Logo Przewdonik Katolicki

Odebrana nadzieja

Paweł Stachowiak
Kolejka przed sklepem papierniczym w Warszawie, styczeń 1982 r. Wyzwania codziennej egzystencji przytłaczały i tłumiły nastroje opozycyjne fot. WOJTEK LASKI/EAST NEWS

Młodzież, która podczas papieskiej pielgrzymki w 1979 r. skandowała: „Zostań z nami”, w 1987 r. wołała: „Zabierz nas ze sobą”. Być może to jest największy grzech autorów stanu wojennego: stłumili nadzieję i odebrali wiarę w przyszłość.

Minęło 40 lat. Nie do wiary – powie każdy, kto świadomie przeżywał tamte dni. Niektórych zbudziło walenie w drzwi, inni wysłuchali przemówienia generała, niektórzy spostrzegli, że nie ma „Teleranka”. Byli i tacy, którzy wstali około południa i przetarłszy oczy, pojęli, że coś się stało. Mnie, ucznia liceum, zbudziła tamtego poranka mama, mówiąc: „Jest wojna”. Owszem, nie była to wojna, jaką znaliśmy z Czterech pancernych i historii Klossa. Jednak w następnych dniach, tygodniach i miesiącach mieliśmy doświadczyć rzeczywistości wojny z własnym społeczeństwem.
Różna jest pamięć Polaków o stanie wojennym. Mieszkańcy dużych miast, osoby zaangażowane w ruch „Solidarności”, zdeklarowani oponenci komunistycznej władzy, nie mają do dziś wątpliwości, czym był stan wojenny. Stłamszenie wolnościowych aspiracji, zniszczenie ducha swobody, zduszenie pierwocin rodzącego się społeczeństwa obywatelskiego. Każdy, kto świadomie przeżywał tamte dni „karnawału Solidarności”, wie, o czym piszę.

Romantyczne ideały kontra beznadziejna codzienność
Jednak czy ten duch przebudzonej wolności, poczucie, że „jesteśmy wreszcie u siebie”, był powszechnym doświadczeniem Polaków? Nasza pamięć o tamtych dniach jest wciąż formowana przez wspomnienia tych, którzy zaangażowali się wówczas w „Solidarność” i kształtowali społeczny opór. Pomyślmy jednak, ilu ich było? Czy stanowili większość? A może w rzeczywistości większością byli ci, którzy ponad wszystko pragnęli stabilizacji i bezpieczeństwa, aprobując pacyfikacyjne działania władz? Oczywiście mieliśmy po wprowadzeniu stanu wojennego przejawy buntu i niezgody, strajki w zakładach przemysłowych, demonstracje uliczne, drugi obieg wydawniczy, księży kapelanów „Solidarności” etc. Była jednak również mało dostrzegalna milcząca większość, zwykli Polacy zatroskani o swój codzienny byt, ostrożni, niewychylający się. Dla nich stan wojenny był przywróceniem tego, co znali i co akceptowali, dominacji wszechwładnej instytucji – partii, do której zawsze można się zwrócić i poskarżyć. Odbierającej wolność, ale za cenę utrzymania bezpieczeństwa. Dla nich stan wojenny był końcem chaosu, bo właśnie chaosem zdawała się wielu Polakom rzeczywistość „karnawału Solidarności”. Może to zwłaszcza bezpieczeństwa, stabilności i orientacji w otaczającym świecie potrzebują ludzie – bardziej aniżeli wolności w najszerszym jej rozumieniu?
Stan wojenny był szczególnym czasem, podczas którego szczytne, romantyczne ideały, zostały skonfrontowane z codziennością nudy i beznadziei. Niewielu wierzyło, że sowieckie imperium dożywa swych dni. Młodzież, która podczas papieskiej pielgrzymki w 1979 r. skandowała: „Zostań z nami”, w 1987 r. wołała: „Zabierz nas ze sobą”. Nie było nadziei – tej, która była tak poruszająca podczas „karnawału Solidarności” w 1980 i 1981 r. Po 13 grudnia wszystko wróciło w dawne koleiny. Cały wcześniejszy entuzjazm, aktywność i wiara, upadły. Komunistyczna władza pokazała, że społeczna, oddolna aktywność nic nie znaczy – pozostaje naga siła. Rozczarowanie, brak perspektyw i upadek nadziei, kierowały najbardziej zaangażowanych Polaków ku emigracji, ku poszukiwaniu szans i możliwości w dalekich krajach. Wyjechały setki tysięcy ludzi, zdolnych, aktywnych, jakże potrzebnych Polsce. Być może to jest największy grzech autorów stanu wojennego: stłumili nadzieję, odebrali wiarę w przyszłość, zamknęli nas ponownie w przestrzeni braku wolności, zatrzymali ten niezwykły ruch stworzony po sierpniu 1980 r.
Doświadczenia aktywnych działaczy „Solidarności” oraz ludzi kultury i nauki, dziennikarzy i nauczycieli, wszystkich, do których drzwi załomotali w grudniową noc milicjanci, zomowcy i żołnierze, były świadectwem wojny, którą władza wszczęła z najszlachetniejszymi przedstawicielami społeczeństwa. Jednak stan wojenny był również trudnym doświadczeniem dla tzw. zwykłych ludzi, którzy stanęli wobec wyzwań życia codziennego, przecież i tak w PRL-u niełatwych.

Dwie Polski
Można patrzeć na codzienność tamtego okresu z dwojakiej perspektywy. Pierwszą jest ta większych miast, ośrodków przemysłowych, które były bastionami „Solidarności”, w których rozkwitły w poprzednich miesiącach rozliczne inicjatywy i gdzie intensywnie tworzyło się społeczeństwo obywatelskie. Należy jednak dostrzec również drugą perspektywę: małomiasteczkową i wiejską. Tam duch „karnawału Solidarności” był słabszy, wiele osób miało skłonność widzieć to, co działo się w Polsce po sierpniu 1980 r., raczej jako chaos i bezhołowie. Bezpieczeństwo i stabilność zdawały się wielu Polakom wartościami ważniejszymi aniżeli wolność, którą postrzegali jako rozpasanie.
Zamieszanie w głowach ludzi potęgowała komunistyczna propaganda. Nagłaśniano wypowiedzi „zwykłych ludzi” uradowanych „przywróceniem w kraju spokoju”. Prasa partyjna pisała o bojówkach „Solidarności” organizowanych „na modłę faszystowską, składających się w większości z opłacanych kryminalistów i osobników marginesu społecznego”. Telewizja pokazywała na przemian reportaże wyjaśniające powody wprowadzenia stanu wojennego (przygotowania „ekstremy Solidarności” do powstania antysocjalistycznego, rzekome składy broni w zakładach pracy itd.) i radosne relacje ukazujące normalizację życia w Polsce.
Jak pisał wybitny dziennikarz Dariusz Rosiak: „Po 13 grudnia polskie społeczeństwo było wyraźnie podzielone, wbrew mitom opozycyjnym w aktywnej działalności antykomunistycznej brała udział wąska grupa Polaków skupiona głównie w wielkich miastach, na uczelniach i w dużych zakładach pracy. Jeszcze mniej Polaków aktywnie popierało komunistów. Odczucia skrajne i chęć jakiejkolwiek aktywności społecznej szybko zaczęły ustępować ogólnej depresji i poczuciu absurdu, którym wypełnione było życie zdecydowanej większości narodu”.

„Kartki na kartki”
W poniedziałek 14 grudnia ubrany w przyciasny mundur spiker telewizyjny rozpoczął wieczorny „Dziennik” słowami: „Mija drugi dzień stanu wojennego i jego pierwszy dzień codzienny”. Składać się na ową codzienność miały duże i małe przejawy oporu, ale przede wszystkim walka o zapewnienie rodzinom podstawowych warunków życia: jedzenia, ubrania, warunków do pracy i nauki. Owszem, istniała sfera nielegalnej działalności konspiracyjnej: struktury podziemnej „Solidarności”, drukarnie i komitety, powszechnie słuchano Wolnej Europy, noszono w klapach oporniki, spacerowano w godzinach nadawania „Dziennika”, wznoszono podczas „Mszy za Ojczyznę” ręce ze znakiem „V” itp., jednak wszystko coraz bardziej pogrążało się w dusznej atmosferze codziennego upodlenia.
W sytuacji braku niemal wszystkiego – poza octem i groszkiem konserwowym – władza stworzyła niezwykle skomplikowany, niekiedy wręcz absurdalny, system zapewniający możliwość nabycia podstawowych produktów. Już przed stanem wojennym rozszerzono zakres artykułów sprzedawanych na kartki. Po 13  grudnia system kartkowy obejmował sprzedaż mięsa, mąki, ryżu, masła, czekolady, cukru, papierosów, alkoholu, benzyny i środków czystości. W 1982 r. wprowadzono kartki na buty, jak również „kartki na kartki”, czyli tzw. karty zaopatrzeniowe, których odbiór odnotowywano w dowodzie osobistym. Zgubienie karty zaopatrzeniowej oznaczało przepadek prawa do  korzystania z kartki właściwej.
Niech Czytelnicy pozwolą na osobiste wspomnienie. Latem 1982 r. byłem jako uczeń liceum na obozie wędrownym w Tatrach. Już pierwszego wieczora w zakopiańskim Domu Turysty, pod prysznicem, ktoś „zwędził” mi kostkę mydła. Mydło było na kartki, nie było szans, aby kupić nowe, a tu dwa tygodnie na tatrzańskich szlakach. Powstał cały system pomocy, codziennie wieczorem inna osoba użyczała mi swojego mydła i tak dotrwaliśmy do końca obozu we względnej higienie. Historia, jak z Barei, ale przecież prawdziwa.
„Załatwić”, „zorganizować” to słowa fetysze tamtych czasów. Można było wtedy całkiem nieźle żyć, mieć dostęp do deficytowych dóbr, które inni musieli „wystać” w kolejkach, jeśli funkcjonowało się w sieci nieformalnych układów i zależności. Ekspedientki w sklepach z deficytowymi towarami, pracownicy zajmujący się dystrybucją przydziałów kartkowych – nie trzeba było wcale być na eksponowanych stanowiskach, aby zapewnić sobie możliwość lepszej egzystencji.

