Logo Przewdonik Katolicki

Siła solidarności

Łukasz Głowacki
Eksplozja zdmuchnęła szyby w budynkach znajdujących się w pobliżu portu. Niektóre nie zostały odnowione do dzisiaj fot. Łukasz Głowacki

Polacy byli jednymi z pierwszych, którzy przyszli z pomocą pogruchotanym dzielnicom Bejrutu. Mimo iż od wybuchu w tamtejszym porcie minął już niemal rok, skala potrzeb Libańczyków wcale się nie zmniejszyła. Bo ubiegłoroczny dramat wcale nie jest największym problemem, z jakim borykają się chrześcijanie w Libanie.

Niedzielne, letnie popołudnie. Podbejrucka autostrada wiodąca wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Nagle po prawej stronie puchnie korek. Najpierw jeden pas, potem drugi, wreszcie trzeci. Wypadek? Zjazd z autostrady? Kontrola drogowa? – To kolejka po paliwo – tłumaczy kierowca. I rzeczywiście: po 10 minutach mijamy oblepioną mrowiem ludzi stację benzynową. Z jednej strony kłębią się skutery, z drugiej trzy grosze dorzucają podenerwowani kierowcy samochodów. Wszyscy, jak kania dżdżu, łakną benzyny. Ta jest jednak sprzedawana w niewielu stacjach, w dodatku reglamentowana. Do jednego baku można wlać 10 litrów i basta. Niektórzy na dojazd do dystrybutora, który sprzedaje paliwo (a potem stanie w ponadgodzinnym korku), marnują prawie połowę tego, co zatankują.
Mar Michael – dzielnica Bejrutu, która znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie portu. Można się założyć, że jej mieszkańcy znają polską flagę lepiej niż flagi wielu potężnych państw świata. Wszystko dzięki malutkiej, łódzkiej organizacji Domus Orientalis, nieco większej Caritas Archidiecezji Łódzkiej oraz setkom darczyńców. I zaufaniu, jakim Polaków obdarzyli Libańczycy.

Eksplozja
4 sierpnia 2020 r., godzina 17.55. Portowa straż pożarna pędzi do pożaru, który wybuchł w jednym z magazynów. Dopiero na miejscu orientuje się, że pożoga przybrała rozmiary gargantuiczne. Trzeba wezwać wsparcie. O godzinie 18.08 dochodzi do potężnej eksplozji. Strażacy nie mają żadnych szans na przeżycie. W wyniku wybuchu ginie ponad 200 osób, do szpitali trafia prawie 8 tys.
Fala uderzeniowa kruszy tysiące okien w promieniu kilku kilometrów, w jednej chwili dach nad głową traci około 300 tys. ludzi. Część impetu bierze na siebie potężny elewator zbożowy, który ratuje pół Bejrutu przed zniszczeniami. Nie dzieje się to jednak bez konsekwencji. Liban traci strategiczne zapasy zboża, które od lat przechowywane były w tej czechosłowackiej budowli.
Ks. Przemysław Szewczyk, szef stowarzyszenia Domus Orientalis, spaceruje sobie wtedy po wybrzeżu, w pobliżu słynnych Gołębich Skał, jakieś 7 kilometrów od portu. Oczywiście słyszy wybuch. W końcu dał się on we znaki nawet mieszkającym jakieś 230 kilometrów dalej Cypryjczykom. – Najpierw przez głowę długo przewijały się myśli: atak terrorystyczny czy nalot? Jakie będą konsekwencje? Czy czasem nie zaczyna się właśnie jakiś poważniejszy konflikt? – wspomina. – Zacząłem się martwić o naszych libańskich przyjaciół, czy nikt z nich nie ucierpiał? – dodaje.
Ekipa Domus jest w Bejrucie od kilku dni. Cel wizyty bardzo konkretny: przygotować podwaliny pod stworzenie Domu Polskiego, którego zadaniem będzie promocja polskiej kultury i przybliżanie kultury libańskiej Polakom. Na początek wakacyjne kursy arabskiego. Partnerem ma być miejscowe seminarium Redemptoris Mater, formujące kapłanów dla neokatechumenatu w całym regionie.
Charbel, kierowca Ubera, podczas wybuchu jest z dala od domu. – Najpierw słychać było jeden wybuch, cichy. A potem drugi, potężny. Dałbym głowę, że tuż przed nim słyszałem odgłos przelatującego samolotu. Myślałem, że to bombardowanie i zaczyna się kolejna wojna z Izraelem – opowiada, przy okazji zręcznie unikając zderzeń z wszędobylskimi kierowcami skuterów.
Nie jest w tych wspomnieniach osamotniony. Początkowo wielu bejrutczyków myśli, że wybuch jest konsekwencją działań zbrojnych. – Słyszałam samolot. Bardzo wyraźnie. Z dużym dystansem podchodzę do oficjalnych tłumaczeń – mówi Fatima, której mąż znajdował się bardzo blisko wybuchu i do domu dotarł dopiero po kilku godzinach. – To były zgliszcza, jak po wojennych bombardowaniach. To dokładnie tak wyglądało – dodaje.

