się z wyostrzeniem zmysłów przez Grynberga-pisarza, postawionego w nowej roli – szpitalnego pacjenta. Podczas odwiedzin żony dziwi się, że ona nie słyszy „synchronizacji” dźwięków wydobywających się non stop z kardiogramów, do których są podłączeni pacjenci. Jak się później okaże, on sam straci ten wyostrzony słuch po wyjściu ze szpitala i podczas wizyt w tej samej sali, w której leżał, dźwięk kardiogramów nie będzie już dla niego tak wymowny.
Grynberg-pacjent nie wychodzi z roli obserwatora, z której to roli jest najbardziej znany swoim czytelnikom, ale zmienia się punkt ciężkości jego obserwacji – na niego samego i najbliższe otoczenie. Bardzo sugestywne są jego opisy zmiany percepcji znanej mu okolicy po powrocie ze szpitala.
„Wyszedłem na dwór. Mogłem pójść wszędzie, ale gdy człowiek się boi, to inaczej kombinuje. Trzeba pójść tam, gdzie jest dużo ludzi. Gdyby się coś stało – pomogą. Całe myślenie jest zogniskowane na zwiększeniu szans i minimalizowaniu ryzyka.
Planowałem dojście do parku nieopodal naszego domu. Ruszyłem przez przejście dla pieszych, na szczęście nie jechał żaden samochód, nie trzeba było przyspieszać. Nie wiedziałem, czy ja i moje serce umiemy teraz przyspieszyć i czy aby coś takiego nie zrobi nam krzywdy, a mówiąc wprost – nie zabije. Przeszedłem kilkadziesiąt kroków i okazało się, że rzeźba terenu uległa w ciągu ostatnich dwóch tygodni radykalnej zmianie. Przed zawałem do placu nie było pod górę, teraz jest”.
Odkrywa u siebie wielką wolę życia, co dla niego samego – jak pisze – jest zaskakujące.
W całej książce przebija otwartość autora w mówieniu o sobie, co, jak się rzekło, stanowi novum w jego twórczości. Dotychczas trzymał daleko posunięty dystans wobec czytelnika. Jako wytrawny pisarz i znawca literatury dobrze wiedział, jakie pułapki kryje „pisanie o sobie”. W wywiadzie dla Justyny Sobolewskiej z „Polityki” powiedział: „Czułem, że ryzykuję i do dzisiaj nie wiem, czy to była dobra decyzja […] Przy takich autoprozach [istnieje] ryzyko, że to [wyjdzie] pretensjonalne, egzaltowane”.
O „spisywaniu” swojego życia przez pisarzy krytycznie wypowiadał się Tadeusz Różewicz, jednocześnie przyznając, że: „Wszystko jest autobiograficzne. Nie dosłownie, lecz przetrawione”. „Nie pisze się cierpieniem, tylko pisze się wersyfikacją […] wypracowanymi przez twórcę środkami […] cierpienia nie napisały za mnie książek. One były, one tam tkwią”, ale „poddawanie się emocjom podczas pisania? – mogłoby się zmienić w sentymentalne gadulstwo”.
Uważam, że w najnowszej książce Grynberga szczerość nie jest „sentymentalnym gadulstwem”, nie jest słabością opowieści, ale jej siłą. Oczywiście dzięki doskonałemu warsztatowi literackiemu, przyjętej formie, która – jak powiedziała Hanna Krall – „wszystko należycie oddala, żeby się to dało opowiedzieć bez szlochu, bez histerii.
Mikołaj Grynberg należy do tzw. pisarzy z dorobkiem, którego książki zostały już docenione przez krytyków literackich. Eksperymentowanie z formą dla kogoś takiego jest wyjściem z bezpiecznej „strefy komfortu”. I właśnie za to podjęcie ryzyka, zmianę formy autor zyskał w moich oczach jeszcze większy szacunek. Najbardziej przykre jest przyglądanie się wypaleniu twórczemu pisarza, którego twórczość się ceniło, czytanie w jego nowo wydanych publikacjach dobrze znanych fraz z poprzednich utworów. Grynberg udowodnił swoją najnowszą książką, że jest daleki zarówno od wypalenia twórczego, jak i spoczęcia na laurach.
---
Rok, w którym
nie umarłem
Mikołaj Grynberg,
Agora 2025
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