Jak walczyć, gdy garnek pusty?
Skomplikowany i nieoczywisty system dystrybucji deficytowych – a zatem niemal wszystkich – towarów, owocował surrealistycznymi sytuacjami. W 1983 r. interwencyjny sztab zaopatrzeniowy w Łodzi zezwolił na zakup sześciu świeżych jaj na dodatkowy odcinek kartki na buty. Na Wybrzeżu za 300 kapsli od wody sodowej można było kupić jedną parę majtek, a w Warszawie można było wymienić zużytą garderobę na papier toaletowy (do 21 rolek). Papier toaletowy występował w jednym gatunku, zrobiony był z szarego papieru, w którym niekiedy można było znaleźć sęki. Popularnie zwany był papierem ściernym. WSS Społem w Warszawie wprowadziła wymianę 15 butelek 0,5 litra z gwintem po wyrobach spirytusowych na możliwość zakupu pół litra wódki poza kartką. Zapewnienie codziennego bytu rodzinie było zadaniem wymagającym zaangażowania, inwencji, orientacji w absurdalnej rzeczywistości.
Jednymi z najbardziej dotkliwych restrykcji wprowadzonych w czasie stanu wojennego było uniemożliwienie swobodnego poruszania się, co wiązało się z wprowadzeniem godziny milicyjnej oraz zakazem opuszczania stałego miejsca pobytu. Aby móc wyjechać do innego województwa, a nawet do sąsiedniego miasta, niezbędne było uzyskanie specjalnej przepustki – zezwolenia na zmianę pobytu stałego lub czasowego. Po przybyciu na miejsce należało się niezwłocznie zameldować. Realia stanu wojennego prowadziły więc do zerwania kontaktów rodzinnych i przyjacielskich, szczególnie wobec zbliżających się świąt Bożego Narodzenia.
Przy ponad dwudziestostopniowym mrozie nie rozwożono mleka, ponieważ pękały butelki. Zrobienie świątecznych zakupów stało się prawdziwym wyzwaniem. Kolejki klientów wiły się ulicami, a przemarznięci ludzie przytupywali z zimna i cierpliwie czekali na towar. Jeśli pojawiały się ryby, szybko znikały ze sklepów, a po karpie ustawiały się kilkusetmetrowe kolejki. Wyzwania codziennej egzystencji przytłaczały, tłumiły nastroje opozycyjne. Jakże poświęcać się walce o wolność, jeśli nie ma czego do garnka włożyć?

Stan wojenny jest ważnym elementem naszej zbiorowej pamięci, postrzeganym często w ramach tradycji romantycznej. Symbolika, rytuały, pieśni i poezja budują przeświadczenie, że ten czas był kontynuacją epoki powstań narodowych, ducha gloria victis. Póki jego realia trwają w pamięci tych, którzy ich doświadczyli i potrafią oddzielić mit od rzeczywistości, możemy konfrontować legendę i rzeczywistość. Wkrótce nie będzie to już możliwe. Dlatego jest ważnym, aby dostrzegać w rzeczywistości tamtej epoki, która coraz bardziej ulega mitologizacji, realne problemy naszych matek i ojców, którzy musieli żyć pomiędzy wyzwaniami codzienności i pragnieniem wolności.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki