Logo Przewdonik Katolicki

Wyzwalająca moc dogmatu o Trójcy

ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny
Na zdjęciu: modlitwa przed ikoną Trójcy Świętej autorstwa Andrieja Rublowa fot. MAXIM SHIPENKOV/PAP-EPA

O Bogu w Trzech Osobach możemy przeczytać w setkach opasłych tomów całej chrześcijańskiej tradycji. Dlaczego więc to właśnie ta prawda wydaje się najmniej kształtować nasze życie?

Mimo ich prawowiernego wyznawania Trójcy, chrześcijanie w swoim praktycznym postępowaniu religijnym są tylko monoteistami” – powiedział już w latach 50., na wiele lat przed Soborem Watykańskim II, Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów XX w. Jego zdaniem religijna wyobraźnia większości ochrzczonych skupia się bardziej na Jednym niż na Trzech. Nie kwestionował oczywiście faktu, że chrześcijanie wierzą w Trójcę Świętą. Był jednak przekonany, że ta świadomość nie wpływa zasadniczo na sposób, w jaki żyją. A nawet więcej, nie zmienia najbardziej fundamentalnego wyobrażenia o sprawach ostatecznych: Bóg, niebo, piekło… Wszystko rozgrywa się niejako w obrazie jednego Boga, bez wewnętrznych rozróżnień.

Wszystko przed nami
Diagnoza Karla Rahnera jest radykalna. Może przesadzona. Plastycznie zarysowuje jednak ważne wyzwanie stojące przed współczesnym Kościołem. „Mam takie przekonanie, iż chrześcijaństwo – Ewangelię – mamy nie tyle za sobą, ile przed sobą” – napisał w książce Ksiądz na manowcach ks. Józef Tischner. Wykazany przez Rahnera brak można więc odczytać jako szansę: przed nami piękno i głębia prawdy, którą nie tylko możemy lepiej poznać, ale która może nas jeszcze bardzo zmienić. Jak? 
W ostatnich dziesięcioleciach wielu teologów próbowało odpowiedzieć na to pytanie. Intuicja Rahnera idzie najpierw w kierunku oddzielenia, które po dwóch tysiącach lat wciąż organizuje naszą religijną wyobraźnię. Istnieje radykalna różnica, twierdził, między naszą codzienną modlitwą oraz czytaniem słowa Bożego nawiązującego nieustannie do działania Ojca, Syna i Ducha a nawykiem myślenia mocno naznaczonego pogańską filozofią. W tekstach filozofów starożytnych, głównie greckich, Bóg jest początkiem, pierwszą przyczyną, zasadą porządkującą świat. Pojawienie się takiego sposobu definiowania najwyższego bóstwa było oczywiście zdecydowanym postępem w stosunku do mitologicznego wielobóstwa i naturalistycznych obrazów religii Bliskiego Wschodu. Było zbliżeniem myślenia czysto rozumowego do obrazu Boga opisanego w dziejach Izraela jako jedynego Pana historii, Źródła życia i Władcy stworzenia. Bóg Żydów, mieszkając w transcendencji wobec świata, był jednak także Bogiem zaangażowanym w historię człowieka. W tradycji greckiej Bóg natomiast pozostawał w swoim najwyższym, niedostępnym bycie, oddzielony od człowieka, zdystansowany do jego przeżyć i osobistych problemów.

Kulturowy gorset
Tradycja chrześcijańska od początku czerpała z tych dwóch źródeł. I to już w czasie, gdy powstawały teksty Nowego Testamentu. Źródło judaistyczne było oczywiście priorytetem. To wiara Izraela zasadniczo kształtowała wiarę pierwotnego Kościoła. Wielu teologów biblijnych niesłusznie przecenia więc wpływ filozofii greckiej na przykład na tekst Ewangelii według św. Jana. W nieaktualnych już dziś badaniach egzegetycznych odczytywano fragmenty mówiące o Chrystusie boskim Logosie (między innymi w Janowym Prologu) w sposób oderwany od teologii żydowskiej. Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że pod wpływem okoliczności kulturowych grecko-rzymskiego świata dialog chrześcijaństwa z filozofią pogańską stał się coraz bardziej istotnym elementem kształtującym wiarę pierwszych chrześcijan. Czasem zupełnie świadomie, a czasem bardzo niepostrzeżenie, kształtował ich wyobraźnię doktrynalną, pomagając definiować prawdy wiary, ubierać je w bardzo precyzyjne pojęcia, określać rozbudowane zasady moralne. Oprócz najbardziej spektakularnych przykładów, jakimi są w tej dziedzinie sobory powszechne – które zrodziły wyznanie wiary Kościoła ubrane w gorset greckiej terminologii – można wspomnieć dzieło De officiis ministrorum („O obowiązkach duchownych”). Św. Ambroży prawie że kopiuje w nim De officiis Cycerona. Mimo że jego zamiarem było napisanie podręcznika dobrych obyczajów dla kleru.
Bez tego pogańskiego wkładu – twierdzi Benedykt XVI – chrześcijaństwo nie potrafiłoby jednak wyrazić w pełni tego, co odkryło w Chrystusie. Tradycja Greków, w swojej najwyższej postaci, jaką była filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa, stała się nierozłączną częścią przekazu katechetycznego Kościoła. Dała pojęcia, które pozwoliły chrześcijaństwu się wyrazić, nawet jeśli to chrześcijaństwo tym pojęciom nadało ostatecznie nowe, poszerzone znaczenia.

Iluzje o societas perfecta
Wpływy kultury greckiej i rzymskiej na chrześcijaństwo zwiększały się wraz z rozwojem wzajemnych zależności między Kościołem a Cesarstwem Rzymskim. Edykt mediolański z 313 r., wydany przez cesarza Konstantyna, wyznacza początek wielowiekowej epoki rodzinnej wręcz asymilacji kościelno-państwowej. Kościół i przekaz doktryny bratał się ze strukturami władzy, aby w końcu mentalnie ustatkować się w rzymskim i germańskim prawodawstwie oraz strukturze feudalnej władzy w wiekach średnich. Bóg filozofów greckich ustępował lekko miejsca przemożnemu wpływowi obrazu cesarza i króla. Religia stała się podporą społecznego porządku, pewnego układu świata, w którym zawsze jest coś wyżej i niżej. Bóg stał się wyobrażeniowym zwornikiem struktury piramidalnego podziału społecznego, z najwyższym punktem na samym szczycie. A potem można już powoli schodzić w dół, przez jednego cesarza i jednego papieża, niewielką liczbę kardynałów i zamkowego dworu, znacznie większą biskupów, królów i książąt, po jeszcze liczniejszą prezbiterów, zakonników i panów ziemskich, aby zakończyć na dole, tam gdzie są masy chłopów, drobnego mieszczaństwa i świeckich w Kościele.
Szczytową formę nowej wyobraźni zyskuje Kościół w papieskim dokumencie Dictatus papae  Grzegorza VII z 1075 r. Papież pisze o sobie: „On sam tylko może używać insygniów cesarskich. Tylko papieża stopy całować mają wszyscy książęta. Jego jednego imię ma być wspomniane w modlitwach kościelnych. Ten jeden jedyny jest tytuł papieża na świecie. Jemu wolno władcami rozporządzać, a więc i cesarzy z tronu składać”. On sam, jeden… jeden… jeden…
Europę, która stała się centrum światowego chrześcijaństwa, ogarnął sen o christianitas: doskonale uporządkowanym społeczeństwie, świecie podporządkowanym Rzymowi, rządzie dusz pod władzą cesarza i papieża. A wszystko to działo się niejako obok rozwijających się i zanikających gdzieniegdzie na peryferiach „cywilizowanego świata” wspólnotach kościelnych Bliskiego Wschodu i północnej Afryki.

Marzenia o odnowie
Dalsze dzieje chrześcijaństwa zachodniego przebiegają przez narastającą demokratyzację społeczeństwa, laicyzację struktur władzy oraz kulturowe odchodzenie od spajającej społecznie roli religii. Wolność, równość, braterstwo porządkują zbiorową wyobraźnię, niejako zabierając miejsce Kościołowi i naczelnej idei Boga. Kościół przez kolejne wieki, aż do dziewiętnastego, „zazdrośnie” broni swojej społecznej pozycji, aby w końcu, już w wieku dwudziestym, zgodzić się na zmiany i odszukać na nowo swoje miejsce w społeczeństwach zsekularyzowanych. 
Przełom dokonał się na Soborze Watykańskim II, który symbolicznie określany bywa jako definitywne zakończenie epoki konstantyńskiej. To właśnie na soborze daje bowiem o sobie znać pragnienie powrotu do źródeł chrześcijańskiego Objawienia, mocno przysypanego popiołem czasu – jak lubił mawiać kard. Carlo Maria Martini, jeden z największych biblistów ostatniego stulecia. Było to pragnienie nie tyle zrywania z europejskim bagażem kulturowym, nie oznaczało bowiem też chęci dystansowania się do zaniedbanych skądinąd, i to przez wieki, inspiracji judaistycznych. Nie była to również próba całkowitego wyrwania się z grecko-rzymskiego i germańskiego gorsetu prawa i doktryny. Bo ten choć czasem mocno uciskał, ostatecznie podtrzymywał i nadal podtrzymuje spójność katolickiego nauczania. Soborowe pragnienie powrotu do źródeł nie było więc próbą zwykłego cofnięcia się w czasie i zanegowania tradycji, ale odczytywania z żywą wiarą tego, co cała tradycja w sobie niesie. Podjęto próbę odczytania jej tak, aby na nowo, a może jeszcze bardziej niż w przeszłości, mógł dojść do głosu oryginalny obraz Boga objawionego w Chrystusie. I wszystko wskazuje na to, że naprawdę się udało: Kościół poszedł zdecydowanie do przodu. Nie zaprzeczając przeszłości, a jednocześnie nie kultywując jej tak, jakby stanowiła ona najlepszy do naśladowania wzór wiary, struktury Kościoła i układów społecznych. 

„Ja” ustępuje wobec „my”
„Kościół jest w Chrystusie – czytamy w soborowej konstytucji Lumen gentium – niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. Kościół czasu soboru nie jest zainteresowany politycznym podporządkowaniem sobie świata. Jego celem pozostaje zbawienie dusz, ale w wymiarze doczesnym szuka zjednoczenia całej ludzkości. Zresztą jedno i drugie dążenie wzajemnie się wspierają, osiągając ten sam cel: zjednoczenie ludzkości w Bogu i z Bogiem. Ze świadomością, że może się to dokonać tylko przez znak sakramentalnie zjednoczonych chrześcijan w miłości Chrystusa (znak sakramentalny, tzn. taki, w którym rzeczywiście Bóg jest obecny i działa). Drugi cytat z tego samego dokumentu jeszcze wyraźniej pokazuje źródło takiego sposobu myślenia o Kościele i świecie. Wydobywa jego pierwotnie wspólnotowy charakter, wyprowadzony z podobieństwa i Kościoła, i całego stworzenia do Trójjedynego Boga. Cały Kościół – czytamy w Lumen gentium – okazuje się jako „lud zjednoczony jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Piramidalna christianitas staje się braterskim kołem. A w miejsce dominującego „ja” pojawia się uwodzące zbiorową wyobraźnię wspólnotowe „my”.
Katecheza Kościoła z trudem asymiluje jednak nową wizję Kościoła i wyobrażenie o bliskim, wspólnotowym Bogu. Nie potrafi szybko przyjąć nowych ustawień państwo–Kościół w perspektywie pluralizmu ideowego. Nie potrafi też często zaadaptować zmian na poziomie pobożności. Z polskich podręczników do religii dzieci uczą się przez kolejne dziesiątki lat po soborze – a nawet bywa, że jest tak gdzieniegdzie do dzisiaj – głównych prawd wiary. Oczywiście żadna z nich nie jest jakkolwiek herezją. A jednak, ich kolejność świetnie przechowuje piramidalny obraz boskiego świata: „Jest jeden Bóg”, „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze” – uczą się na pamięć dzieci i bywa, że z tym obrazem pozostają na całe życie. Dopiero potem dowiadują się o nowości chrześcijaństwa, które głosi objawioną prawdę o „Bogu w Trzech Osobach” oraz o łasce zbawienia w Chrystusie. 

Poza panujący porządek
„Utożsamiając życie chrześcijańskie z życiem zgodnym z normami naszej cywilizacji – napisał w swojej niezwykłej analizie współczesnego chrześcijaństwa Charles Taylor, kanadyjski filozof, autor Secular Age – straciliśmy z oczu przyszłą, głębszą przemianę, którą zapowiada wiara chrześcijańska”. Zdaniem Taylora jest sprawą naturalną, że „w naszych działaniach zawsze pojawi się element naśladownictwa wcześniejszych modeli życia”. Zarazem jednak – podkreśla autor –„dzisiejszy chrześcijanin – nieuchronnie i ze wszech miar słusznie – będzie poszukiwał nowych sposobów wykraczania poza panujący porządek w stronę Boga”. 
Spektakularnego kroku na tej drodze dokonał Jan Paweł II. Z okazji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 zaproponował w liście apostolskim Tertio Millennio Adveniente trzyletnią katechezę o Trzech Osobach Trójcy Świętej. Jego trzy pierwsze encykliki wyraźnie nawiązywały ponadto do obrazu Trójjedynego Boga. Wojtyła chciał przestawić akcenty w percepcji kulturowej, społecznej i religijnej, aby dał o sobie znać soborowy obraz Kościoła, wspólnoty równych w chrzcielnej godności, wolnych w sumieniu i braterskich w relacjach ze światem. Czy nie dlatego to właśnie on postanowił do udziału w modlitwie o pokój w Asyżu w 1986 r. zaprosić przedstawicieli wielkich tradycji religijnych? Czy nie chciał nas przekonać, że świat pojednany, i to z inspiracji katolicyzmu, w swojej różnorodności kulturowej i religijnej jest naprawdę możliwy? Czy nie chciał nam pokazać, że Kościół katolicki chce być sługą całej ludzkości – jak mawiał również Paweł VI – i to nawet tej, która słowa Chrystusa jeszcze nie przyjęła lub je wprost odrzuca? Droga tej ewangelicznej otwartości jest dzisiaj zadaniem każdego lokalnego Kościoła, ale także każdego narodu odwołującego się kulturowo do chrześcijaństwa. Jest to również jedyny sposób na to, aby nie „stracić sprzed oczu przyszłej, głębszej przemiany” świata, która będzie owocem wrażliwości inspirowanej dogmatem o Trójjedynym Bogu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki