Jerzy Gruza: wizje z telewizji

Nawet jeśli „powody były śmieszne dość i nie warte nawet gry”, to efekty bawiły miliony telewidzów. Bo zmarły niedawno Jerzy Gruza niesamowicie przyciągał przed telewizory.
Czyta się kilka minut
fot. Andrzej Rybczyński PAP
fot. Andrzej Rybczyński PAP

Wiele momentów w jego życiu było niezwykłych i nadawałoby się na scenariusz filmowy. Choćby sam fakt, że urodził się w 1932 r. i jego dzieciństwo przypadało na czas okupacji i wojny. Gdy wybuchło powstanie warszawskie, miał 12 lat i choć chciał dołączyć do walczących, ze względu na młody wiek i wątłą posturę, nie znalazło się dla niego miejsce w szeregach – odchodzili za to jego kuzyni i znajomi. W wywiadzie dla radiowej Trójki zdradził jednak swoją cechę, która z pewnością pomogła mu budować filmowe światy: zapamiętywał mianowicie obrazy. Mówił na przykład, że pamięta moment śmierci Piłsudskiego – bo zamarło wtedy całe miasto i pogrążyło się w ciszy. Wspominał też „teatr ulicy” warszawskiej jeszcze sprzed czasów wojny oraz podczas niej, gdy na ulicach mieszały się kultury, był gwar, a w czasie działań wojennych wiele sytuacji, z których ledwo można było ujść z życiem. Czy to zapamiętywanie obrazów zaprowadziło go do łódzkiej filmówki? On sam twierdził, że był to przypadek, że poszedł na egzamin trochę ze względu na znajomych. I znów – nawet ów egzamin mógłby być tematem jednych z jego skeczy. Egzaminator pytał go o kolejne klasyki filmowe, czy je zobaczył i jakie ma o nich zdanie. Gruza odpowiadał kilkakrotnie przecząco, aż wreszcie profesor zapytał go, czy widział ostatnio jakikolwiek film. – Bitwa o szyny – odparł kandydat i tym francuskim filmem o działalności ruchu oporu wśród kolejarzy wygrał cały egzamin, bo egzaminator zajmował się tego rodzaju kinem. Ale to nie tak, że do kina nie chodził w ogóle – przed wojną odwiedzał je z matką. Na filmach Charliego Chaplina śmiał się ponoć tak głośno, że kierownik sali wypraszał ich z kina. Teraz jednak sam miał zabrać się za tworzenie filmów, a nauka tego artystycznego rzemiosła odbywała się nie bez problemów, bo Gruza należał do młodzieży tak zwanej bananowej i co chwilę grożono mu wyrzuceniem ze studiów.
 
Rozrywka z Zachodu
Gdy już szczęśliwie ukończył filmówkę w 1956 r., miał okazję przez kilka miesięcy przebywać w USA. Tam zobaczył, jak telewizję można robić z rozmachem, lekko, ale też interesująco. Trudność polegała na tym, że choć skończył się już stalinizm, to żaden z komunistów nigdy by się nie zgodził na zakup tzw. formatu telewizyjnego, czyli pomysłu na program z imperialistycznego Zachodu. Zresztą, warunki techniczne do stworzenia nowoczesnego programu były dość siermiężne, dlatego Gruza zastosował po prostu kilka inspiracji. Wraz z Bogumiłem Kobielą (aktorem, którego bardzo lubił i często zapraszał do swoich projektów) i Jackiem Federowiczem stworzyli potem w telewizji polskiej nadawany na żywo ze Studenckiego Teatru Satyryków program „Poznajmy się!”. Zastosowano w nim pierwszy raz w polskiej telewizji różnego rodzaju tricki telewizyjne, m.in. nagrania z ukrytej kamery, a także skecze i piosenki. Idąc za ciosem, Gruza z Federowiczem tworzyli następnie jeszcze trzy podobne programy, zmieniając raz po raz ich formuły. „Małżeństwo doskonałe” było ni mniej ni więcej tylko rodzajem gry w kalambury (pokazywanie gestami haseł) na wizji, w których udział brały dwie pary i „ten trzeci”. Drużyny rywalizowały o nagrody od symbolicznego „Prezesa”: Fotel Prezesa, Nalewka Prezesa, Palma Prezesa. W jednym z odcinków ujawniono, że owym prezesem był ówczesny szef telewizji, który nawet zadzwonił na antenę i strofował prowadzących, że zabrali jego fotel. Był to naturalnie żart twórców, który pokazuje dystans jego scenarzysty – Jerzego Gruzy do otaczającej rzeczywistości. Teleturniej przeplatany był piosenkami i skeczami, a jego dalsze mutacje to „Kariera” i „Runda”. Środki komiczne, jak widzimy, były w tych programach proste, ale nie prostackie. I to jest sekret sukcesu tego humoru – widz był często zaskoczony różnymi rozwiązaniami, ale nie był nimi zażenowany.
 
Podsłuchane i nagrane
Napisałem wcześniej, że jedną z cech Gruzy było zapamiętywanie obrazów – po jego śmierci wszyscy wspominają też jeszcze jedną. Potrafił on wychwycić z różnych dialogów, podsłuchanych gdzieś rozmów niezwykle zabawne kwestie. Widać (i słychać!) to w dwóch jego bodaj najbardziej kultowych produkcjach. Powstałą w latach 1965–1966 Wojnę domową Gruza stworzył na podstawie felietonów Miry Michałowskiej, publikowanych w „Przekroju” pod tym samym tytułem.
Seria liczy tylko 15 odcinków, ale zapamiętaliśmy z niej bardzo wiele, choćby „Dzień dobry. Czy jest suchy chleb dla konia?” czy wspaniałe przeboje: Nie bądź taki szybki Bill Karin Stanek bądź Z kim Ci tak będzie źle jak ze mną Kaliny Jędrusik. Starszy o 10 lat Czterdziestolatek to kapitalna rola tytułowa Andrzeja Kopiczyńskiego (na którego Gruza, który był reżyserem i autorem scenariusza serialu, po prostu się uparł!), jego serialowej żony granej przez Annę Seniuk i Ireny Kwiatkowskiej, czyli słynnej kobiety pracującej. „Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję!” – to także weszło do językowego kanonu. A co to jest „Łuk Karwowskiego”? Ano bardzo modny wtedy półkolisty otwór nad drzwiami, na które moda przyszła dzięki Czterdziestolatkowi. Albo przypomnijmy sobie ploteczki żony czterdziestolatka, Magdy w laboratorium: „Rodzina nie rodzina, ale zawsze to obcy w domu”. Słowa, jakie pewnie do dziś usłyszymy w rozmowach – odpowiednio skomponowane bawią przez wiele lat. To tylko niektóre z dzieł, jakie pozostawia po sobie Jerzy Gruza: scenarzysta, reżyser, aktor, dyrektor Teatru Wybrzeże. Wiele można by pisać jeszcze o genialnej reżyserii Teatru Telewizji (Mieszczanin szlachcicem, Grona gniewu), filmach fabularnych (Dzięcioł, Motylem jestem, czyli romans 40-latka czy ostatni Dariusz, za który w całości zapłacił z własnej kieszeni) i musicalach, które dzięki niemu pojawiły się w Polsce – w Gdyni mogliśmy zobaczyć Skrzypka na dachu, Jesus Christ Superstar, Les Miserables czy Człowieka z La Manchy. Odszedł wizjoner telewizji, rozrywki, dobrego humoru.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 8/2020