Logo Przewdonik Katolicki

Po nitce do Peru

Agata Bobryk
Haftowanie jest bogactwem Peru, kultywowanym od wieków, a włókna, zwłaszcza alpaki, są rozpoznawane i cenione na świecie fot. Vibe Images/Adobe Stock

Trzy lata po powrocie do Polski Ewelina nadal nie potrafi wyrzucić z głowy obrazów peruwiańskiego rzemiosła. Decyduje się na ryzykowny krok – zakłada markę odzieżową, która ma promować kulturę Peru oraz wspierać jego mieszkańców.

Peruwiańskie targowiska eksplodują kolorami tkanin. Chusty, poncza, swetry, czapki. Ewelina Buś, misjonarka Domu Serca, ogląda je oczarowana. Peruwiańczycy są mistrzami tkactwa. Nic dziwnego: stoi za nimi licząca około trzech tysięcy lat tradycja włókiennicza. W muzeach w Limie, stolicy Peru, przechowywane są m.in. fragmenty tkanin z 900 r. przed Chrystusem czy haftowany płaszcz, datowany na 600 lat przed Chrystusem. Tkactwo było ważnym elementem kultury Inków, których potomkami są współcześni Peruwiańczycy.
Do czasu podboju przez konkwistadorów Inkowie nie posługiwali się alfabetem w naszym rozumieniu tego pojęcia. Pewne informacje zapisywano za pomocą kipu, czyli wiązek wielobarwnych sznurów, na których zawiązywano w odpowiednych miejscach węzły, a także tkanin. Istnieje teoria, że tocapu, czyli wzory na planie kwadratu zapełnione geometrycznymi kształtami, są w rzeczywistości nierozszyfrowanym dotąd „zaginionym” pismem Inków. Niestety, mimo barwności tej hipotezy, mocnych dowodów brakuje. Faktem jest jednak, że dzięki wzorom znanym w języku keczua jako pallay potomkowie Inków przechowali pamięć o pewnych wydarzeniach i wierzeniach. Przykładowo, mocno zgeometryzowany symbol przedstawiający cztery konie i człowieka pomiędzy nimi odnosi się do egzekucji Tupaca Amaru II (1738–1781), dowódcy powstania przeciwko Hiszpanom, który został rozwleczony końmi. Rdzenni mieszkańcy, za których walczył, mieli o nim zapomnieć. Tak się jednak nie stało. To, o czym ludziom nie wolno było głośno mówić, opowiadały sploty.
Trzy lata po powrocie do Polski Ewelina nadal nie potrafi wyrzucić z głowy obrazów peruwiańskiego rzemiosła. Decyduje się na ryzykowny krok – zakłada markę odzieżową, która ma promować kulturę Peru oraz wspierać jego mieszkańców. Dziś piętnaście miesięcy spędzonych na misjach w Limie wspomina jak sen. Jego początek nie należał jednak do łatwych.

PZ-3-fot-Ewelina-Bus.jpg

Wolontariusze Domu Serca w gościnie u przyjaciół, fot. Ewelina Buś

Witaj przygodo?
– Nie miałam takich wielkich, czystych pragnień jak moi rówieśnicy, z którymi przygotowywałam się na wolontariat. Nie myślałam o tym, że ktoś tam może mnie potrzebować. To ja czegoś potrzebowałam. Nie chcę się wybielać – śmieje się Ewelina.
W 2016 mija rok, jak mieszka w Warszawie. Skończyła studia i zaczęła pracę w instytucji zajmującej się prawami dziecka. Coś jednak ją gna. Może podróż dookoła świata? Rok przerwy, żeby złapać dystans? Albo połączyć ten wyjazd z czymś głębszym i pójść za młodzieńczym pragnieniem misji? Zaczyna szukać i trafia na ulotkę Domów Serca.
Międzynarodowa wspólnota posiada 40 domów w ubogich dzielnicach miast w 26 krajach świata. Pobyt wolontariuszy jest długi, a jego ważnym aspektem jest poznawanie miejscowej kultury. Bingo. W liście pod koniec formacji Ewelina pisze, że chciałaby wyjechać do Salwadoru, kraju nękanego przez działalność gangów. Im więcej adrenaliny, tym lepiej. Przełożeni wspólnoty mają jednak inne plany. Zamiast do Salwadoru, Ewelina zostaje posłana do Peru, a tam jej wyobrażenia dotyczące wyjazdu zostają przekreślone.

PZ-4-fot-Ewelina-Bus.jpg

– Każde spotkanie mnie czegoś uczyło – opowiada Ewelina. – Bardzo często rewidowało jakieś moje wcześniejsze osądy. Za wyborami, które wcześniej bym potępiła, często stały bardzo skomplikowane historie. Zawsze mam w pamięci spotkania z Victorem i Rosą. Victor był młodszy od Rosy o 20 lat. Nie byli małżeństwem, ale bardzo długo żyli ze sobą razem. Przez ćwierć wieku mężczyzna opiekował się Rosą, która była sparaliżowana. Zawsze zastanawiałam się, jak można kochać tak mocno, skoro nie łączyło ich ani małżeństwo, ani dzieci, bo ich nie mieli, ani bogactwo, bo mieszkali w jednej izdebce z łóżkiem  w środku. Jak można aż tak kochać?,
 fot. Ewelina Buś


Mały dom i miasto moloch
Tłok, hałas, chaos – Limę trudno polubić. Nikt nie wie dokładnie, ilu ma mieszkańców. Szacunki wahają się od 10 do 15 mln ludzi. W metropolii rozlewającej się między oceanem na zachodzie a pasmem Andów na wschodzie mieszka około jednej trzeciej populacji całego kraju. Bogactwo splata się tu z biedą.
Turyści zwykle spędzają w stolicy Peru dzień lub dwa, żeby zobaczyć historyczne centrum Limy z wybudowaną na polecenie Pizarra monumentalną katedrą św. Jana Ewangelisty. Nie odwiedzą slumsów wyrastających na okolicznych wzgórzach, które widać ze starego miasta, ani nie przejdą się uliczkami ubogiej dzielnicy Nueva Rinconada, którą od bogatej Casuarinas dzieli trzymetrowy mur zwany Ścianą Wstydu.
Dom, do którego trafia Ewelina, mieści się w Ensenada de Chillon. To nowa dzielnica na północy Limy. Około 30 lat temu zaczęli osiedlać się mieszkańcy górskich miejscowości. Przybyli do metropolii, uciekając przed partyzantami z komunistycznego Świetlistego Szlaku, którzy w latach 80. rozpętali w Peru rewolucję ludową. W Ensenada de Chillon jest bezpiecznie, choć ubogo. Dom Serca różni się od sąsiednich tylko dwoma szczegółami: kaplicą z Najświętszym Sakramentem, a także tym, że jego drzwi są zawsze otwarte.

PZ-5-fot-Ewelina-Bus.jpg

Panorama dzielnicy Ensenada de Chillon. Woda została poprowadzona do dzielnicy dopiero 10 lat temu i wciąż jest dobrem nieoczywistym. Lima leży na pustyni. Kiedy spada poziom wód gruntowych, wodociągi dostarczające wodę ubogim dzielnicom są zakręcane, aby z kranów mieszkańców bogatych dzielnic nadal mógł płynąć wartki strumień. W 2018 r. szacowano, że około 1,5 mln ludzi nadal było uzależnionych od dostaw wody z prywatnych cystern, która w przeliczeniu na metr sześcienny kosztowała nawet 15 razy więcej od wody miejskiej, fot. Ewelina Buś

