Samozwańcze patrole na niemieckiej granicy są szkodliwe, gdyż anarchizują życie społeczne oraz psują państwo, i tak już niezbyt mocne. Tak twierdzi Donald Tusk – i ma rację. Jarosław Kaczyński przeciwnie, broni tych patroli – i racji nie ma. A teraz zagadka: czyja to wina? Czyją winą jest to skandaliczne zjawisko, na które, całkiem słusznie, oburzają się zwolennicy rządzącej koalicji? Tuska czy Kaczyńskiego? Oczywiście Tuska! Bo to chyba jasne, że winę ponosi nie ten kto mówi, lecz ten kto rządzi, a więc odpowiada. Chyba wystarczy nie być bitym od niemowlęctwa płaską dechą po ciemieniu, by tak prostą rzecz zrozumieć.
Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie. Media pełne są lamentów ludzi, chcę wierzyć, że całkiem dobrej woli, którzy pomstując na warcholstwo samowolnych stróżów granicy, dodają przy każdej okazji, że popiera ich „prezes wiadomej partii”. Tylko załamać ręce… Panie i panowie, czy nie widzicie, że to nie Kaczyński rozdaje tutaj brudne karty? Co więcej, premier Tusk – bo on jeden, nikt inny, ma władzę ukrócić to rozwydrzenie – czyni tak z premedytacją. Umywa ręce, bo w ten prosty sposób nakręca tryby popularności, które mocno zwolniły po ostatnich wyborach. To nic, że ta bierność jest szkodliwa dla Polski – ważne by była korzystna dla niego i jego partii.
Podobnych przykładów można przytaczać więcej. I coraz to więcej, niestety. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy stały się normą w życiu publicznym. Nie, nie chodzi mi wcale o przysłowiową już „winę Tuska”. Aktualnie to on akurat zawinił, więc jego za przykład podaję. Ale i Kaczyński wcale nie lepszy, choć teraz – powtarzam – mniej szkodliwy, bo nie rządzi. Obaj panowie podobnie i z podziwu godną konsekwencją licytują się we wzajemnym napuszczaniu na siebie Polaków.
Może więc wreszcie pora o tym porozmawiać? A jeśli nikt rozmowy nie podejmie, niech przynajmniej autor tego artykułu ma czyste sumienie. Gdy za niewiele już lat wnuki będą mnie pytać z żalem: „Co z naszą Polską zrobiłeś, dziadku?” – ja im odpowiem: „Ostrzegałem”. Przynajmniej na tyle mnie stać, jako obywatela.
Lękajcie się!
Ktoś może uznać, że przesadzam, dodając swój głos do modnego w Polsce rozdzierania szat nad „ojczyzną w ruinie”. Tymczasem ja mówię o sprawach na co dzień niedostrzegalnych, bo toczących się na zasadzie długotrwałego procesu – procesu społecznego znieczulania.
Wyraźny krok w tym kierunku nastąpił w dobie pandemii. Nie żebym kwestionował samo jej istnienie, dwa razy się szczepiłem. Chodzi o to, że – w skali światowej, więc także i w Polsce – była ona potężną dawką wiedzy o aktualnym stanie mentalnym społeczeństwa. Wiedzy danej rządzącym, bo oni, w odróżnieniu od nas, umieli wyciągnąć z niej wnioski. Chodzi o to, że w „normalnym”, obywatelskim społeczeństwie zawsze istniała świadomość dobra wspólnego, które jest niezależne od aktualnych decyzji sprawujących władzę urzędników państwowych. Lojalność wobec prawa i bieżących przepisów to jedno, ale ponadczasowy interes wspólny, zwany racją stanu – to jednak trochę co innego. Mówiąc inaczej, jedno i drugie nie zawsze jest ze sobą zbieżne. Po to wymyślono instytucję obywatelskiego nieposłuszeństwa, aby tę różnicę móc dostrzegać i uwydatniać.
Tymczasem wiosną 2020 r. obserwowaliśmy zatrważający spektakl: ludziom z dnia na dzień kazano uwierzyć, że racja stanu i arbitralna decyzja urzędnika to jedno i to samo. I oni zdumiewająco łatwo uwierzyli, w imię bezpieczeństwa rezygnując z wielu swoich przyrodzonych praw obywatelskich, np. prawa do uczestnictwa w kulcie religijnym. Zapomnieliśmy wtedy o pierwszym publicznym wezwaniu Jana Pawła II: „Nie lękajcie się!”. Co więcej, lęk stał się wówczas naszym czołowym impulsem do działania. Lęk sterowany przez rządzących.
Niestety również biskupi pozwolili się wówczas unieść fali powszechnej paniki. Konkordat wyraźnie mówi, że państwo ma prawo pozamykać świątynie, gdy okaże Kościołowi widome dowody wyższej konieczności. Tymczasem w gorących godzinach „antycovidowych restrykcji” nikt nawet o tym nie pomyślał. Ogłosili Amerykanie, ogłosiła Bruksela, to i my posłusznie wprowadzamy to samo. Władze nie dały nam dowodów, a i myśmy o owe dowody nie zapytali. A szkoda. Kościół jest taką samą częścią wspólnego dobra jak państwo.
Logika „my-oni” wygrywa
To była lekcja, z której rządzący – w Polsce, Europie i reszcie świata – wyciągnęli logiczny wniosek: ludźmi znacznie łatwiej się steruje, gdy się ich sprytnie nastraszy. Wtedy zapominają, kim są, i bez oporu oddają własną wolność w ręce „wyższej instancji”. Tej ziemskiej, kierującej się całkiem przyziemnymi celami.
I z tej głównie przyczyny w życiu publicznym krok po kroku wygrywa logika „my-oni”, w której nie ma już miejsca na cieniowanie. Nie ma miejsca na wspólny interes wszystkich. Bo przecież trzeba „ratować” przed tymi drugimi państwo, które „oni” doprowadzili do ruiny. I to „ratowanie” niepostrzeżenie stało się pierwszym i jedynym celem zwolennika Polski PO lub Polski PiS, jakąś nadrzędną cnotą obywatelską. Tak jakby poza wzajemną walką nic innego w Polsce nie istniało. Na przykład przedwyborcze obietnice.
Czy to przypadek, że w drugiej turze ostatnich wyborów głosujący w nich Polacy podzielili się prawie po równo, pół na pół? Nie, to konsekwencja wieloletniej polityki wzajemnego antagonizowania. Staliśmy się wzorcowym modelem państwa podzielonego. A zatem bezwładnego, czego przykładem chociażby bierność wobec wspomnianych już patroli. I nie wzywam tu bynajmniej do rozganiania tych ludzi pałkami, lecz chociażby do rozumnego włączenia najlepszych z nich w szeroko rozumiane struktury ochrony państwa. Skoro brak nam profesjonalnych kadr, czemu nie sięgnąć po nieprofesjonalistów-ochotników i ich nie wyszkolić? Dopiero wówczas owe patrole nie tylko, jak dziś, przez ironię, można by nazywać „obywatelskimi”.
Ale nie, to się rządzącej ekipie nie opłaca. Wygodniej jest, jak zwykle, napuszczać. Tak jak robią to przeciwnicy.
„To nie mój prezydent”
Przyznam się wreszcie do czegoś, co półgębkiem tylko sugerowałem w przedwyborczych felietonach: tym razem nie głosowałem. Była to decyzja trudna, lecz podjęta z głębokim namysłem.
Niech nikt mnie już nie przekonuje, że wybory to nie imieniny u cioci i że nie ma idealnych kandydatów. Ja to świetnie wiem – i latami całymi zagryzałem zęby, głosując w kolejnych wyborach parlamentarnych lub prezydenckich. Zagryzałem coraz mocniej, aż wreszcie powiedziałem sobie: dosyć. Szkoda zębów. Każde kolejne wybory są gorsze od poprzednich, każda kampania głupsza, każdy kandydat mniej udany. To nie przypadek, to rezultat długotrwałej społecznej tresury. A ja nie chcę już w tym uczestniczyć.
Cóż powiedzieć tym, co uczestniczyli? Obecnie miliony, które głosowały na Trzaskowskiego, mówią z głębokim przekonaniem: Nawrocki nie jest moim prezydentem. Gdyby wygrał Trzaskowski (a o mało co nie wygrał), podobna liczba rodaków zarzekałaby się tak samo: to nie mój prezydent. Znowu rozumowanie kulą w płot. Skoro głosowałeś, znaczy – wziąłeś udział w grze. I nie wywracasz szachownicy tylko dlatego, że przegrałeś. Uznajesz wynik gry, zatem uznajesz kandydata strony przeciwnej za swojego prezydenta. A przynajmniej za głowę swojego państwa.
To elementarz obywatelskiego myślenia. Tymczasem ze świecą szukać takiego Polaka, który głosował i myśli podobnie. I nikogo to nie dziwi. Pora się nad tym zastanowić.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








