Logo Przewdonik Katolicki

Gdy Polska wybuchła

Paweł Stachowiak
fot. OktoZ Wikipedia Jakub Krechowicz Fotolia

Polska wybuchła, zaskakując realnością swego istnienia. „Bo ni z tego, ni z owego mamy Polskę na pierwszego” – powiedział później Józef Piłsudski, dając wyraz tej niezwykłej atmosferze jesieni 1918 r.

Właśnie tak mówili ci, którzy pamiętali tamten niezwykły czas. Zawsze mnie dziwiło, gdy moja śp. babcia Maria używała tej frazy. Jak to wybuchła – myślałem. – Jak może wybuchnąć kraj, którego istnienie zdaje się być czymś oczywistym? Tymczasem tamto pokolenie, które było świadkiem historycznych dni schyłku 1918 r., powszechnie używało takiego właśnie zwrotu. Dla nich bowiem Polska była dotąd co najwyżej przedmiotem marzeń, bytem wyobrażonym. Wszyscy pamiętamy scenę z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, w której Poeta mówi Pannie Młodej: „A to Polska właśnie”, gdy ta czuje bicie własnego serca.
 
Cztery pokolenia czekały
Między październikiem 1918 r. a styczniem 1919 r. to, co było ukryte i pozostawało w sferze trudnych do ziszczenia marzeń, nabrało realnych kształtów. Pojawiły się zręby własnego państwa: urzędy, wojsko, flagi i godło, rzeczywistość, której nie mógł znać nikt z ówcześnie żyjących. Zdawało się to być cudem i wyzwoliło potężny ładunek entuzjazmu, wiary w przyszłość i poczucia nadziei.
Atmosfera tamtych dni na zawsze zapadła w pamięć tych, którzy mieli szczęście jej doświadczyć. Przywołajmy słowa Jędrzeja Moraczewskiego, który objął wówczas stanowisko pierwszego premiera odradzającej się Rzeczypospolitej: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. (…) Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swym życiu największej radości. Cztery pokolenia czekały, piąte się doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast; robotnik, urzędnik porzucał pracę, chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek, dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów”.
Takie przeżycia tworzą świadomość pokoleń, stanowią fundament tożsamości łączącej ludzi na przyszłe dziesiątki lat. Dla tych, którzy wtedy świadomie „szaleli z radości wraz z całym narodem”, nie było zapewne ważniejszego przeżycia. Polska wybuchła, zaskakując realnością swego istnienia. „Bo ni z tego, ni z owego mamy Polskę na pierwszego”, powiedział później Józef Piłsudski, dając wyraz tej niezwykłej atmosferze jesieni 1918 r.
        
Kiedy zaczęła się Polska?
Cóż tak naprawdę wydarzyło się w tamtych dniach? Czym był listopad 1918 r. dla Polaków w różnych dzielnicach, w których żyli od pokoleń? Przeżycia mieszkańców poszczególnych regionów były różne i nie dla wszystkich dzień 11 listopada był prawdziwie przełomowym. Święto narodowe ustanowiono w tym dniu znacznie później, dopiero w 1937 r. Wcześniej nie było powszechnej zgody co do tego, kiedy zaczęła swoje istnienie niepodległa Polska. Nie było bowiem tak, iż 10 listopada Polski nie było, a 12 już istniała. Budowa Niepodległej była procesem i w zależności od kryterium, które uznamy za najważniejsze, możemy o tym mówić w odniesieniu do kilku tygodni jesieni 1918 r. albo do kilku lat pomiędzy 1918 i 1921 r. Ustanowienie suwerennych struktur władzy trwało krótko, ale tworzenie terytorium państwa i jego stabilnego ustroju musiało zająć więcej czasu. Państwo nie było zatem efektem „wybuchu”, ale długiego i mozolnego trudu, który był czasem niełatwej próby dla entuzjazmu pierwszych dni niepodległości.
Pod koniec października 1918 r. czas I wojny światowej zmierzał wreszcie ku końcowi. Powszechnym było poczucie bezsensu śmierci milionów, których młode życie utonęło w błocie okopów. Stary kształt dziewiętnastowiecznej Europy przemijał, do głosu dochodziły długo tłumione aspiracje narodów i grup społecznych, które pragnęły podmiotowości, możliwości decydowania o sobie. Polacy byli jedną z tych nacji, którym wojenna apokalipsa dawała szansę przezwyciężenia fatum zależności od potężnych imperiów, które teraz waliły się jak domki z kart. Najpierw w 1917 r. runęło imperium carów, później, jesienią 1918 r., dopełnił się los dwu pozostałych zaborców: Austro-Węgier i Niemiec. Wszystkie trzy mocarstwa, które od ponad wieku stały na drodze polskich aspiracji narodowych i państwowych, poniosły klęskę.
Trudno sobie wyobrazić lepszą koniunkturę, bardziej wygrany los na historycznej loterii. Jest taka scena w pozornie błahej polskiej komedii C.K. Dezerterzy – koszary austriackiej armii, żołnierze reprezentujący całą mozaikę narodową imperium Habsburgów i dzień, gdy przychodzi wiadomość o końcu wojny oraz abdykacji cesarza oznaczającej zarazem koniec istnienia państwa, w którym już nie chcieli już żyć razem Niemcy, Czesi, Węgrzy, Chorwaci, Polacy i wiele innych narodów. Radosny tłum różnojęzycznych żołnierzy rzuca broń i rusza do swoich, „pod pierzynę”, jak wtedy mówiono, do Krakowów, Wiedniów, Prag i Zagrzebiów. Za cenę milionów ofiar wielkiej wojny historia dała szansę pójścia „na swoje” tym, którzy byli jej wcześniej pozbawieni, także i nam.
      
Pierwsza była Galicja
Jako że los dosięgnął jesienią 1918 r. najpierw Austrię, tam właśnie pojawiła się możliwość powołania pierwszych organów całkowicie suwerennej polskiej władzy. Już w końcu października powołano w Krakowie Polską Komisję Likwidacyjną z Wincentym Witosem na czele. Zaprowadziła ona polską administrację na terenach, gdzie upadła dotychczasowa władza austriacka. Nieco później, w pierwszych dniach listopada, w Niemczech wybuchła rewolucja, która obaliła monarchię i zapoczątkowała rządy republikańskie. Nowy niemiecki rząd, zdominowany przez socjaldemokratów, zdecydował się poprosić o rozejm. 11 listopada 1918 r. w lasku pod francuskim miastem Compiègne marszałek Ferdynand Foch przyjął kapitulację Niemiec. Wielka wojna dobiegła końca, drzwi do wskrzeszenia niepodległej Rzeczpospolitej stanęły otworem.
Zabór pruski był wówczas wciąż integralną częścią Niemiec. Dawny zabór rosyjski pozostawał pod kontrolą okupacyjnych wojsk niemieckich, które zajęły te tereny trzy lata wcześniej. Niemcy w 1916 r. ustanowili na tamtych ziemiach marionetkowe Królestwo Polskie, które mimo pozorów autonomii było przez nich całkowicie kontrolowane. W początku listopada 1918 r. Warszawą nadal rządził niemiecki generał gubernator Hans von Beseler, a polską administracje reprezentowała pozbawiona realnego znaczenia i autorytetu trzyosobowa Rada Regencyjna.
Rząd dusz Polaków spoczywał wtedy w ręku dwu polityków stojących na czele najbardziej wówczas wpływowych nurtów polskiego życia politycznego: Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Obu nie było w kraju. Pierwszy od lipca 1917 r. był uwięziony w twierdzy w Magdeburgu, po tym, gdy zdecydował się zerwać ze swymi dotychczasowymi sojusznikami – Niemcami. Drugi przebywał we Francji, prowadząc akcję dyplomatyczną mającą na celu uczynienie ze sprawy polskiej ważnego elementu ówczesnej politycznej gry mocarstw. Każdy z nich inaczej postrzegał zarówno drogę ku Niepodległej, jak również jej kształt. Atutem Piłsudskiego była legenda tego, który jako pierwszy już w 1914 r. rozpoczął zbrojną walkę i kontynuował ją później jako dowódca I Brygady Legionów Polskich. Na jego korzyść działało również to, że kontrolował tajną Polską Organizację Wojskową (POW), która była wówczas jedyną zorganizowaną siłą zbrojną umożliwiającą uchwycenie władzy w momencie, gdy rozsypią się potęgi zaborcze. Nie bez znaczenia było również i to, że u schyłku wojny nastroje społeczne uległy wyraźnej radykalizacji, a Piłsudski, który wciąż kojarzony był z socjalizmem, bardziej tym nastrojom odpowiadał. Siła Dmowskiego leżała przede wszystkim w tym, iż konsekwentnie, od początku wojny stał po stronie aliantów i zbudował sobie pozycję faktycznego reprezentanta Polski u boku państw zwycięskich, które miały przecież decydować o istnieniu i kształcie państwa polskiego.
      
Warszawa bez Niemców
Decydujące dni listopada 1918 r. zaczynają się siódmego dnia tego miesiąca, gdy w Lublinie powstaje pierwszy rząd polski zgłaszający aspiracje do objęcia swą władzą całego terytorium kraju. Ów rząd, na czele którego staje Ignacy Daszyński, nie reprezentuje całej sceny politycznej kraju, jest złożony z ludzi lewicy niepodległościowej, uznających autorytet uwięzionego jeszcze Piłsudskiego. Nie sprawuje realnej władzy, ma pod kontrolą jedynie Lublin i jego okolice, ale jest zwiastunem coraz większej dynamiki zdarzeń. Wiatr historii wieje w tych dniach z rzadko spotykaną siłą, już nie dni, a godziny przynoszą zmiany o epokowym charakterze.
Nowe władze republikańskich Niemiec uwalniają Piłsudskiego, który 10 listopada rano wysiada z pociągu na warszawskim dworcu. Jest w tamtej chwili mężem opatrznościowym, tak widzą go nawet jego przeciwnicy. Zdaje się jedynym, który będzie w stanie wziąć władzę i zbudować podstawy państwowości. Jedynie on, sądzi się powszechnie, ustrzeże Polskę przed wybuchem krwawej rewolucji. Następne dni i tygodnie potwierdzą te opinie i zbudują trwały fundament jego historycznego znaczenia.
Już pierwszego dnia swego pobytu w stolicy przeprowadza negocjacje z niemieckim garnizonem miasta, dzięki którym dzień później – 11 listopada – niemieccy żołnierze opuszczają miasto. Obywa się bez większych incydentów, a przecież było wówczas w Warszawie około 30 tys. niemieckich żołnierzy i urzędników, znacznie więcej niż rozbrajających ich bojowców POW. Tego samego dnia, gdy na froncie zachodnim Niemcy kapitulują przed aliantami, stolica Polski odzyskuje wolność.
Władza trafia w ręce Piłsudskiego. Władza dyktatorska, nie ma bowiem jeszcze żadnych organów państwa, które znajduje się dopiero w zarodku swego istnienia. Przyjmuje on tytuł Naczelnika Państwa, nawiązując w ten sposób do Tadeusza Kościuszki – Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej z dni upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W ten sposób przerzucony zostaje symboliczny most między dwoma wcieleniami polskiej państwowości, utraconej przed ponad stu laty i odradzającej się teraz.
 
---
„Cztery pokolenia czekały, piąte się doczekało”, pisał Moraczewski. Nie powinien nas więc dziwić entuzjazm tamtych dni, gdy wydawać się mogło, że nowa Polska będzie Polską „szklanych domów”, wolną od zła, które sprowadzili na nas „obcy”. Dziś, po stu już niemal latach, wiemy, jak naiwna była ta wiara, jak wiele rozczarowań przyniosła. Inaczej być nie mogło. Wspomnienie o dniach, kiedy Polska wybuchła pozostało jednak na wiele dziesięcioleci trwałym składnikiem pamięci pokolenia, wzmacniającym świadomość wartości własnego państwa i wolę jego obrony.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki