Logo Przewdonik Katolicki

Siła łagodności

ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny
fot. Jeff J Mitchell/Getty Images

Proces apostazji nasila się. Co stoi za decyzją odchodzących z Kościoła? Jak powinien reagować Kościół?

Punktem przełomowym w Polsce była najpierw śmierć Jana Pawła II. Zainteresowanie przesłaniem Kościoła jako czymś naprawdę życiowo atrakcyjnym zaczęło wyraźnie spadać w młodym pokoleniu. Przyspieszenie sekularyzacji było jednak związane z ujawnieniem skandali moralnych w Kościele. Wszystkie badania socjologiczne taką właśnie reakcję społeczną potwierdzają. Widać to najwyraźniej w sondażach, które pokazują zdecydowany pik w zainteresowaniu aktami apostazji po emisji kolejnych filmów Sekielskich. Wyszukiwarki internetowe zanotowały wówczas rzecz w historii Kościoła w Polsce bezprecedensową: słowo „apostazja” było najczęściej szukanym słowem w internecie w kontekście religijnym. Był to wynik badań statystycznych w perspektywie całego roku. 
Na powiększenie dystansu do Kościoła – przynajmniej znacznej części polskiego społeczeństwa – zaciążyło również zaostrzenie prawa dopuszczającego aborcję oraz statystyczny wzrost postrzegania księży i biskupów w kategoriach mentalnego zwolennika Zjednoczonej Prawicy.
Można by przytaczać wiele innych okoliczności wpływających na wyraźną zmianę w społecznej percepcji Kościoła. Te wydają się kluczowe. Czy taka diagnoza nam jednak wystarczy? Czy nie należy zapytać, co tak naprawdę jest przyczyną tego, a co tylko skutkiem, i co ma decydujący wpływ na zmiany mentalne Polaków? I czy rzeczywiście wierność wobec własnego nauczania ma być dla Kościoła jakąś ujmą?

Symptomy choroby
Sekularyzacja, która daje o sobie znać w postaci aktów apostazji, nie jest zjawiskiem w Europie nowym. Na Zachodzie, szczególnie po kulturowym przewrocie roku 1968, nikogo ona nie  dziwi. Nasila się natomiast w Europie Wschodniej po upadku komunizmu. To nie znaczy jednak, że wcześniej było wszystko dobrze. Ks. Józef Tischner pisał o nabytej przez nas mentalności homo sovieticus, z której nie zdawaliśmy sobie wystarczająco mocno sprawy w ferworze zwycięstwa nad komunistyczną władzą. A to właśnie owa mentalność – ukształtowana w znacznym stopniu przez ideologię marksistowską – wypłukała w polskim społeczeństwie chrześcijański humanizm. Sekularyzacja na poziomie kulturowym była więc i jest, i to na całym kontynencie, procesem trwałym, sięgającym korzeniami setek lat wstecz i bardzo głębokim. Posiadającym różne źródła, choć te dwa najbliższe i najbardziej emblematyczne łatwo rozpoznać we wspomnianej rewolucji kulturowej na Zachodzie i ideologizacji marksistowskiej na Wschodzie. Choć oba nurty jakoś się na głębszym poziomie ostatecznie spotykają. Ale właśnie dlatego, że diagnoza jest tak złożona, przyczyn wzmożonej sekularyzacji i narastających aktów apostazji, także w Polsce, nie można interpretować w odseparowaniu od tego szerokiego kontekstu. Bieżące wydarzenia i społeczne spory światopoglądowe mogą, a może nawet powinny być odczytywane w charakterze symptomów choroby, którą długo w sobie nosiliśmy bezobjawowo, a która dopiero teraz postanowiła nam o sobie powiedzieć. Co więc nam o nas dzisiaj mówi? Jak zamierzamy ją leczyć?

Próby interpretacji
Poznański biskup pomocniczy Szymon Stułkowski o apostazji powiedział: „Czytam wiele uzasadnień tych decyzji, w większości ludzie piszą, że nigdy nie mieli kontaktu z Kościołem, nigdy nie chodzili do kościoła, nie przyjmowali sakramentów. Piszą, że ich zmuszono, ochrzczono bez ich zgody”. Opinia biskupa Stułkowskiego jest oczywiście opisem zjawiska, a nie wskazaniem przyczyny. Fakty zdają się jednak świadczyć za tezą, że apostaci z zasady z Kościołem i tak nie mieli zbyt wiele wspólnego. 
Arcybiskup Marek Jędraszewski natomiast, w czasie pokutnej modlitwy kapłanów diecezji krakowskiej, odważył się wskazać przyczynę wprost. Zaapelował do księży o modlitwę za tych wszystkich, „którzy nie rozumieją Kościoła, którzy nie umieją Kościoła kochać, nawet przez łzy, którzy próbują z Kościołem walczyć, którzy się oddalają, i tych, którzy podejmują dramatyczne akty apostazji”. 
Przytoczone tutaj głosy łączy jedna teza: przyczyna apostazji jest wobec Kościoła przede wszystkim zewnętrzna: dokonują jej ludzie do Kościoła zdystansowani, tacy, którzy go nie kochają bądź nie rozumieją. Dla pełnego obrazu dołączyłbym opinię cenionego rekolekcjonisty i pisarza, o. prof. Józefa Augustyna SJ, który uważa, że decyzje o apostazji mogą być efektem swoistego „trendu”, jako forma dołączania do krzyczącego tłumu. 
W podobnym duchu List pasterski na Wielki Post napisał abp Stanisław Gądecki. Zwrócił jednak uwagę także na możliwe zgorszenie grzechami ludzi Kościoła. Zdaniem przewodniczącego KEP jedną z przyczyn odejść z Kościoła jest brak świadectwa wiary ze strony osób wierzących, w tym duchownych. Choć wyraźnie podkreślił, że niektórzy dali się „zwieść antykościelnej propagandzie”.
Dużo bardziej zdystansowany wobec konkretnego określenia powodów apostazji jest krakowski biskup pomocniczy Damian Muskus, który twierdzi, że „formalnych i nieformalnych odejść z Kościoła… nie da się wyjaśnić w sposób jednoznaczny”. Wyliczył jednak kilka możliwych powodów, w tym: rozczarowanie postawami ludzi Kościoła, także pasterzy, brak rozumienia tego, czym jest Kościół, prądy laicyzacyjne, ruchy społeczne, polityka i kryzys rodziny. Jednocześnie zaznaczył, że refleksja nad zgorszeniem wynikającym z samego Kościoła i potrzebą nawrócenia powinna być priorytetem: „Każdy pojedynczy akt apostazji powinien być bodźcem do przemiany dla tych, którzy zostają w domu, czyli w Kościele”.
Pasterze Kościoła w Polsce nie są więc całkowicie zgodni co do diagnozy aktualnej sytuacji, ale większość z nich dostrzega zarówno problem po stronie laicyzującego się społeczeństwa, jak i po stronie instytucji Kościoła. Zależnie od akcentowania przyczyn biskupi albo nawołują do nawrócenia duszpasterskiego w Kościele, albo do nawrócenia ciążących do niewiary Polaków. Kto ma rację?

Zaczynając od siebie
Ta sama linia podziału – interpretująca aktualną sytuację wiary w Europie – przebiega między papieżem Franciszkiem i Benedyktem XVI. Obaj wskazują na problem relatywizmu jako jedną z głównych przyczyn słabnącego chrześcijaństwa na naszym kontynencie. Różnica między nimi polega jednak na tym, że pierwszy widzi jego niszczącą siłę wewnątrz Kościoła, drugi umiejscawia go raczej na zewnątrz, we współczesnych trendach kulturowych. Choć należy też uczciwie przyznać, że Benedykt XVI wielokrotnie podkreśla, że najbardziej obawia się tego, co osłabia Kościół od wewnątrz.
Jak rozstrzygnąć ten spór? Którą opcję wybrać? W miejsce czysto teoretycznych rozważań, którym zawsze grozi pewien osobisty subiektywizm oraz lokalno-kościelne ograniczenie widzenia rzeczy, Sobór Watykański II proponuje, aby zacząć od odczytywania „znaków czasu”. To w nich – czytamy w dokumentach soborowych – ujawnia się to, co aktualnie „mówi Duch do Kościoła”. Trudno więc nie zacząć od pierwszego, który jest w tym kontekście oczywisty: papież Benedykt ustąpił. Franciszek zajął jego miejsce w momencie, w którym jego poprzednik uznał, że problemy w Kościele są tak poważne, że on sam nie znajduje sił, aby im podołać. Nasz wzrok w sposób naturalny kieruje się więc na papieża Franciszka, aby to w nim odczytywać dzisiaj wolę Bożą dla Kościoła. Nawet jeśli to odczytywanie nadal powinno pozostać w granicach zdrowego krytycyzmu.
Franciszek nie zrywa, jak mu się czasem sugeruje, z zasadniczą oceną sytuacji swojego poprzednika. Obaj są bowiem zgodni, że niezależnie od skali problemów płynących ze współczesnego świata, przyszłością katolicyzmu jest przede wszystkim gotowość ludzi Kościoła do własnego nawrócenia. Obaj podkreślają też, że myślenie według ewangelicznych wartości, które u swoich korzeni ukształtowało kulturę europejską, znajdowało swój decydujący impuls w świadectwie i inspirującym myśleniu ludzi świętych. Czy nie dlatego właśnie i jeden, i drugi papież zdecydował się przybrać imię świętego, który – każdy na swój sposób – chciał odnowić Kościół? Czy nie to właśnie łączy św. Benedykta z Nursji i św. Franciszka z Asyżu, że obaj zapragnęli głębokiej przemiany Kościoła jako znaku dla świata? 
Różni ich jedynie to, że pierwszy stawia przede wszystkim na metodę małych grup, które wbrew niepożądanym wpływom świata pozostaną wierne Ewangelii. Benedykt XVI właśnie w tej perspektywie widział przyszły Kościół, składający się z małych wspólnot, silnie kontrkulturowych wobec współczesnego świata. Drugi natomiast kładzie nacisk na wyjście do ludzi, a szczególnie do najuboższych, aby z nimi dzielić codzienne życie i w tej codzienności i wzajemnych zasłuchaniu w siebie wspólnie odkrywać światło, jakie niesie Ewangelia. Kontrkulturę widzi raczej w kontrastującej miłości niż w polemicznych ideach.

Oba modele są Kościołowi potrzebne
Model Kościoła wyjścia jest dzisiaj wskazany przez Franciszka jako priorytetowy w duszpasterstwie. Zdaniem papieża z Argentyny realizacja ewangelicznego życia małych wspólnot jest nadal zadaniem najbardziej podstawowym. Widać to chociażby w najnowszych dokumentach dotyczących odnowy życia zakonnego czy duszpasterskich zaleceniach w odnowie życia parafii. Bergoglio uważa jednak, że koncentracja na małych wspólnotach może prowadzić Kościół do niebezpiecznego samozadowolenia i zamknięcia w sobie. W tym sensie Franciszek nie tyle neguje, ile poszerza perspektywę, jaką kreśli papież emeryt (nawet jeśli jest to obraz na potrzeby tego tekstu zdecydowanie uproszczony). Zdaniem papieża nie możemy jedynie umacniać szeregów. Ważne jest wyjście i to zaraz, niezależnie od tego, na jakim jesteśmy etapie chrześcijańskiego życia. Każdy, kto jest naprawdę zakochany w Chrystusie – pisze papież w programowym dla swojego pontyfikatu dokumencie Evangelii gaudium – będzie chciał jak Chrystus kochać innych i dzielić się z nimi dobrą nowiną o Bożej miłości. Franciszek nie pozwala więc czekać na osiągnięcie jakiegoś wyimaginowanego poziomu moralnej doskonałości w Kościele. Przestrzega przed prezentowaniem Kościoła jako wspólnoty świętych, która dla zachowania czystości będzie się od świata odcinać. Stroni od konstruowania wizerunku nieskazitelnych, którzy będą czuli się upoważnieni do nauczania z racji poczucia swojej moralnej wyższości. Zachęca do wyjścia, wierząc, że wiarygodnym uczyni go dopiero otwierająca się na wszystkich miłosierna miłość. Nie musimy być doskonali. Musimy być zakochani.

Marzenie o zielonej wyspie
Zastosowanie modelu „Kościoła, który wychodzi”, wydaje się być dzisiaj najlepszą socjologicznie i ewangelicznie odpowiedzią na proces sekularyzacji. Należy się jednak zgodzić z opinią, że współczesna sekularyzacja w Polsce, i szerzej w Europie, ma wiele przyczyn. Nie możemy patrzeć na Kościół tak, jakby nagle dotknął go poważny kryzys tylko z racji poważnych grzechów ludzi Kościoła. Jest raczej tak, że stopniowe wypłukiwanie się chrześcijaństwa w społeczeństwach europejskich staje się coraz bardziej widoczne w Europie Wschodniej, w tym także w Polsce. Sugerowanie, że nic by się strasznego u nas nie wydarzyło, gdyby nie pedofilia czy protesty kobiet, jest zaklinaniem rzeczywistości. Ponadto wykorzystywanie dzisiaj argumentu o przyczynie apostazji jako bata na ludzi Kościoła, którzy są rzekomo jedynymi winnymi takiej sytuacji, całkowicie mija się z badaniami socjologicznymi procesów zachodzących w Europie już nie tylko od dziesiątek, ale setek lat.
Trzeba jednak uczciwe również przyznać, że uruchomiony w Polsce trend w kierunku apostazji powinien być dla nas światłem alarmowym. Jeszcze kilka lat temu można było myśleć – choć nie podzielało tego zdania bardzo wielu socjologów religii – że będziemy zieloną wyspą na tle zdemoralizowanej Europy. Na proces sekularyzacji można bowiem odpowiedzieć bardziej lub mniej inteligentne. Można przyjąć postawę czysto reaktywną i obronną: zamiast rozeznania duchowego kierować się taktycznym rozgrywaniem „przeciwnika”. Można też wznieść się wyżej, aby popatrzeć szerzej i z większym dystansem, szukając dobra wszystkich, a nie tylko zwycięstwa swoich racji i doraźnego dobra instytucji. 
Niestety, za długo próbowaliśmy siebie przekonywać, że nagłaśnianie nadużyć seksualnych w Kościele da się wytłumaczyć atakami na Kościół. Za długo byliśmy przekonani o naszej moralnej wyższości nad Zachodem. Sądziliśmy, że podjęty u nas temat pedofilii będzie potraktowany łagodniej. Okazało się, że nie. Dlatego powieliliśmy model amerykański i irlandzki. Zamiast uczyć się na błędach innych, popełniliśmy dokładnie te same: zbyt długo próbowaliśmy zaklinać rzeczywistość, że problem jest minimalny i nieporównywalnie mniejszy niż w innych grupach zawodowych. Okazało się, że nie jest aż tak mały, a porównania z innymi przerodziły się w niefortunną sugestię: bycie księdzem nie posiada wartości dodanej. Narracja obronna zaczęła się w końcu rozsypywać na naszych oczach, gdy krok po kroku – czasami w bardzo brutalnej narracji mediów – zaczął odsłaniać się obraz nadużyć. Także w świadomym tuszowaniu przestępstw. 

W poszukiwaniu dobra wszystkich
Aby uniknąć powielania błędów, które zepchnęły tak silne kiedyś religijnie państwa europejskie w radykalną laicyzację, papież Franciszek zaproponował specjalny synod w Rzymie. Wskazania były jasne, zdecydowane. I co ważne, wcale nie koncentrowały się na bezrefleksyjnym przyzwoleniu na uderzanie w Kościół i duchownych. Papież podkreślił fakt, że problem nadużyć wobec nieletnich jest społecznie bardzo szeroki. Natomiast w odniesieniu do Kościoła dał wyraźnie do zrozumienia, że walka z pedofilią nie ma oznaczać kreowania wizji „czystej wspólnoty”, która wyraźnie podzieliłaby księży na tych złych i na tzw. dobrą większość. „Przecież nie wszyscy są tacy zwyrodniali, większość to dobrzy i pobożni kapłani” – daje się słyszeć w rozmowach kuluarowych w kręgach kościelnych. Takie myślenie kryje za sobą dobre intencje, u podstaw jednak oznacza nie tyle politykę „zero tolerancji wobec pedofilii”, ile zero tolerancji dla człowieka, dla konkretnych ludzi. Tego jednak z Ewangelią pogodzić się nie da.
W swoim przemówieniu, które potraktować należy jako podsumowanie dyskusji synodalnych, kard. Antonio Tagle z Filipin podkreślał, że Kościół nie przestaje być miłosierny. Celem oczyszczenia Kościoła nie jest usuwanie z niego ludzi: tych złych w imię budowania wspólnoty tych dobrych. Ostatecznie – podkreśla kard. Tagle – należy szukać dobra wszystkich. Najpierw patrzeć z perspektywy osób pokrzywdzonych, ale zaraz potem rzetelnie szukać prawdy i chronić wszystkie osoby zaangażowane przed ewentualnym niesłusznym osądem. Tam, gdzie prawda jest bezdyskusyjna, powinny być wyciągane konsekwencje, także te wynikające z prawa świeckiego. 

Jestem grzesznikiem
W prawie kościelnym może to oznaczać konieczność przeniesienia księdza, któremu rzeczywiście udowodniono winę, do „stanu świeckiego”. Co znaczy nie tyle to, co czasem powtarza się w mediach, że jest to rzekome zrównanie go w godności ze świeckimi: takie tłumaczenie prawa byłoby niezgodne z intencją prawodawcy. Chodzi raczej o całkowite i trwałe zakazanie wykonywania czynności kapłańskich. Bezkompromisowość tej decyzji – wynikająca z głębokiego naruszenia przejrzystości świadectwa powołania kapłańskiego oraz możliwość kolejnych przestępstw na tle seksualnym – jest najgłębszym sensem tej zasady. Nie ma więc ona na celu jakiegokolwiek wartościowania „stanów życia”.
Każda kara – tak można wnioskować z przemówienia filipińskiego kardynała – powinna jednak zmierzać nie tylko do wyrównania sprawiedliwości, która w przypadku tak strasznych przestępstw i tak nie jest nigdy możliwa, ale także do ocalenia sprawców, do uratowania ich przed rozpaczą i całkowitą negacją siebie. Słuszne konsekwencje wyroku nie mogą być nigdy potępieniem osoby. „Pozbawienie wolności nie jest tym samym, co wykluczenie, bo pozbawienie wolności stanowi część procesu ponownego włączenia do społeczeństwa” – powiedział Franciszek do boliwijskich więźniów w 2015 r.
Dzielenie księży na tzw. dobrze pracujących i czystych oraz zdemoralizowanych przestępców nie jest intencją papieża. Nie było intencją synodu. Warto przypomnieć sobie w tym kontekście przemówienie Franciszka w rzymskim więzieniu Regina Coeli, wygłoszone w 2018 r.: „Są ludzie, którzy cierpią, są odrzucani przez społeczeństwo, a Jezus idzie do nich, by powiedzieć: jesteś dla mnie ważny” – powiedział wówczas papież do więźniów. Zero tolerancji wobec pedofilii nie może się nigdy zamienić na zero miłosierdzia wobec człowieka. Kościół oczyszczony to nie grupa duchownych i świeckich, którzy cieszyć się będą swoją wyższością moralną. To wspólnota ludzi pokornych, którzy chronią pokrzywdzonych, stają po ich stronie, ale ostatecznie przyjmują do wspólnoty wszystkich, także sprawców. 

Karykatura Kościoła czystych
Tendencje niektórych środowisk konserwatywnych, katolickich i prawicowych, łączą się niestety w tym punkcie z pokusami myślenia niektórych środowisk liberalnych, ideowo walczących z Kościołem: jak usuniemy czarne owce, nastanie spokój, będziemy tylko my, sprawiedliwi! Broń nas, Boże, przed takim Kościołem… Broń przed takim społeczeństwem…. Kościół oczyszczony to taki, w którym nie ma klerykalizmu wyższości kleru nad świeckimi, ale nie ma też budowania jasnej linii podziału między sprawiedliwymi i grzesznikami. „Jestem grzesznikiem, jak wy, ale dzisiaj reprezentuję Jezusa” – powiedział Franciszek do wspomnianych więźniów w Rzymie. Do osadzonych w Boliwii dodał: „Ja też mam swoje błędy i muszę odbyć pokutę”. A wypowiada te słowa głowa Kościoła, pokornie naśladując wyznanie pierwszego papieża, św. Piotra, który płacze po zdradzie Jezusa.
Nie chodzi więc o realizację modelu niewielu wiernych, którzy będą efektem oczyszczonej wspólnoty, nawet jeśli wciąż potrzebna jest rzetelność w rozwiązywaniu moralnych problemów ludzi Kościoła, szczególnie jeśli są to przestępstwa. Potrzebna jest polityczna niezależność, która nie będzie wikłać Kościół w rozgrywki polityczne. Tym bardziej jeśli są one prowadzone tak inteligentnie, że potrafią do siebie przekonać znaczną część społeczeństwa chcącego szczerze o ten Kościół zadbać. To jednak, co zadecyduje o wiarygodności i skuteczności świadectwa chrześcijan, to nie małe gremium tych, którzy poczują się mocni politycznie i moralnie bardziej sprawiedliwi. Jak strasznie ostrzegawczy to obraz, gdy pomyślimy o faryzeuszu, który wchodzi do świątyni przed setnikiem, żeby podziękować Bogu, że nie jest jak „ten z tyłu”, albo o sanhedrynie, który poświęca „jednego za naród”, aby ustanowiony przez siebie porządek religii ocalić. 

Pokorna jedność
O przyszłości Kościoła zadecyduje zjednoczenie duchownych ze świeckimi, którzy razem tworzyć będą lud inspirowany pokorną miłością. Inteligentne i duchowe reagowanie na proces sekularyzacji i powiązana z nim głęboko tendencja do apostazji polegać musi więc najpierw na nawróceniu Kościoła, na jego zjednoczeniu z i wokół Chrystusa sługi. Zrodzi się z miłości pokornej wobec prawdy, pokornej wobec poczucia własnej niedoskonałości. Problemy związane z pedofilią są poważne. Ale czy opowiadanie o nich w postawie pokornej miłości – i podkreślę raz jeszcze: miłości dosłownie do wszystkich – nie zdejmie z Kościoła całego odium związanego naiwną i niepokorną obroną? Czy narracja pokorna nie przywraca właściwych proporcji między oskarżeniami prawdziwymi, fałszywymi i tylko domniemanymi? Czy w postawie pokory nie będziemy chcieli wszyscy szukać prawdy, zakładając, że nikogo nie chcemy zranić, zlekceważyć czy potraktować jak przedmiot medialnej gry obronnej? 
Czy ta sama pokora nie wymaga od nas dzisiaj, abyśmy zbyt szybko nie wyrokowali, dlaczego ludzie od Kościoła odchodzą i czym się zgorszyli? Czy pokora nie ocali naszych serc przed pospiesznymi i bardzo nerwowymi, często niesprawiedliwymi osądami, które są bardziej krzykiem ran niż pragnieniem prawdy i wspólnego dobra? Czy zranienia da się uleczyć inaczej niż wzajemnym wsłuchaniem się w to, co nas boli, zanim wyrokować będziemy, dlaczego ktoś o swoim bólu chce bardzo głośno opowiedzieć, zademonstrować odejściem czy medialnym krzykiem? „Odchodzącego [z Kościoła] trzeba uważnie wysłuchać, wsłuchać się w jego motywacje, nawet jeśli są one dla nas bolesne. Podstawą jest szacunek dla wolności drugiego człowieka, ale też troska o niego, otwartość na próbę zrozumienia jego doświadczeń. Podstawą jest dialog” – przekonuje bp Damian Muskus.

Nie musimy się bać
Ze źródła pokornej miłości może się na nowo zrodzić Kościół bardziej współczujący i wspólnotowy. Kościół, który z pluralistycznym społeczeństwem nie będzie tworzył ostrych granic, ale który będzie ze swojego wnętrza promieniował przesłaniem ukrzyżowanej miłości, darmowej i przebaczającej. Właśnie dlatego w tak rozumianym Kościele, który przemienia się w bezgraniczny lud, potrzebne jest towarzyszenie, rozeznawanie i integracja, czyli proces dośrodkowy. W takim procesie nie ma możliwości wytyczenia granicy, poza którą nie sięga zobowiązanie Kościoła do wyjścia i konkretnego okazywania miłości. W takim Kościele władza jakby zanika, bo jej służebność sprawia, że staje się jakby niewidoczna. Nie tyle dominują w nim charyzmatyczni liderzy oddzielający owce od kozłów na użytek dobrego samopoczucia jedynych i pożytek wyborczy drugich. Nie są mu potrzebni liderzy, którzy krzyczą. To raczej pokorna miłość nadaje wyrazisty smak i przekonywającą moc własnym słowom pasterzy oddających życie za owce.
W takim Kościele nie musimy już ze sobą walczyć, nawet jeśli czasem pojawia się naturalny i potrzebny spór. Nie musimy dzielić się na dziennikarzy szukających prawdy i hierarchię, która się broni. Nie musimy udowadniać światu, że z zasady jesteśmy od innych lepsi. Nie musimy oczekiwać opowiedzenia się po stronie zwykłych czy niezwykłych księży. Nie musimy budować forum kongresowego, które szukać będzie punktów zapalnych, które wywołają kolejne podziały i konflikty.
Nie musimy też udawać, jakoby nauczanie Kościoła nie było dla nas ważne albo że w imię miłości do ludzi będziemy drażniące kwestie przemilczać. Prawda jest ważna. Ważna jest szczególnie wtedy, gdy dotyczy godności ludzkiego życia, nawet jeśli zderza się z protestami społecznymi. Ale nawet protesty nie mogą prowadzić Kościoła do nie-miłości do ludzi, nie mogą prowokować agresywnych reakcji czy powierzchownych oskarżeń. Zasada „zło dobrem zwyciężaj” oraz słowa Jezusa z Ewangelii według św. Jana powinny właśnie wtedy, gdy jest konflikt, wyraźnie wybrzmiewać: „A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić”.

Czy to jest nowa utopia? 
Franciszek rozumie, że jego program odnowy ma bardzo szeroki rozmach i wręcz idealistyczny cel. Czy można jednak myśleć inaczej, gdy na naszych oczach świat staje się wioską, w której wszyscy jesteśmy zależni od wszystkich? Czy można myśleć inaczej, gdy komunikacja społeczna sprawia, że wszystko staje się bezpośrednio dostępne i publicznie jawne, gdy nagle wszyscy się do siebie tak mocno zbliżamy? Czy można mieć inne marzenia niż te, które mogłyby być fundamentem dla przyszłości, w której Kościół staje się protagonistą realnej przemiany relacji społecznych i trwałego pokoju? Czy z Kościoła, który pokornie kocha, tak łatwo będzie chcieć się wypisać? 
Papież Franciszek wytycza drogę, którą może nas wszystkich z piekła nieprawdy i wzajemnej przemocy wybawić: staje naprzeciwko skrzywdzonych, przyznaje się sam do tego, że potrafi krzywdzić, a następnie umywa im nogi i je całuje. Rytualny i czasami tylko symboliczny gest z liturgii Wielkiego Czwartku z naszej decyzji może stać się dzisiaj najbardziej rozpoznawalnym znakiem istoty Kościoła. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki