W archidiecezji łódzkiej zakończył się ostatni etap „synodu parafialnego”– autorskiego przedsięwzięcia Księdza Kardynała. Warto było?
– Bardzo było warto. Idea była taka, żeby synod, który trwał w Łodzi przez około pięć lat, ponieważ najpierw był synodem diecezjalnym, a potem był kontynuowany dzięki synodowi o synodalności zwołanemu przez papieża Franciszka, został zaaplikowany do wspólnot lokalnych. Mając dokument końcowy naszego synodu, który uwzględniał też refleksje ogólnokościelne na temat synodalności, chcieliśmy, aby został przeczytany w każdej parafii, z pytaniem: co z tego odnosi się konkretnie do nas? A jeśli się odnosi, to w jakiej mierze i co możemy z tym zrobić, jakie podjąć inicjatywy itd.
Zamysł był taki, że „synod parafialny” prowadzi rada duszpasterska, a nie sam proboszcz. On jest, oczywiście, zawsze członkiem parafialnej rady duszpasterskiej, ale zależało nam na tym, żeby nie robił tego w pojedynkę. Więc najpierw dyskutowano w radzie, przygotowując zestaw pytań, które potem przedstawiano w parafii, zachęcając do rozmowy każdego, kto miał chęć w niej uczestniczyć i wyrazić swoje zdanie.
W archidiecezji łódzkiej rada jest w każdej parafii?
– Tak, bo tam, gdzie ich wcześniej nie było, zostały powołane. Efekt „parafialnego synodu” okazał się bardzo interesujący. Wiemy o tym, gdyż zrobiliśmy ewaluację. Poprosiłem ludzi, żeby z tych dwóch lat aktywności napisali i przysłali świadectwa. Dostaliśmy ich niemal dwieście.
Dużo.
– Każdy może się z nimi zapoznać, bo są dostępne na stronie archidiecezji w formacie PDF. Rozkładają się mniej więcej pół na pół. Część autorów miało wielkie nadzieje związane z „synodem parafialnym” i one zostały zawiedzione. Coś nie wyszło, czasem przez proboszcza, a czasem przez świeckich. Druga część to bardzo piękne i pozytywne opowieści o tym, że parafia się obudziła. Ludzie nauczyli się słuchać siebie nawzajem, udało się wytypować rzeczy wymagające zmian. Proboszczowie chcieli słuchać, poddali się tej formie współpracy. Oczywiście nie jestem hurraoptymistą, ale w połowie parafii archidiecezji łódzkiej coś się stało – coś pozytywnego, na czym można sensownie dalej coś budować.
Zastanawiam się, czemu „synod parafialny” musi być w cudzysłowie. Dlatego, że nikt nie wymyślił tej formy w prawie kanonicznym? Dokumenty posynodalne – czy to synodów diecezjalnych, czy tych usytuowanych wyżej – leżą na półkach, obrastając kurzem. Jeżeli nie przekładają się na codzienne życie lokalnych wspólnot, a to z nich składa się przecież Kościół globalny, to chyba jest tu błąd? Mamy prosty sposób na obudzenie ludzi, po prostu trzeba zejść do nich na dół!
– To bardzo dobre pytanie. Trzeba jednak na moment wrócić do tego, jak przebiegł synod o synodalności. Zaczął się od „dołów” kościelnych. Zanim sformułowano tzw. instrumentum laboris, były (a przynajmniej miały być) konsultacje na poziomie parafii, a ich owoce trafiały potem na poziom diecezji. Tam powstawały syntezy, które przesłano wyżej. Potem był etap spotkań kontynentalnych (europejskie odbyło się w Pradze). I dopiero w następstwie zagadnień wyłonionych w ten sposób – od dołu do góry – utworzono dokument. Nad nim debatowano na synodzie w Rzymie. Teraz nowy dokument po synodzie wraca na dół. A intencją Stolicy Apostolskiej jest to, żeby środowiska stojące u początku procesu, te lokalne, spróbowały się zderzyć z tymi refleksjami. Zaangażowanie parafii było tutaj pierwsze.
W Łodzi zdarzyło się tak, że opieraliśmy się na grupach synodu diecezjalnego, więc było ono duże. Choć kiedy przyszła pandemia koronowirusa i lockdown, praca (to był trzeci rok pracy synodalnej) musiała trochę wyhamować. Potem jednak od razu weszliśmy w projekt synodu biskupów papieża Franciszka, co nam pozwoliło podnieść się do liczby ponad 200 grup synodalnych (jest tu ponad 200 parafii). „Synod parafialny” zadziałał, gdyż wpisał się w kilkuletni proces. Zachęcam do lektury świadectw, bo one naprawdę pokazują, ile może się zmienić w zwykłej parafii, jeśli synodalność zostanie potraktowana serio i znajdzie się proboszcz, który stworzy ludziom przestrzeń do spotkania, rozwoju i upodmiotowionych inicjatyw oddolnych. W niektórych parafiach zadziały się rzeczy niesłychane.
Na przykład?
– Jest wiele takich, które mnie cieszą: mała wiejska parafia, w której ludzie szukali przestrzeni do spotkania z tymi, którzy do kościoła nie chodzą. Wymyślili wspólne rajdy rowerowe dla osób w różnym wieku. Proboszcz jest jednak korpulentny, trudno się było spodziewać, że wsiądzie na rower! Rada parafialna, zamiast załamywać ręce, kupiła mu rower elektryczny. I ksiądz jest na wszystkich rajdach. Dziś rozrosły się już one do wyjazdów dwudniowych. Jest przy tym trochę pobożnej turystyki, ale jest też okazja do spotkania, rozmowy. Do katechezy. Do pytań i odpowiedzi. Nagle w parafii zaczęli pojawiać się ludzie, których nigdy wcześniej nie było! Prosty pomysł, który ma realne, pozytywne skutki. To bardzo udana inicjatywa oddolna.
W innej parafii (nie chcę przywoływać nazw) proboszcz jest poważnie chory. Porusza się na wózku inwalidzkim. Ludzie znają go od kilkudziesięciu lat. Proces synodalny wyzwolił w nich niesamowitą energię, grupa synodalna liczy ponad 50 osób. Poza kwestiami, które są zastrzeżone wyłącznie dla księdza, oni sami parafię prowadzą. A on stwarza pole do działania ludziom w różnym stopniu uformowanym, nie tylko świętym i kościelnym prymusom. W ten sposób parafia „hula” przy proboszczu, który dawno mógłby poprosić o przeniesienie do domu księży emerytów. Byłbym chyba najgłupszym biskupem, gdybym się na to zgodził… Skoro synodalność wyzwoliła w parafii wielką aktywność, po co ją ograniczać? Parafianie rozwinęli poczucie odpowiedzialności za lokalny Kościół, radzą sobie. Podobnych przykładów mamy dziesiątki.
Przywykliśmy do tego, że po synodach są opracowane dokumenty i leżą. Znam kilkanaście tekstów papieży w randze adhortacji, listów apostolskich i encyklik, które wniosły znakomite i nowe treści, ale nawet biskupi i księża się do nich nie stosują. Świeckim czytać się ich nie chce, choć są dostępne w sieci za darmo i nie są napisane zawiłym, teologicznym językiem. Wiemy, jak być powinno, tylko narzekamy, zamiast działać. Kto i jak ma to wdrażać, skoro za brak implementacji nie ponosi się konsekwencji? Nikt tego nie pilnuje.
– Po każdym synodzie impuls jest. Jednym z ostatnich dzieł papieża Franciszka było właśnie wezwanie do tego, by dokument synodalny wrócił do miejsc, w których zaczął powstawać. Teraz mamy w Kościele powszechnym dwa lata na to, żeby go implementować. Dokument wypracowany z trudem musi zostać zaaplikowany w rzeczywistość parafii, z uwzględnieniem lokalnych kontekstów. One są w różnych częściach świata bardzo różne i zawsze musi się to dokonywać w obrębie danych uwarunkowań. Trzeci rok ma polegać na ewaluacji, to znaczy sprawdzaniu skuteczności implementacji. Co z tego zamysłu synodalności udaje się wcielić w życie, a co nie? W jakiej mierze ten proces tu i tam postępuje? Jakie trudności się pojawiają? Potem Franciszek planował – a Leon XIV z tego, co wiem, już to potwierdził – zwołanie zgromadzenia eklezjalnego: ciała, które będzie większe niż synod biskupów. Jest ono potrzebne dla podjęcia refleksji, w którą stronę Kościół idzie: czy owa inspiracja Ducha Świętego jest podjęta? Ufamy, że Duch Święty prowadzi Kościół synodalną drogą w stronę nawrócenia. Więc może dzisiaj nie jest to bardzo głośne, bo papież Franciszek zmarł i nadal jesteśmy w fazie przejściowej między pontyfikatami, ale będzie ciąg dalszy! Papież Leon XIV się „odkopuje” spod tysięcy spraw, jakie zastał, i musi je natychmiast podjąć. Nie mam jednak żadnych wątpliwości co do tego, że proces nie będzie porzucony. Wiem od kardynała Mario Grecha, sekretarza generalnego synodu biskupów, który był naszym gościem na zakończenie „synodu parafialnego”, że papież pragnie kontynuacji i synodalność toczy się dalej. Jeżeli ktoś liczył, że po śmierci Franciszka to się zakończy, to się pomylił.
Jesteście dowodem na to, że da się obudzić parafię, a synodalność ma sens. Jak kardynał Grech, który spędził u Was kilka dni, postrzega koncept „synodu parafialnego”?
– Kardynał uważnie słuchał tego, co się działo. Interesuje go autentyczne doświadczenie. Jest zainteresowany praktykowaniem synodalności na co dzień, gdyż zwykle ogląda ją od strony dokumentów, które powstają w Rzymie. Prawda o synodzie zawarta jest natomiast przede wszystkim w tym, czy ludzie żyją nim w Kościele w małych wspólnotach; czy to zmienia ich doświadczenie Kościoła i relacji ze sobą i z innymi, czy przynosi dobre owoce. Ważne jest to, jak dokumenty „odbijają się” w życiu każdej parafii.
Był Was ciekawy?
– Był pod dużym wrażeniem Kościoła, który nie „maluje trawy na zielono”, bo przyjechał dostojnik z Watykanu, tylko opowiada o tym, jak jest: gdzie jest dobrze, a gdzie jest gorzej i ludzie doświadczyli zawodu. Bardzo sobie cenił otwartość i autentyczność. Uczciwość wypowiedzi, na którą daliśmy przestrzeń.
Sam natomiast podkreślał dwie rzeczy. Po pierwsze, trzeba pokazywać synodalność w jej wydaniu katolickim. Ona zawsze jest związana z hierarchicznością Kościoła, a sensus fidelium potrzebuje urzędu nauczycielskiego. Synodalność jest komplementarna i musi być podejmowana RAZEM – z kolegialnością biskupów i z prymatem Piotra. To musi być spójne, wtedy nie prowadzi do chaosu i do redukowania rozumienia synodalności do „kościelnej demokracji”. Po drugie kardynał Grech wielokrotnie mówił o cnocie cierpliwości, podkreślając, że ona nie jest pasywnością, biernym czekaniem. Wiąże się z działaniem, co nam w Łodzi bardzo pomagało. Są grupy, które mają doświadczenie rozbicia się o ścianę, ale nie załamują rąk. Cierpliwość jest postawą Bożą, nie wolno się zniechęcać trudnościami, one są normalnym elementem życia. Cierpliwość wiąże się z Miłością, o czym mówi św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; […] Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. (Kor 1, 4 i 7). To nie jest tania pociecha! To rzeczywista perspektywa tego, co w Kościele się dzieje. Aby zobaczyć i doświadczyć owocu synodu o synodalności, trzeba cierpliwości.
Po co nam synodalność?
– W synodalności chodzi o misję. Nie są to zmiany Kościoła dla niego samego! Chodzi o to, by zobaczyć, że Kościół nie może być misyjny, jeśli nie rozumie siebie jako autentycznej wspólnoty sióstr i braci, opartej na chrzcie, który do tej wspólnoty nas włączył. Nikt nie podejmuje misji w pojedynkę. I ona nie może być też głoszeniem strukturalnym „z góry”. Misja ze swej istoty jest dziełem wspólnotowym. Wspólnota Kościoła składa się z małych wspólnot, opartych na wysokiej jakości relacjach między ich członkami.
---
Kard. Grzegorz Ryś
Metropolita łódzki (od 2017), wcześniej biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej (2011–2017); członek dwóch watykańskich dykasterii: Dykasterii ds. Biskupów oraz Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów; w 2023 r. mianowany kardynałem przez papieża Franciszka
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














