Logo Przewdonik Katolicki

My wszyscy z niego

Jacek Borkowicz
fot. Magdalena Książek

Umarł Jerzy Gruza, reżyser, a wraz z nim odszedł w przeszłość kawał najnowszej historii Polski. Nie historii polskiego filmu, teatru telewizji czy też musicalu, ale historii Polski par excellence. I nie jest to wcale pośmiertna laurka, lecz stwierdzenie faktu.

Gruza podpatrywał nas od 60 lat, czasem jawnie, czasem z ukrycia, pokazując to, co zobaczył, w swoim krzywym zwierciadle. A my, często sami o tym nie wiedząc, naśladowaliśmy ruchy pojawiających się tam postaci. On te nasze gesty znowu brał na swój warsztat, napędzając na nowo mechanizm, który sam rozkręcił. Pod banalnym szyldem rozrywki zapraszał nas wszystkich do spektaklu, którym było samo życie i w którym my także bywaliśmy po trosze reżyserami.
W nekrologach prezentowany jest jako twórca telewizyjnych seriali Wojna domowa i Czterdziestolatek, w których sportretował Polaków zmieniających się w ciągu dwóch kluczowych dekad lat 60. i 70.. Jego Dzięcioła można śmiało uznać za najlepszą polską komedię filmową, zaś jego adaptację Rewizora Gogola, z Łomnickim i Fronczewskim w rolach głównych – za jedną z najlepszych prezentacji Teatru Telewizji. Tutaj jednak chciałbym mówić o jego małych, ulotnych formach, które choć zapomniane, wywarły większy, niż można by przypuszczać, wpływ na naszą zbiorową mentalność.

W programach takich jak „Poznajmy się” czy „Małżeństwo doskonałe”, emitowanych przez Telewizję Polską, ale nagrywanych na żywo z udziałem publiczności, Gruza, swoim teatrem absurdu, wykpił do cna drętwy i fałszywy styl „mów oficjalnych” doby PRL. Styl prezentowany zarówno przez konferansjera na prowincjonalnym dancingu, jak również partyjnego sekretarza, przemawiającego na pierwszomajowej paradzie. Wprowadził też interakcję z widzami, co było wówczas rzeczą zupełnie nową.

Elementem tej interakcji były także improwizowane etiudy filmowe, nagrywane ukrytą kamerą. Dziś, w dobie internetu i milionów wrzucanych do sieci filmików, jest to codzienność, ale wtedy było to odkrycie stawiające Gruzę na pozycji pioniera. Dzisiaj podobne, nawet najbardziej wymyślne „prowokacje” nie mogą już szokować – z racji ich częstotliwości i powtarzalności, a także z racji technicznego postępu, szczególnie widocznego w dziedzinie mediów. Wtedy były prawdziwym dotknięciem innego świata. Jak chociażby w scenkach ze skrzynką pocztową, gadającą głosem Jacka Fedorowicza. Śmialiśmy się z nadawców posłusznie wykonujących polecenia aktora, bo widzieliśmy w nich ludzi, którzy biorą absurd za coś poważnego, wręcz nakazanego. Nie przychodziło nam do głowy, że podobnie jak tłumek szydzący z gogolowskiego Horodniczego, śmiejemy się sami z siebie. Bo przecież my sami, bez wyjątku, musieliśmy brać na serio absurdy ustroju nazywanego socjalizmem.
Dziś takich scenek ukryte kamery jakoś dziwnie nie rejestrują. Może dlatego, że łatwiej jest śmiać się z przerażenia człowieka, którego nastraszył piesek w przebraniu pająka, niż wykpić reakcje osób stykających się na co dzień z absurdami politycznej poprawności. Pod tym względem Gruza, w swojej błazeńskiej czapce z dzwoneczkami, mówił nam więcej o nas samych. Mimo że robił swoje filmy w kraju objętym totalitarną cenzurą. W odróżnieniu od dzisiejszych twórców, którzy podobno działają w warunkach wolności słowa.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki