A kto jest moim bliźnim?
Współczucie. To jest klucz przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Bez współczucia nie ma człowieczeństwa, nie ma odwagi pójścia pod prąd, nie ma relacji między ludźmi. Współczucie zmienia te relacje w więzi przesycone odpowiedzialnością za siebie wzajemnie, przenosi uwagę z „ja” na „ty”, każe myśleć o dobru drugiego, a nie o bezpieczeństwie własnych przekonań, wiary i samopoczucia. Ono zmienia perspektywę, bo powodowani współczuciem zadajemy pytania: „Co się z nim dzieje? Jak on się czuje? Czego doświadcza?” zamiast stawiać tezy: „Wiem, czego mi potrzeba. Wiem, czego potrzeba jemu”.
To współczucie kazało Samarytaninowi zbliżyć się do pobitego człowieka, zainteresować jego stanem i przejąć się jego losem. Papież Franciszek nazywał współczucie śladem Boga w człowieku. Człowiek, który współczuje, jest kimś, kto został dotknięty przez Boga. I, jak czytamy w przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie ma tu znaczenia, czy jest to osoba religijna, czy od wiary oddalona. Współczucie to cecha głęboko ludzka, a przez to również – chrześcijańska, bo nikt z nas nie może o sobie powiedzieć, że jest chrześcijaninem, jeśli nie jest zdolny okazać bliźniemu współczucia.
Bliźni. To słowo w języku polskim kojarzy się z bliskością, ale także z blizną. Bliźni więc to człowiek nam bliski. Taki, do którego zbliżamy się na nieprzewidywalnych drogach naszego życia, jak Samarytanin zbliżył się do pobitego na skraju drogi. Ale można też powiedzieć, że bliźni to także ktoś, kto nosi na sobie blizny. Był zraniony, ale jego rany zabliźniły się dzięki ludzkiemu wsparciu, opiece, opatrunkom miłości i współczucia. Bliźni to ktoś, u kogo potrafimy zobaczyć jego rany. Człowiek jest nam obcy i obojętny, dopóki nie odkryjemy jego bezbronności, jego ran – tych zabliźnionych i tych, które domagają się z naszej strony współczującego zaangażowania w ich uleczenie. Prawdziwie spotykamy się z drugim człowiekiem, gdy mamy odwagę przybliżyć się do niego i zobaczyć jego rany. Reszta to tylko przelotne znajomości, obcy przechodnie, samotność w tłumie.
Ale współczucie łatwo można pomylić z litością lub rozczuleniem, a zaangażowanie w sprawę drugiego – z własnym interesem lub nakarmieniem swojego ego pustymi gestami. Cóż pobitemu na drodze, pozostawionemu na śmierć człowiekowi z naszych łez i użalania się? Jak zmieni się sytuacja człowieka, przy którym wprawdzie zatrzymamy się na chwilę, by zapłakać, ale potem pójdziemy dalej? Realną zmianę przyniesie tylko uczciwe zaangażowanie, odwaga wzięcia zranionego w ramiona, by mógł odzyskać siły i zdrowie. By znalazł się w bezpiecznych murach gospody. „Wzruszyć się głęboko” nie oznacza taniej litości, ale poruszenie, które przemienia i wzywa do zaangażowania.
Zaangażowanie zaś wymaga trudu. Samarytanin musiał odłożyć na bok cel swojej podróży i osobiste plany, by pomóc drugiemu. Musiał się natrudzić i ubrudzić. Musiał przełamać w sobie różne opory, o których Jezus wprawdzie nie mówi, ale przecież znamy je z doświadczenia: może lęk, może instynktowną niechęć, może bezradność. Nie wystarczy głośno deklarować poparcia i bliskości z poranionymi, szumnie protestować przeciwko krzywdzie. Realne zaangażowanie wymaga wyobraźni i pokory pójścia za prawdziwymi potrzebami pobitych ludzi, a nie za tym, co nakarmi nasze ego poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i przekonaniem o własnej szlachetności, a nawet wyższości wobec wszystkich innych.
Współczucie jest ponadto wspólnototwórcze. Jeśli współczujemy, to również współmyślimy i współdziałamy. Samarytanin współczuł z pobitym człowiekiem, ale także wciągnął do kręgu współdziałania właściciela gospody. Tych trzech połączyła wspólna sprawa. Stali się wspólnotą, bo połączyło ich miłosierdzie. Ich świat się zmienił dzięki współczującej obecności i współdzieleniu losu. Wspólnoty nie tworzy się przez dystans i obojętność, nie tworzy się jej też przez hałaśliwe publiczne deklaracje, ale przez współodczuwanie, troskę i miłość.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.







