Bośnia i Hercegowina – wieloetniczne państwo Boszniaków, Serbów i Chorwatów – w grudniu będzie obchodzić 30-lecie swojego istnienia. Ale powodów do optymizmu jest niewiele. W kraju odradzają się animozje na tle narodowościowym, a sytuację dodatkowo zaogniają aktorzy zewnętrzni. Lider bośniackich Serbów jednoznacznie określa Władimira Putina jako przyjaciela i twierdzi, że „Bośnia i Hercegowina musi się rozpaść”.
Demony bałkańskich wojen z pierwszej połowy lat 90. wydają się od dawna uśpione. Liczni turyści z Polski, przejeżdżający przez Bośnię w drodze na chorwackie plaże, mogą podziwiać górskie krajobrazy bez obaw o swoje bezpieczeństwo. Coraz mniejsze zagrożenie stanowią pozostałe po wojnie miny przeciwpiechotne, jeszcze parę lat temu zbierające śmiertelne żniwo na wiejskich terenach. Odbudowano też zburzone zabytki i spalone świątynie. Wreszcie rozkwitła turystyka religijna. Sanktuarium w Medziugorie staje się coraz bardziej istotnym punktem dla katolików, a w 2024 r. papież Franciszek ostatecznie zezwolił na kult, pielgrzymki oraz promowanie miejscowych objawień.
Ale podczas gdy polskie pielgrzymki jeżdżą do Medziugorie, a w Sarajewie rosną kolejne wieżowce świadczące o rozwoju lokalnego biznesu, nad Bośnię znów nadciąga widmo konfliktu etnicznego. Lokalni Serbowie coraz wyraźniej domagają się secesji i przyłączenia ich terytorium do Serbii. „Bośnia i Hercegowina już nie istnieje” – powiedział otwarcie lider bośniackich Serbów, Milorad Dodik, w lutym bieżącego roku. I ma w tym trochę racji, bo kraj nie prowadzi spójnej polityki międzynarodowej ani historycznej, a podziały narodowościowe i religijne przybierają na sile.
Dwa porządki, czyli dziedzictwo Dayton
Aby zrozumieć aktualne problemy Bośni, niezbędny jest krótki rzut oka w przeszłość. Krwawa wojna tocząca się pomiędzy muzułmańskimi Boszniakami, prawosławnymi Serbami i katolickimi Chorwatami zakończyła się pod koniec 1995 r. podpisaniem porozumienia pokojowego w Dayton. Stany Zjednoczone de facto stworzyły od nowa niepodległą Bośnię i Hercegowinę, dając jej konstytucję i dzieląc kraj na dwie części: Federację Bośni i Hercegowiny, zamieszkałą głównie przez Boszniaków i Chorwatów, oraz Republikę Serbską, zamieszkałą w większości przez, jak sama nazwa wskazuje, Serbów. Ten niecodzienny podział najłatwiej zrozumieć poprzez porównanie do podziału administracyjnego USA: oba bośniackie „stany” cechują się względną autonomią, ale podlegają federalnemu rządowi z siedzibą w Sarajewie.
Choć taka konstrukcja pozwoliła zakończyć rozlew krwi, to jej wady widać niemal na każdym kroku. Dla przykładu, obie części składowe kraju posiadają własne siły policyjne, które w teorii współpracują ze sobą w najbardziej istotnych kwestiach, ale praktyka bywa odmienna. Oprócz powodowania systemowego paraliżu podział bywa też zwyczajnie uciążliwy dla mieszkańców kraju. Widać to choćby na mapie sieci kolejowej. Podróżny nie dojedzie już pociągiem osobowym z Doboju do Tuzli; choć linia kolejowa łącząca te dwa ważne miasta istnieje i jest codziennie wykorzystywana w ruchu towarowym. Pociąg osobowy dojeżdża jedynie do niewielkiej stacyjki Petrovo Novo – ostatniej wsi po serbskiej stronie – bo uruchamiają go Serbowie, a nie władze federalne.
Podróżując przez Republikę Serbską, nigdzie nie uświadczy się oficjalnej państwowej flagi Bośni i Hercegowiny – jej miejsce zajmują serbskie czerwono-niebiesko-białe sztandary. Powszechne są także murale z wizerunkami zbrodniarzy wojennych. Radovan Karadžić i Ratko Mladić zostali uznani przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze za winnych zbrodni wojennych, w tym kilkuletniego oblężenia Sarajewa i masakry ponad ośmiu tysięcy muzułmanów w Srebrenicy, ale na blokowiskach w miastach Republiki Serbskiej uznawani są za bohaterów. „Generale, twój naród cię kocha” – głosi podpis pod muralem z podobizną Ratko Mladicia w miasteczku Gacko.
Serbska młodzież nie ma zresztą innych wzorców, bo postaci Karadžicia i Mladicia są gloryfikowane w szkolnym programie nauczania, a wojnę z lat 1992–1995 przedstawia się jako „patriotyczną walkę w obronie ojczyzny”. Dzieci nie dowiadują się w szkole o masakrze w Srebrenicy, a jeśli temat jest gdziekolwiek poruszany, to bagatelizuje się go i znacząco zmniejsza liczbę ofiar. „Boszniacy próbują zbudować mit wokół Srebrenicy. To oszustwo, bo ten mit nie istnieje” – mówił już w 2019 r. Milorad Dodik. Kiedy indziej lider bośniackich Serbów dodawał, że masakra, powszechnie uznawana za największe ludobójstwo w Europie po II wojnie światowej, to wymysł Amerykanów, którzy potrzebowali pretekstu, aby usprawiedliwić bombardowania serbskich pozycji w lecie 1995 r.
30 lat po wojnie Bośnia żyje zatem nie tylko w dwóch porządkach prawnych, ale i w realiach dwóch odmiennych narracji historycznych.
To, co uznane jest za oczywistość w Sarajewie, serbska nacjonalistyczna propaganda całkowicie wykrzywia zaledwie kilka kilometrów dalej. Sytuacji nie poprawia fakt, że granica pomiędzy obydwoma regionami poprowadzona jest w sposób niezwykle chaotyczny. W wielu przypadkach, aby odbyć podróż pomiędzy poszczególnymi miastami Federacji BiH lub Republiki Serbskiej, trzeba przejechać przez drugie terytorium. Dziś nie jest to żaden problem, ale w przypadku ewentualnej secesji bośniackich Serbów kraj może stać się geograficznie dysfunkcyjny.
Rosyjska szkoła retoryki
A o tym, że taka możliwość staje się realna, zaczyna się coraz częściej pisać i mówić w mediach różnego nurtu. Na początku maja wspominany już dwukrotnie Milorad Dodik udzielił wywiadu austriackiemu tygodnikowi „Profil”. Lider bośniackich Serbów twierdzi w nim, że „Bośnia i Hercegowina musi się rozpaść” oraz że w kraju „mieszkają razem ludzie, którzy nie chcą ze sobą żyć”. Wreszcie uważa, że „Bośnia i Hercegowina to nienasycony potwór, który żywi się iluzjami z Brukseli”, i że jedyną jej prawdziwie wolną częścią jest Republika Serbska.
I choć jednocześnie Dodik uspokaja dziennikarkę, że wcale nie dąży do wojny, a Republika Serbska nie prowadzi przygotowań do otwartego konfliktu zbrojnego, trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko to już kiedyś słyszeliśmy. Retoryka lidera bośniackich Serbów, a szerzej Republiki Serbskiej, jest zbieżna ze sposobem komunikacji putinowskiej Rosji.
W tym miejscu znów warto odwołać się do historii, przeplatanej teraźniejszością. Przy wjeździe do zarządzanego przez Serbów Wschodniego Sarajewa stoi tablica: „Witamy we Wschodnim Sarajewie, mieście 157 tys. Serbów, którzy musieli opuścić Sarajewo”. Odgrywanie ofiary nie jest w tym przypadku uzasadnione, bo źródła historyczne są zgodne, że to Serbowie rozpoczęli oblężenie miasta i doprowadzili do jego zniszczenia. To serbscy snajperzy przez kilka lat strzelali do cywilnych przechodniów na ulicy Zmaja od Bosne, która przeszła do historii pod nazwą Alei Snajperów (powstał nawet hollywoodzki film pod tym tytułem). Historia konfliktów zbrojnych rzadko bywa jednoznaczna, ale oficjalna narracja Republiki Serbskiej wypacza kolejność wydarzeń z lat 90., jako żywo przypominając retorykę stosowaną przez Rosjan jako usprawiedliwienie wojny na Ukrainie.
Problem rosnącego separatyzmu dostrzegły władze całej Bośni i Hercegowiny. Na początku marca sąd w Sarajewie skazał Milorada Dodika na rok więzienia oraz zakaz sprawowania funkcji publicznych przez sześć lat. Prezydent Republiki Serbskiej został oskarżony o celowe utrudnianie wykonania decyzji Christiana Schmidta, niemieckiego dyplomaty pełniącego rolę wysokiego przedstawiciela Wspólnoty Międzynarodowej w Bośni i Hercegowinie. Zadaniem Schmidta jest nadzór nad przestrzeganiem postanowień zawartych w traktacie z Dayton z 1995 r. Dodik, jak uznał sarajewski sąd, łamie postanowienia traktatu i uniemożliwia międzynarodowym dyplomatom wdrażanie środków zaradczych. Problem w tym, że pomimo wyroku nie ma jak serbskiego lidera aresztować, częściowo z powodu podziału kompetencji krajowej policji, ale głównie ze względu na obawę przed konsekwencjami politycznymi. Efektywne zatrzymanie Dodika mogłoby się skończyć masowymi protestami i być przeciwskuteczne.
Aktorzy zewnętrzni: od Putina do dżihadystów
Warto zwrócić uwagę, że Milorad Dodik otwarcie wspiera Donalda Trumpa, spotyka się z Putinem (którego zresztą w 2023 r. oficjalnie odznaczył Orderem Republiki Serbskiej), a wreszcie nie odżegnuje się od związków z węgierskim premierem Viktorem Orbánem. Ten ostatni, jak donosiły media wczesną wiosną, był bliski wywołania co najmniej międzynarodowego skandalu. Po ogłoszeniu marcowego wyroku skazującego Dodika, Węgrzy wysłali do Republiki Serbskiej elitarny oddział antyterrorystów, mający za zadanie ochronę lidera bośniackich Serbów przed aresztowaniem i – w razie konieczności – jego ewakuację na Węgry.
Ale po drugiej stronie też mamy do czynienia z aktorami zewnętrznymi. Muzułmańskich Boszniaków wspierają, przynajmniej finansowo, państwa i organizacje znad Zatoki Perskiej. Katarczycy hojnie dotują miejscowych muzułmanów, dbając o rozwój islamu na Bałkanach. „Muzułmanie w Bośni i Hercegowinie chcą znowu wojny. Chcą sprowadzić tu dżihadystów i wprowadzić prawo szariatu” – mówi Dodik w wywiadzie dla tygodnika „Profil”. I choć te słowa są oczywistą przesadą, warto odnotować, że już 10 lat temu na bośniackich płotach pojawiały się flagi tzw. Państwa Islamskiego. Co więcej, pierwszy prezydent niepodległej Bośni i Hercegowiny, Alija Izetbegović, miał – jak się dziś często uznaje – zapędy fundamentalistyczne (już w 1970 r. opublikował Deklarację Islamską, w której wzywał do „islamskiej odnowy” kraju).
Bośniacy przez lata byli znani z umiejętności pokojowego współistnienia w wielokulturowym społeczeństwie. Świadczą o tym choćby tropy kulturowe: słynny reżyser Emir Kusturica czy muzyk Goran Bregović urodzili się i wychowywali w Sarajewie, przez lata zapewniając o swojej otwartości na inne kultury i religie. Ale postępująca radykalizacja świata nie ominęła także kraju nad Driną i Neretvą. Kusturica, choć urodził się w rodzinie muzułmańskiej, w 2005 r. przyjął prawosławny chrzest, a dziś gloryfikuje Putina. Bregović w ostatnich dniach kwietnia otrzymał zakaz wjazdu na Łotwę za poparcie rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jeśli dostatnio żyjące gwiazdy popkultury mogą się znienacka zradykalizować, to jak oczekiwać, że zimną krew zachowają ludzie na życiowym zakręcie: podatny na manipulację młody Serb, żyjący w nędzy bośniacki Chorwat albo doświadczający dyskryminacji religijnej muzułmański Boszniak?
Co zrobi „pokolenie pokoju”?
Bośniacka ulica żyje jednak swoim rytmem. Jeśli nie skupiać się na polityce, przyjezdnemu trudno będzie gołym okiem zauważyć społeczne niepokoje.
Sytuacja ekonomiczna Bośni i Hercegowiny jest lepsza w porównaniu do poprzedniej dekady. Świadczą o tym dobrze utrzymane domy, coraz rzadziej spotykane ruiny, wzrastająca liczba turystów i wybudowane tu i ówdzie nowe autostrady. Bezrobocie w ciągu dekady spadło z poziomu ponad 30 proc. do około dziesięciu. Tym niemniej, zawsze mogłoby być lepiej: według danych Banku Światowego, PKB per capita Bośni i Hercegowiny w 2023 r. było trzykrotnie niższe od Polski. Wyżej od BiH plasują się też kraje regionu, a jedynie Albania notuje niższy wynik. Trudno nie dopatrywać się w tym skutków specyficznego podziału administracyjnego, nierzadko skutkującego prawnym i decyzyjnym paraliżem.
Trzydziesta rocznica podpisania porozumienia pokojowego oznacza, że w Bośni i Hercegowinie dorosło już całe pokolenie nieznające wojny. Czy młodym ludziom, żyjącym przez trzy dekady w pokoju, przyjdzie na myśl, aby burzyć znany im świat w imię dążeń narodowościowych
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!