2M5A0692.jpg
Rodzice Ralpha przy kapliczce, którą wybudowali ku pamięci swojego syna, jednego ze strażaków fot. Łukasz Głowacki

Na zgliszczach
Po kilkunastu godzinach świat przyjmuje do wiadomości, że przyczyną jest eksplozja w magazynie przechowującym saletrę amonową. A w Bejrucie trwa akcja ratownicza. Pożar jest już ugaszony, ale setki tysięcy rodzin nie mają gdzie spać. Do kościoła św. Michała, zniszczonego w wyniku wybuchu, przychodzą wierni, rozglądając się za pomocą. Docierają też wolontariusze, głównie z dzielnic, które ominął impet eksplozji. Na początek jest sprzątanie gruzu, odłamków szkła, sprawdzanie zakamarków w poszukiwaniu ewentualnych ofiar.
– Dzięki Bogu nikt nie zginął, chociaż w tym czasie byliśmy na Mszy św. Wrażenie było takie, jakby spadł na nas sufit – wspomina ks. Elia Mouannes, proboszcz parafii. Do dzisiaj na kościelnej posadzce widać ślady odłupanych przez wstrząsy fragmentów betonowej konstrukcji, które z impetem uderzały w podłogę. Ocalał tylko jeden witraż, który stoi teraz w jednej z kaplic.

2M5A0782.jpg

Pozostałości silosów zbożowych, które uratowały przed zniszczeniem połowę Bejrutu fot. Łukasz Głowacki

Zaufanie
– Mieliśmy z sobą dolary, przeznaczone na planowaną podróż do Syrii, w której prowadzimy  projekty pomocowe. Ale było oczywiste, że nigdzie z Libanu się nie ruszymy, a te pieniądze tutaj są dużo bardziej potrzebne – mówi ks. Szewczyk. Szybko zapada decyzja: jedziemy do Mar Michael.
– Polacy pojawili się dwa dni po wybuchu. Szczerze mówiąc, było to dla mnie bardzo zaskakujące – przyszedł ktoś, kto nie prosił o pomoc, ale tę pomoc zaoferował i od razu dał kilka tysięcy dolarów – wspomina ks. Elia.
Ta konkretna postawa bardzo się „opłaciła”. Domus Orientalis nie jest bowiem organizacją, która może rywalizować wielkością zaangażowanych środków z międzynarodowymi organizacjami pozarządowymi, zasilanymi przez potężne firmy i organizacje. Nastawia się na precyzyjne wsparcie, adresowane do naprawdę potrzebujących rodzin, oparte na bezpośrednim kontakcie. Tą postawą Polacy „kupili” zaufanie – walutę niewymienialną na żadną inną.

2M5A0509.jpg

Elie, mimo wyremontowanego lokalu, jeszcze nie może zarabiać na życie. W dobie kryzysu jego usługi nie są zbyt popularne fot. Łukasz Głowacki

Konkret
Natychmiast powstaje zespół roboczy złożony z ks. Szewczyka, Macieja Mirowicza (który od tamtego czasu mieszka głównie w Bejrucie) oraz Sumar, Amal i Chadiego. Sumar, piękna prawniczka, odpowiada za kontakty z mieszkańcami, Amal kontroluje finanse i wspiera Sumar, a Chadie – kosztorysuje, kupuje materiały i prowadzi prace.
Kilka dni po wybuchu trzeba działać szybko i konkretnie: zbliża się zima, która w Libanie oznacza wiatry i deszcze, a w zdecydowanej większości domów nie ma szyb. Impet eksplozji zrujnował też drzwi i okiennice, często zerwał dachy albo naruszył ich strukturę. Bez remontów mieszkania będą zalewane i zniszczeją. Polsko-libańska grupa ma zatem jedno zadanie: odwiedzać poszkodowanych i oferować im konkretną pomoc.
Trzymając się prawdy, nie można napisać, że wybuch w porcie jest głównym problemem Libanu. Nie jest. Problemem jest wielka niestabilność państwa, które w ostatnich dekadach przeżyło kilka wojen z sąsiadami (Izrael, Syria), wojnę domową, inwazję uchodźców (Palestyna, Syria) i kryzys gospodarczy, który widać gołym okiem. Dla Polaków, którzy doświadczyli w drugiej połowie XX w. owoców realnego socjalizmu, niektóre realia Bejrutu nie będą zaskakujące: reglamentowane paliwo, wyłączenia prądu, braki wody, rozwijający się czarny rynek. Oficjalny kurs dolara to około 1500 libańskich lir. A u bejruckich koników można za banknot z podobizną Jerzego Waszyngtona dostać dziesięciokrotnie więcej.

2M5A0567.jpg

Chantal jest księgową w firmie, którą zniszczyła eksplozja. Polsko-libańska ekipa remontuje jej biuro fot. Łukasz Głowacki

Pierwsze remonty
Zespół roboczy osobiście odwiedza poszkodowanych i rozmawia z rodzinami. Dzięki temu, że Chadie ma swoją ekipę remontową, już dzień po wizycie rodziny dostają odpowiedź: pomożemy. – Tylko w pojedynczych przypadkach nie podejmowaliśmy się pomocy. Uznaliśmy, że skupimy się na małych remontach. Na większe nie mieliśmy pieniędzy, poza tym zaczęły tam działać także inne organizacje – mówi Mirowicz.
8 sierpnia zorganizowana przez Domus Orientalis ekipa wkracza jednocześnie do trzech mieszkań: Samiego, Michela i sióstr Chbeir. – W pierwszym pomogliśmy wstawić osiem nowych okien i drzwi, wymieniliśmy też stłuczone szyby w czterech innych oknach. Michele potrzebował mniejszej pomocy: wymiana czterech szyb i szkła w drzwiach. Siostry Chbeir, trzy starsze panie, nie dość, że miały zniszczone drzwi wejściowe, balkon i wnętrze, to jeszcze po wybuchu zostały okradzione – wylicza Mirowicz. W kolejnych dniach niemal codziennie remontowane są kolejne miejsca. Do października, czyli początku pory deszczowej, udaje się wyremontować 18 mieszkań i cztery małe rodzinne firmy.
– To, że naszą ekipę zmontowaliśmy tak szybko, było dla nas wyraźnym znakiem Bożej Opatrzności. Co więcej, od początku współpracujemy z ludźmi niesamowicie odpowiedzialnymi i dojrzałymi, do których mamy pełne zaufanie. Dzięki sprawności naszej ekipy również Libańczycy, do których zaczęliśmy kierować pomoc, od początku traktowali nas poważnie: z jednej strony wiedzieli, że nie przychodzimy tylko z obietnicami, ale naprawdę wspieramy, a z drugiej widząc, jak dojrzale nasza ekipa traktuje kwestię pomocy materialnej, nikt nawet nie próbował niczego „ugrywać” nie do końca uczciwie. Kwestia zaufania przy przekazywaniu materialnego wsparcia jest niesamowicie ważna – mówi ks. Szewczyk.
Oczywiście do dzisiaj zdarzają się ludzie, którzy próbują na ten sam cel dostać pomoc z kilku źródeł. Ale coraz lepiej działa system informacji między organizacjami pomocowymi, a co kluczowe, Domus Orientalis nie przekazuje pieniędzy, ale to, co można z nimi zrobić.
Nie można pominąć faktu, że libańska część ekipy rekrutuje się ze wspólnot neokatechumenalnych, działających przy różnych bejruckich parafiach. I tego, że chrześcijanie w Libanie traktują swoje powołanie bardzo serio. Zdają sobie sprawę z tego, że wiara w Chrystusa w jednym z pierwszych w historii chrześcijańskich państw przetrwa tylko dzięki głoszeniu Ewangelii poprzez ich własne życie.

2M5A1692.jpg

Chrześcijanie są dumni ze swojego św. Charbela. Jego wizerunki i figury zdobią nie tylko narożniki domów fot. Łukasz Głowacki

CARITAS
Półtora roku wcześniej Domus Orientalis i łódzka Caritas organizują wspólną akcję wsparcia dla chrześcijan w Syrii. W dniu wybuchu obie organizacje są w stałym kontakcie. Już pięć minut po eksplozji Caritas uruchamia internetową zbiórkę, na którą zaczynają spływać pierwsze wpłaty. 8 sierpnia na jej koncie jest prawie 10 tys. dolarów, potem regularnie do Libanu przelewanych jest po kilkanaście tysięcy. Zbiórkę na pomoc dla Bejrutu prowadzi także archidiecezja łódzka. – W sumie udało się zgromadzić ćwierć miliona złotych. Odzew był imponujący – mówi Tomasz Kopytowski z łódzkiej Caritas.
Jednym z beneficjentów pomocy jest fryzjer Joe Dau, artystyczna dusza. Wybuch zdemolował jego stylowy i świetnie wyposażony zakład fryzjerski przy Orthodox Hospital Street. Potrzebuje nowych, szklanych drzwi wejściowych, dwóch szyb i drzwi do toalety. Dzięki temu remontowi może wrócić do pracy. – Wybuch był strasznym przeżyciem. Myślałem, że z tego nie wyjdę – wspomnieniom Joego towarzyszy wyraźne wzruszenie, rozmowę trzeba przerwać na dłuższą chwilę. Znacznie lepiej czuje się przy pracy i widać, że eksplozja nie zabrała zręczności jego nożyczkom. To jeden z pierwszych drobnych przedsiębiorców, którym pomaga Domus Orientalis. Bo od początku oczywiste jest, że łataniu dziur mieszkaniowych musi towarzyszyć przywracanie miejsc pracy.
W skrajnym przypadku kosztuje to... 56 dolarów. Tyle trzeba wydać, żeby naprawić trzy maszyny szwalnicze Dzaglig, prowadzącej mały zakład usług krawieckich. W wyniku wybuchu zginął jej mąż, a jej syn jest bezrobotny. – W przyszłym tygodniu wybieramy się do nich, bo pojawił się pomysł, żeby pomóc mężczyźnie otworzyć sklep. Zakład jego mamy wprawdzie działa, ale ma bardzo mało zleceń – mówi Mirowicz. – Ludzie muszą oszczędzać, żeby kupić jedzenie, nie myślą o ubraniach – tłumaczy Dzaglig.

2M5A0480.jpg

Sadzonki pomidorów rosnące na zgliszczach. W tym miejscu fala uderzeniowa była najsilniejsza 
 fot. Łukasz Głowacki

Zapomniani bohaterowie
Drużyna strażacka, która jako pierwsza pojawia się przy magazynach, których wybuch za chwilę zmiecie z powierzchni ziemi część Bejrutu, liczy dziesięć osób: to kobieta i dziewięciu mężczyzn. Wszyscy giną. O ich tragedii mówi cały świat. Ale medialne zainteresowanie szybko się wypala, a pozostałe w żałobie rodziny muszą radzić sobie z tragedią.
Domus Orientalis decyduje się im pomóc, a do zbiórki włącza się brać strażacka z Polski, szczególnie ekipa, która była na miejscu tragedii. Polacy docierają do wszystkich rodzin. Część dostaje pieniądze, inne odmawiają, bo finansowo radzą sobie dobrze i proszą, żeby pieniądze przekazać tym, którzy mają się gorzej.
Tak jak rodzice Ralpha. Oni długo nie mogą pogodzić się ze śmiercią ukochanego syna. Do dzisiaj czekają na werdykt międzynarodowej komisji, która oceniłaby prawdziwe przyczyny wybuchu i stwierdziła, czy strażacy nie byli wysłani na pewną śmierć. W stanięciu na nogi pomagają im Polacy. Tata decyduje się założyć niewielki sklep z kawą, co finansują pieniądze zebrane przez Domus i Caritas. Odwiedziny w działającym już sklepiku robią wrażenie: w okolicy niemal na każdym kroku wisi podobizna Ralpha lub jego kolegi z drużyny. Parę metrów dalej, na wprost kamienicy zamieszkałej przez muzułmanów, stoi kapliczka, poświęcona poległym strażakom – z dużą figurą Matki Bożej i św. Charbela.
Krótki spacer z mamą Ralpha to opowieść o miłości i wierze. Wszyscy w okolicy wierzą, że Ralph jest świętym, a śmierć jest tylko etapem jego bardzo dobrego życia.

2M5A0851.jpg

Symbol libańskiej rewolucji na placu Męczenników, miejscu gromadzącym w ostatnich miesiącach protestujących przeciwko polityce państwa fot. Łukasz Głowacki

Priorytety
Priorytety łódzkiej obecności w Libanie to wsparcie rodzin, drobne projekty adresowane do rodzinnych firm i edukacja. W ciągu pół roku udało się wyremontować 63 mieszkania i wesprzeć 22 miejsca pracy. Do tego dochodzi pomoc dla rodzin strażaków, którzy zginęli podczas eksplozji, także psychologiczna. A edukacja? Caritas i Dom Wschodni, dzięki zaangażowaniu darczyńców, fundują naukę ponad 300 uczniom z Aleppo w Syrii. Teraz zastanawiają się nad objęciem podobną pomocą setki dzieci ze szkoły dla 3-5-latków, prowadzonej w Bejrucie przez kapucynów.
Domus Orientalis inwestuje też w młodzież. Wokół stowarzyszenia powstała grupa wolontariuszy, którzy małymi krokami chcą zmieniać krajobraz wokół siebie. Zaczynają od... sprzątania publicznej plaży w Bejrucie. To miejsce, do którego chrześcijanie zapuszczają się rzadko, bo w pobliżu znajduje się potężny obóz uchodźców palestyńskich. Jednocześnie jest symbolem stolicy Libanu. Dość brudnym, niestety.
– W ten sposób udowadniamy sobie, że możemy zmienić świat wokół nas na lepszy. Mam nadzieję, że będzie nas przybywać – mówi Chloe, liderka liczącej kilkanaście osób grupy. Należy do niej Marina, mieszkająca kilkanaście kilometrów od Bejrutu bardzo zdolna 16-latka. – Marzę o studiowaniu fizyki – przyznaje. Na pytanie, czy wiąże swoją przyszłość z Libanem, odpowiada, że tak naprawdę nie wie.
Bo większość Libańczyków ma kogoś z rodziny lub przyjaciół za granicą. Pokusa emigracji jest szczególnie silna wśród chrześcijan, dlatego z państwa, w którym wyznawcy Chrystusa stanowili większość, Liban stał się krajem z przewagą szyitów i sunnitów.

Uratować Liban
Tak jak w Mar Michael znana jest polska flaga, tak znane jest też słowo „siła”. – Znają je wszyscy nasi libańscy przyjaciele i współpracownicy. Często zastępuje ono w naszych rozmowach „Do widzenia”. Właśnie tak postrzegamy sens naszej obecności: wesprzeć Libańczyków, być dla nich – mówi ks. Szewczyk.
Jan Paweł II, podczas pielgrzymki do Libanu (za którą mieszkańcy tego kraju są mu bardzo wdzięczni), powiedział, że Liban to nie jest tylko kraj, ale jest to zadanie. Kraj, w którym żyją dwa konkurujące ze sobą odłamy islamu i chrześcijanie. Kraj, który żyje polityką (identyfikacja Libańczyków z partiami politycznymi jest silniejsza niż przywiązanie polskich kibiców do ukochanych barw klubowych) i który na politycznych podziałach bazuje. Kraj, który pamięta jeszcze niedawne czasy, gdy był nazywany „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”, a dzisiaj zmaga się z corocznym spadkiem produktu krajowego brutto. Kraj, w którym rewolucje zaczynają się od zapowiedzi opodatkowania WhatsAppa, a figury św. Charbela dominują w krajobrazie chrześcijańskich dzielnic największych miast.

Pomoc, która z Polski płynie do Libanu ma wartość większą, niż może nam się wydawać. Nie tylko dlatego, że za te same pieniądze można dzisiaj w kraju cedrów kupić więcej niż nad Wisłą. Także dlatego, że ta pomoc trafia do naprawdę najuboższych, stając się pomocą bezcenną. I wreszcie dlatego, że jest wyrazem solidarności, której Libańczycy dzisiaj bardzo potrzebują. – Daje im ona nadzieję, że Liban, jaki znamy, z Kościołem istniejącym od czasów apostolskich, ma jeszcze sens i warto o niego walczyć – tłumaczy ks. Szewczyk. Rozmowy z młodymi mieszkańcami Bejrutu pokazują, że ich marzenia są bardzo bliskie marzeniom ich polskich rówieśników, którzy 41 lat temu tworzyli „Solidarność”.
Od wybuchu minął już niemal rok. Okna mają nowe szyby, ale problemów, w których rozwiązaniu mogą pomóc Polacy, wcale nie ubywa. Praktycznie każda rozmowa podsumowująca zakończony remont odkrywa kolejnych ludzi w potrzebie. Siła?

Akcję „Solidarni z Bejrutem” można wesprzeć, wpłacając dowolny datek na konto:

Caritas Archidiecezji Łódzkiej
90–507 Łódź, ul. Gdańska 111
Bank Pekao S.A. V O/Łódź
PLN: 48 1240 1545 1111 0000 1165 5077
EURO: 05 1240 1545 1978 0000 1165 5181
USD: 13 1240 1545 1787 0000 1165 5178
SWIFT: PKOPPLPW
z dopiskiem „Solidarni z Bejrutem”.

Stowarzyszenie „Dom Wschodni – Domus Orientalis”
ul. Piotrkowska 80, 90–102 Łódź
mBank, 70 1140 2004 0000 3002 7483 9388

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki