Nasze społeczeństwo od wielu lat nie spodziewa się, że urzędnicy i instytucje państwowe chcą – chociaż w podstawowym stopniu – naszego dobra. Można powiedzieć, że państwo polskie postrzegamy już nie jako dobro wspólne, ale jako źródło obciążeń i ograniczeń.
Tradycja nieufności
Skoro sama historia państwowości Polaków jest trudna, to zrozumiałe jest, że trudne są także nasze relacje z władzami i reprezentantami państwa jako takiego. Nasi prapradziadkowie, żyjący pod zaborami i niepewni tego, jak właściwie będzie wyglądać niepodległa Polska (jeśli w ogóle ona zaistnieje), „programowo” nie ufali obcej władzy. Późniejsze lata wojny i okupacji, które przyniosły liczne zbiorowe traumy, a zakończyły się radykalną zmianą kształtu kraju, utwierdziły nas w myśleniu, że nie można polegać na żadnych zwierzchnościach, zaś przywiązywanie się do zamieszkiwanej ziemi może okazać się źródłem problemów i trudnych wyborów – przekonała się o tym po roku 1945 niemała część mieszkańców Wilna czy Lwowa. Lata powojenne nie tylko nie przyniosły Polakom stabilizacji, ale też „podarowały” nam kolejną narzuconą władzę i wymuszone „przyjacielskie” relacje z ZSRR (a także długotrwałe napięcie związane z zimną wojną). Nietrudno więc się domyślić, że pokolenia wchodzących wówczas w życie młodych dorosłych nie tylko nie darzyły państwa zaufaniem, ale wręcz często niechęć wobec decydentów postrzegały jako przejaw zdrowego, odpowiedzialnego patriotyzmu. Nasze babcie i dziadkowie nie przekazali nam zatem „w spadku” poczucia, że rządzący Polską są osobami, którym warto wierzyć i które mimo ewentualnych błędów chcą dbać o obywateli. Zasiew pod powszechną nieufność wobec autorytetów państwowych przyniósł także skrajny indywidualizm, którym żyjemy od wczesnych lat 90. W czasach PRL-u – mimo wielu niedoskonałości tego okresu – przedszkola, szkoły i zakłady pracy promowały ideę wspólnotowości, działania na rzecz ogółu. Możemy oczywiście uśmiechać się pod nosem, wspominając niektóre metody „kolektywizacji” z uwagi na ich przaśność i nadęcie. Nie sposób jednak nie dostrzec, że wychowywanie dzieci i młodzieży w duchu wzajemnej troski, przejawiającej się chociażby promowaniem tak zwanych prac pożytecznych i „czynów społecznych” oswajało młodych ludzi z myślą, że nie są na tym świecie sami – a działanie na rzecz innych jest zwyczajną częścią życia człowieka. Eksplozja szalonego kapitalizmu po roku 1989 nauczyła nas natomiast myśleć, że „Trzeba się (…) wspomóc, by nie wyminął nas pościg”, jak śpiewał Taco Hemingway w Polskim tangu: od tej pory to nie współpraca, ale rywalizacja i pokonywanie słabszych od siebie stały się pożądanymi zasadami budowania relacji społecznych. A tam, gdzie ludzie zaczynają wierzyć, że współdziałanie i sentymenty to jedynie przeszkody w osiągnięciu sukcesu, nieufność wobec innych osób oraz instytucji staje się naturalna – w końcu polegać można tylko na sobie, ewentualnie na niewielkiej grupie osób, z którymi łączą nas silne więzy emocjonalne albo… wspólne interesy.
Erozja autorytetów
Nie można jednak zaprzeczyć, że pewne aspekty funkcjonowania naszego państwa sprzyjają postawie powszechnej nieufności wobec niego. Jan Śpiewak, aktywista i socjolog, w swojej książce Patopaństwo. O tym, jak elity pustoszą nasz kraj pisze między innymi, że obecna Rzeczpospolita wspiera silnych (czyli przede wszystkim bogatych) zamiast słabych, co sprawia, że przeciętny obywatel po prostu wie, że nie może liczyć na pomoc państwa. Zdaniem Śpiewaka i wielu młodych ludzi o różnych zapatrywaniach politycznych, osoby rządzące krajem od lat nie interesują się rynkiem mieszkaniowym (przyczyniając się do „chowu klatkowego” Polaków, czyli powstawania kolejnych źle zaprojektowanych i wyposażonych osiedli), zaniedbują ochronę zdrowia, skazując chorych na korzystanie z usług prywatnych oraz nie weryfikują warunków, w których pracują nasi rodacy – przeciętny Polak nie czuje więc, że państwo może i chce go chronić. Patologią życia publicznego Śpiewak określa również otwieranie osobom podejrzanym o ciężkie przestępstwa (a nawet dumnym z ich popełnienia) drzwi do kariery w mediach. Przykładem takiej osoby może być Dagmara K., niegdysiejsza właścicielka agencji towarzyskiej, która miała pobić ciężarną pracownicę i zlecić jej zgwałcenie. Tego typu sytuacje prowadzą nie tylko do patologizacji mediów i zaburzenia systemu wartości wielu ludzi – zwłaszcza młodych, poszukujących wzorów do naśladowania – ale także sprawiają, że odbiorca przestaje wierzyć, iż Polska rzeczywiście jest państwem prawa. Takiemu państwu trudno jest zaufać i przyjąć panujące w nim zasady za warte przestrzegania. Co więcej, w neoliberalnej ideologii zaufanie do państwa jest zwykle waloryzowane negatywnie – ktoś, kto uważa, że rząd powinien działać dla dobra obywateli i np. łagodzić skutki społecznych nierówności, bywa postrzegany jako osoba „roszczeniowa”, niesamodzielna i mało zaradna. Tymi cechami charakteru z kolei „ludzie sukcesu” gardzą. Niechęć do myślenia o Polsce jako wspólnej odpowiedzialności i czymś, o co warto dbać (może nawet rezygnując z części własnej wygody) jest zatem przekazywana kolejnym pokoleniom, choć przy użyciu innego, bardziej „korporacyjnego” języka. Jednym z jaskrawych przykładów tego procesu jest zniechęcanie przez osoby starsze swoich dzieci i wnuków do podejmowania pracy w sektorze publicznym: mało który rodzic marzy przecież o tym, by jego dziecko zostało nauczycielem albo pielęgniarką. O wiele bardziej zgodna z duchem niezależności od państwa jest obecnie kariera w zagranicznej korporacji, którą postrzegamy jako lepszy wybór, godny zdolnego, ambitnego młodego człowieka.
Brak dyscypliny i anomia
Konsekwencje braku zaufania do państwa są o wiele poważniejsze niż tylko stereotypowa niechęć Polaków do posłuszeństwa wobec autorytetów i brak zdyscyplinowania. Brak poczucia, że jest się częścią czegoś większego, prowadzi do poczucia osamotnienia i chaosu – to z kolei przyczynia się między innymi do dysfunkcyjnych sposobów radzenia sobie z życiowym stresem i napięciem. Nie jest przecież przypadkiem, że współcześnie spożywamy więcej alkoholu niż w rzekomo „przesyconym pijaństwem” PRL-u. Stopniowe pogrążanie się w anomii prowadzi jednak nie tylko do szkodzenia sobie, ale także innym: jeśli „z automatu” nie chcemy przestrzegać prawa, gdyż nie ufamy osobom je ustanawiającym, to jesteśmy bardziej skłonni do brawury za kierownicą (fotoradar czy kontrole drogowe jawią nam się jako opresja i zabieranie nam wolności), niepłacenia alimentów ustalonych przez sąd (postrzegany jako niesprawiedliwy), czy nawet nieszczepienia własnych dzieci. Łatwiej jest przecież „dopuścić” medyków do swojego dziecka, jeśli wierzy się, że Ministerstwo Zdrowia i inne instytucje rzeczywiście chcą dobra maluchów, a kalendarz szczepień i inne ważne zalecenia są oparte na dowodach naukowych. Ruchy antyszczepionkowe, agresywny aktywizm samochodowy, postulujący podwyższenie dopuszczalnych prędkości, obniżenie mandatów i umożliwienie parkowania w dowolnych miejscach, a także część manosfery walczącą z obowiązkiem alimentacyjnym są zasilane nie tylko osobistymi urazami i dezinformacją, ale też pogardą dla „odgórnych” autorytetów. Zastanawiające w obecnej sytuacji jest zatem to, jak zachowalibyśmy się jako społeczeństwo w razie zbrojnej napaści na Polskę. Nie, nie roszczę sobie prawa do tego, by kogokolwiek nawoływać do ewentualnej obrony ojczyzny w militarnym rozumieniu. Obawiam się jednak, na ile w obliczu realnego zagrożenia bylibyśmy w stanie stosować się do zaleceń służb, od czego może przecież zależeć przetrwanie. Jeśli jednak – na co chyba wszyscy mamy nadzieję – kolejne dekady upłyną pod znakiem pokoju, będziemy się mierzyć z głębokimi społecznymi podziałami, paranoiczną wręcz podejrzliwością wobec władz oraz brakiem nauczycieli, pracowników socjalnych czy urzędników – nieufność wobec państwa sprawia przecież, że nie chcemy wykonywać pracy na jego rzecz.
Czas i zaangażowanie
Nie dysponuję prostą receptą na to, jak można by odbudować (a może: zbudować po raz pierwszy w nowożytnej historii?) – zaufanie Polaków do państwa. Towarzyszy mi jednak kilka myśli na ten temat opartych na zawodowych analogiach. Podczas psychoterapii pary, w której doszło do poważnego oszustwa lub zdrady, najważniejszym pytaniem jest, czy strona pokrzywdzona w ogóle chce spróbować ponownie zaufać komuś, kto ją zranił. Ważne jest także ustalenie, po czym oszukany lub zdradzony pacjent będzie mógł rozpoznać, że jego partner jest wobec niego uczciwy – zaufanie cechuje się bowiem kruchością, a do jego odbudowy potrzebny jest czas i oznaki prawdziwego zaangażowania. Niezbędne jest także uznanie swojego błędu przez tę „stronę” związku, która zawiodła – bez usprawiedliwiania się, bez stosowania tzw. nonapology, czyli takiego przepraszania, które w istocie jest próbą przerzucenia odpowiedzialności na kogoś innego. Być może gdyby rywalizujące stronnictwa miały w zwyczaju również dokonywanie ewaluacji własnych działań i przyznawanie się do tego, co ich członkowie „zawalili”, bylibyśmy skłonni bardziej wierzyć klasie politycznej? Audyt państwa przeprowadzany przez opozycję wobec ustępującej władzy nie spełnia tej roli – to raczej rodzaj roastu na przeciwników. I gdyby wydawnictwa, telewizje i portale internetowe – zwłaszcza te o dużych zasięgach – nie stawały się podmiotami rzeczniczymi określonych sił politycznych, ale dążyły do rzetelności, określenie „mainstreamowe media” przestałoby być tak powszechnie traktowane jako obelga? Wreszcie: sądzę, że poziom zaufania do władz i instytucji państwowych miałby szansę wzrosnąć wtedy, gdyby walka z dezinformacją stała się dla rządzących priorytetem: antypaństwowy przekaz pochodzi przecież nie tylko od samodzielnych „nonkonformistów”, ale stanowi także element trwającej od dawna wojny informacyjnej. Jest to w dłuższej perspektywie nie mniejsze zagrożenie niż konwencjonalne naruszenie granic państwa.
Nie musimy i nie powinniśmy idealizować żadnej władzy. Państwo, jak każda instytucja, ma również swoje słabe strony – nie jest możliwym zadbać w tym samym stopniu o interesy wszystkich obywateli, które zresztą bywają sprzeczne. Będziemy jednak zdrowsi i bardziej bezpieczni, jeśli postawimy na wspólnotę, a nie sumę egoizmów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