Misja „obecność”
Jakie są główne zadania wolontariuszy? – Zabawa z dziećmi i odwiedzanie przyjaciół – odpowiada Ewelina. – Odwiedzanie przyjaciół? – dopytuję. – Tak. Po prostu chodzimy i odwiedzamy ludzi. Na początku bardzo mnie to irytowało. Nie wiedziałam, co ja tu robię. Miałam mnóstwo pomysłów na usprawnienie naszej wspólnoty czy polepszenie życia mieszkańców dzielnicy. My tu sobie tak po prostu siedzimy i rozmawiamy, a ja mogłabym zrobić tyle rzeczy. Chciałam już wracać do Polski, ale powiedziałam Bogu, że skoro to On mnie tu przywiódł i On chce, żebym została, to musi przemienić moje serce, bo ja sama nie dam rady. Po trzech miesiącach pobytu coraz mniej rzeczy mnie denerwowało. Nie stało się nic przełomowego. Po prostu zaczęłam czuć się jak w domu.
Wolontariusze splatają swoje losy z codziennością dzielnicy. Zapraszają rodziny na obiady i sami są zapraszani. Odwiedzają sierocińce, domy poprawcze, ośrodki opiekuńcze dla osób z niepełnosprawnościami. Razem z ludźmi śmieją się i płaczą. Tworzą więzi.
– Wolontariuszy Domów Serca często porównuje się do Maryi, która stoi pod krzyżem Jezusa. Tak samo jak Maryja wolontariusze uczestniczą w ludzkich cierpieniach, nie mogąc zrobić więcej, niż tylko być. Sama obecność jest już jednak wsparciem – tłumaczy Marta Krysiak, która w Domu Serca w limańskiej dzielnicy Barrios Altos spędziła 18 miesięcy. – My tracimy z ludźmi czas. Tracimy czas w cudzysłowie, bo każdy człowiek jest cenny. Ludzie wpuszczają nas do swojego życia. Czasami przychodziliśmy w odwiedziny do przyjaciół, a oni wołali nas, żebyśmy obejrzeli z nimi ulubiony serial, który właśnie leciał w telewizji. Odcinek się kończył i zaczynaliśmy rozmawiać. W Peru była wtedy moda na tureckie seriale. Całkiem dobrze się w nich orientowałam – śmieje się.

PZ-9-fot-Ewelina-Bus.jpg

– Kiedyś widziałam na ulicy pewnego pana, który sprzedawał z obwoźnej budki wyciskany na miejscu sok pomarańczowy. Ulicą szła jakaś kobieta. Spotkali się wzrokiem i on nagle porwał ją do tańca – opowiada Marta. Nie wiem, czy się znali. Przetańczyli kilka metrów chodnika, a potem rozeszli się każde w swoją stronę. Peruwiańczycy są bardziej bezpośredni od nas. Nie boją się tego, co powiedzą inni, fot. Ewelina Buś

„Ani jedna mniej”
Peruwiańskie tkaniny składają się z żywych kolorów często dobranych zgodnie z zasadą kontrastu. Podobnie jest z życiem. Peruwiańczycy kochają świętować, bawić się, spotykać z przyjaciółmi. Są otwarci i bezpośredni. Mimo problemów nie opuszcza ich radość. Tych jest  całkiem sporo: niski poziom edukacji publicznej oraz służby zdrowia, problemy z dostępem do wody, nierówności społeczne, a także chyba najbardziej bolesny problem – przemoc wobec kobiet.
W górskich terenach Peru popularne jest porzekadło „Mas te amo, mas te pego”, czyli „Im bardziej Cię kocham, tym mocnej biję”. Według statystyk prokuratury w Peru w 2016 r. 68 proc. kobiet w wieku 15–49 lat, które były kiedykolwiek w związku, doświadczyło przemocy psychicznej, fizycznej, w tym seksualnej ze strony partnera. Media wciąż donoszą o kolejnych przypadkach feminicidios, czyli morderstw kobiet, których przyczyną była jedynie płeć ofiary. Za ten stan rzeczy w dużej mierze obwinia się kulturę macho. Mężczyzna musi być silny, niezależny i władczy. Powinien udowadniać innym mężczyznom oraz samemu sobie swoją męskość. W jaki sposób? Poprzez agresję i przemoc, szczególnie wobec kobiet.
– Brakuje dobrych wzorów męskości. Dzieci wychowują się z samymi kobietami, matkami, ciociami, babciami. Ich ojcowie pojawiają się i znikają – zauważa Marta. – „Nasze” dzieci mówiły, że ich ojcowie wyjechali za pracą do USA lub Meksyku. Szczególnie chłopcy potrzebują wzoru, pokazania, że mężczyzna może być w porządku wobec innych ludzi.
Peru to nie jedyny kraj Ameryki Łacińskiej, w którym kobiety są źle traktowane. W 2015 r. w Argentynie zaczął działać ruch Ni Una Menos, dosłownie „Ani jedna mniej” – nawet jeżeli będzie o jedną ofiarę przemocy mniej, to nie wystarczy. Rok później pod hasłami ruchu na ulice Limy wyszło także około 50 tys. Peruwianek i Peruwiańczyków.
– Większość kobiet, które spotkałam, doświadczyło jakichś form przemocy. Czułam się w obowiązku, żeby coś z tym zrobić – mówi Ewelina. – Wiedziałam, że dzięki pracy i własnym pieniądzom choć te kilka kobiet będzie miało większą niezależność, poczucie własnej wartości. Kobiety często pozostają w przemocowych związkach, bo nie mają innego wyjścia.

PZ-7-fot-Ewelina-Bus.jpg

Jednym z zadań wolontariuszy jest sprawienie, aby dzieci poczuły się… dziećmi. – W Limie dzieci są często zaniedbane. Ojców brakuje, a matki muszą pracować, żeby utrzymać całą rodzinę. Dzieci wychowuje ulica – opowiada Marta, fot. Ewelina Buś

Ubranie, które ma imię
Powrót do Polski jest niezwykle trudny. – Wielu wolontariuszy, w tym ja, na początku próbuje żyć w dwóch światach, utrzymywać bliskie kontakty z misją – opowiada Ewelina. – Czułam ogromny dług wdzięczności wobec tamtych ludzi. Podziwiałam ich. Mimo przeciwności losu Peruwiańczycy zawsze powtarzają, że trzeba iść do przodu. Przebaczaj i idź do przodu. Idź do przodu.
Z wdzięczności oraz zachwytu nad kulturą Peru rodzi się pomysł na założenie marki odzieżowej. Ewelina chce połączyć chęć promowania peruwiańskiego rzemiosła z pragnieniem pomocy ludziom. Nawiązuje współpracę z miejscową firmą zatrudniającą pracowników w duchu sprawiedliwego handlu oraz ochrony dziedzictwa technik szycia i haftu. Szwaczki i szwacze mieszkają w wiosce w ubogim regionie Puno, leżącym wokół jeziora Titicaca. Głównie są to kobiety z plemion Keczua i Ajmara, ale jest również kilku mężczyzn. Na każdym swetrze jest wyszyte imię osoby, która go zrobiła. Aby klienci pamiętali, że za każdym produktem stoi konkretny człowiek.
– W Peru zaczęłam więcej rozumieć – mówi. – Najstraszniejsza nie jest przemoc ani niesprawiedliwość. Nie to, że ktoś powinien dostać się do lekarza, a nie może, albo że ktoś powinien iść do szkoły, ale jego rodzic nie chce go posłać, chociaż tłumaczysz mu to już setny raz. Nie choroby i nie cierpienia. Najstraszniejsza jest samotność. To, że ktoś jest z cierpieniem sam. 

PZ-8-fot-Ewelina-Bus.jpg

Jedna z pływających wysp Uros na jeziorze Titicaca. Według legend przodkowie ludu Uros mieszkali na tych wyspach jeszcze zanim narodziło się słońce, fot. Ewelina Buś

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki