Ten dzień

Przyjrzyjmy się listopadowym dniom 1918 r., które wspominamy dziś świętem niepodległości. Czy 11 listopada był rzeczywiście dniem przełomu? Czy 10 listopada Polski nie było, a 12 listopada już była?
Czyta się kilka minut
Pierwsza warta akademicka przed Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie, listopad 1918 r. fot. Krzysztof Chojnacki/East News
Pierwsza warta akademicka przed Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie, listopad 1918 r. fot. Krzysztof Chojnacki/East News

Docenienie wagi wydarzeń, zrozumienie historyczności faktów, dostrzeżenie, na ile są one epokowe – to nie zawsze bywa udziałem współczesnych. Któż z mieszkańców Rzymu w 476 r. był w stanie odczuć wagę wydarzenia, które potomni uznają za granicę epok starożytnej i średniowiecznej? Czas nie tylko leczy rany, ale również pozwala nam zdobyć się na oceny bardziej racjonalne i wolne od emocjonalnej jednostronności.
Przyjrzyjmy się listopadowym dniom 1918 r., które wspominamy dziś świętem niepodległości. Czy 11 listopada był rzeczywiście dniem przełomu? Czy 10 listopada Polski nie było, a 12 listopada już była? Czy rzeczywiście da się odnaleźć ten moment, przed którym wolnej Polski nie było, a po przekroczeniu którego już była? Nie da się. Odbudowa Niepodległej nie była przecież jednym aktem – była skomplikowanym procesem, w którym musimy brać pod uwagę zarówno kwestie międzynarodowe, jak również wewnętrzne. Wielokrotnie starałem się w poprzednich latach pokazywać rozmaite wymiary tych epokowych zdarzeń jesieni 1918 r., gdy historia toczyła się wartkim nurtem, trudnym do skontrolowania i zrozumienia. Godziny i dni przynosiły zmiany większe niż na przestrzeni poprzednich dziesiątków lat.

Trzęsienie ziemi
Po 123 latach zaborów była Polska czymś nieokreślonym, przeczuwanym, ale niekonkretnym, może pożądanym, ale widmowym. Jeszcze gdy armia niemiecka wkraczała w lipcu 1915 r. do Warszawy, kończąc ponadstuletni okres okupacji rosyjskiej, ludność miasta uważała Rosjan za swoich, bolała, że „nasi odchodzą”, rzucała kwiaty pod kopyta tych samych koni, które niedawno, w 1905 r., masakrowały demonstrantów na warszawskich i łódzkich ulicach. Polska zdawała się czymś pozbawionym szans realnego bytu, wyidealizowaną utopią, piękną, pożądaną, ale niczym więcej niż fantasmagorią, o której można jedynie śnić i marzyć, a później obudzić się w skrzeczącej rzeczywistości.
Gdy w 1914 r. wybuchła wojna, o której niegdyś marzył Adam Mickiewicz, modląc się o „wojnę powszechną za wolność ludów”, otworzyły się drzwi, poza którymi była pierwsza od stulecia realna szansa „wybicia się na niepodległość”. Mało kto wówczas na to liczył, a jednak się udało. Nagle „Polska wybuchła”, jak wtedy mówiono. Pod koniec października rozpadła się monarchia Habsburgów, Polacy w zaborze austriackim zyskali szansę utworzenia własnych, suwerennych organów władzy.
„Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma «ich». Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili. (...) Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swym życiu najwyższej radości” – wspominał późniejszy premier Jędrzej Moraczewski.
Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później, jak mawiał mistrz suspensu Alfred Hitchcock, napięcie narastało. W pierwszych dniach listopada 1918 r. wybuchła rewolucja w Niemczech, upadło cesarstwo, pojawiła się republika, a kraj pogrążył się w chaosie. 7 listopada utworzono w Lublinie pierwszy rząd polski, na czele którego stanął Ignacy Daszyński, a 10 listopada rano do Warszawy po półtorarocznej nieobecności powrócił Józef Piłsudski. Następnego dnia Polska Organizacja Wojskowa rozbroiła niemieckich żołnierzy garnizonu warszawskiego. Stolica była wolna.

Business as usual
Jak widzieli te dni ówcześni mieszkańcy miasta, co pisała prasa? Postarajmy się spojrzeć oczami współczesnych. 10 listopada była niedziela, pochmurna i chłodna. Próżno byłoby zauważyć na pierwszych stronach warszawskich dzienników jakichkolwiek o tym informacji, dopiero wieczorem pojawiły się dodatki nadzwyczajne krzyczące „Komendant powrócił”. Poza tym business as usual. Gdzieś tam opisywano rewolucję w Niemczech i abdykacje cesarza, ale dominowały sprawy codzienne. „Kurier Warszawski” pierwsze dwie stronny poświęcił płatnym ogłoszeniom, dopiero na trzeciej tekst o sytuacji w Berlinie wciśnięty pomiędzy anons o sprzedaży futra karakułowego i program opery, dającej wieczorem Madame Butterfly Pucciniego. Dzisiejszy czytelnik zwróci zapewne uwagę na krótką notkę ze strony 8, zatytułowaną „Zwinięcie jenerał – gubernatorstwa warszawskiego”. Zawierała oświadczenie kanclerza nowej republiki niemieckiej Scheidemanna deklarujące oddanie władzy przed 1 grudnia „polskiemu rządowi państwowemu”. Była to faktyczna deklaracja uznania przez Niemcy niepodległego państwa polskiego. Cóż, być może nawet gdyby Piłsudski nie wrócił, i tak powstałaby polska państwowość?

Warszawa i cały kraj czeka
Następny dzień – poniedziałek 11 listopada – wstał również pochmurny i mglisty, ale miasto było w stanie wrzenia. Wiedziano o obecności Piłsudskiego, obserwowano patrole POW rozbrajające Niemców, gdzieniegdzie padały strzały. Gazety pisały o nastroju wielkiego oczekiwania. Z frontu zachodniego płynęły informacje o zbliżającym się zawieszeniu broni, oddziały polskie obsadzały najważniejsze obiektyw mieście: ratusz, Belweder, mosty, wszędzie pojawiały się polskie flagi.
„Warszawa i cały kraj czeka. Czeka na tego, który przyjdzie, ujmie ster władzy, silną, umiejętną, sprawną dłonią. Wielki krzyk wydobywa się z piersi narodu: chcemy rządu narodowego!” – pisał w wieczornym wydaniu „Kurier Warszawski”. Nikt nie miał wątpliwości, że jest jeden tylko „mąż opatrznościowy” – Józef Piłsudski.
„W nocy strzelanina. Rano od wczesnej godziny rozbrajanie oficerów niemieckich na wszystkich rogach ulic. Ale rozbrajanie nie tylko milicja, lecz i tłum, masa broni dostaje się na pewno po prostu opryszkom. Przez cały dzień odbieranie od Niemców majątku wojskowego i przejmowanie władz cywilnych. Przez cały dzień na ulicach tłumy. Ruch tramwajowy normalny. Wszędzie samochody z naszymi żołnierzami. Piłsudski rozczarował mnie. Witany przez tłum, powiedział z balkonu, że jest chory na gardło. Cóż to w takiej chwili, w takiej chwili może kogo obchodzić” – notowała Maria Dąbrowska, dopisując po ćwierć wieku, w 1943 r.: „A teraz mi się to właśnie podoba”.
Niepodległościowy entuzjazm ogarniał też sale kinowe. Informowano, że „objaśnienia tekstowe do obrazów kinematograficznych” będą teraz tylko w języku polskim.

Ku odrodzeniu ludzkości
Wszelako nie tylko polityczno-patriotyczne wzmożenie ogarnęło mieszkańców stolicy. Działała opera i teatry, bilety były wyprzedane. Teatr Wielki wystawiał Żydówkę Halevy’ego, w Rozmaitościach Porwanie panny Morstina, w Mozaice „publiczność doskonale bawiła się na zabawnej farsie Niuniek ma hiszpankę (skądinąd Warszawa przeżywała w tych dniach szczyt epidemii hiszpanki, czym prasa się właściwie kompletnie nie interesowała).
Drobne ogłoszenia również pokazywały, że obok rwącego nurtu wielkiej historii spokojnie płynęła rzeka codzienności. Oferowano sprzedaż diamentów, kapeluszy, futer, zapalniczek, perkalu, leku na rzeżączkę, zachęcano do kursów maszynopisania, języków, a nawet „chiromancji, fizjognomiki i numerologii”. Kwitła sprzedaż i kupno wszystkiego: szaf gdańskich, kontrabasów, mundurów legionowych, waz chińskich, a nawet grobu na Powązkach. Pewien kupiec zaś, anonsował: „Chrześcijanin, 100% więcej płaci za bieliznę, garderobę, dywany”. Dziś się już o tym nie pamięta, ale wtedy „chrześcijanin” w dziedzinie handlu oznaczało „nie-Żyd”.
Najwięcej o codzienności tamtych dni mówi jednak zapewne takie oto ogłoszenie: „Filozof, najszczytniejszej wzniosłości ducha – przystojny, kawaler, szuka niepozornej kobiety, zapewniającej jakiekolwiek utrzymanie – celem twórczości myślicielskiej, skierowanej ku odrodzeniu ludzkości”.
Cóż, szły czasy nowe, pewnie niełatwe, trzeba było sobie szukać miejsca w życiu.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2024