Logo Przewdonik Katolicki

Wiary nie traci się łatwo

ks. Artur Stopka
Msza św. w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli z okazji 36. rocznicy męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki; 25 października br. fot. Artur Reszko/PAP

Media alarmują, że Kościół w Polsce w błyskawicznym tempie traci wiernych. Czy mamy do czynienia z masowym odchodzeniem od wiary? Co faktycznie się dzieje?

Mało kto dziś wie, że chyba najczęściej cytowane słowa ks. Józefa Tischnera zostały po raz pierwszy wygłoszone w programie telewizyjnym. Miały związek z osobistym doświadczeniem dziennikarki z pewnym duchownym. Opowiedziała ona autorowi Historii filozofii po góralsku poza anteną wydarzenie dotyczące jej rodziny. Poruszony historią o księdzu, który postępując wbrew wszelkim regułom prawa kościelnego, demonstrował swoją władzę nad parafianami, Tischner – już przed kamerami – wygłosił słynne słowa o stracie wiary.
Krążą one w rozmaitych wersjach. Najcelniejsza i najpełniejsza wydaje się ta: „W moim życiu filozoficzno-kapłańskim nie spotkałem kogoś, kto stracił wiarę po przeczytaniu Marksa, Lenina, Nietzschego, natomiast na kopy można liczyć tych, którzy ją stracili po spotkaniu z własnym proboszczem. Jest to bardzo przykre zjawisko, kiedy lekarz zaraża chorego”. W tym sformułowaniu widać, że to nie płytki żarcik, lecz smutna, pełna żalu refleksja.

W zetknięciu ze złem
W ostatnich tygodniach w Polsce brzmi ona niepokojąco aktualnie. Wygląda na to, że wiara wielu polskich katolików znalazła się w poważnym zagrożeniu z powodu postawy, zachowań, działań i zaniechań, a nawet po prostu wypowiedzi części duchownych. Sytuacja jest tym bardziej niebezpieczna, że chodzi w ogromnej mierze o wiarę młodych Polek i Polaków. Nie tylko tych, którzy wyszli na ulice i wykrzykiwali hasła pod kościelnymi obiektami, a nawet w ich wnętrzu. Chodzi o wiarę tysięcy ich koleżanek i kolegów. A także o wiarę ich rodziców, często bezradnych wobec elementarnych pytań, które są im stawiane.
Dość powszechne jest przekonanie, że można stracić wiarę z powodu zetknięcia ze złem. Zwłaszcza w sytuacji osobistego doświadczenia zła, ale nie tylko. W naszych czasach przyjmuje się, że również samo odkrycie istnienia wielkiego zła w świecie jest wystarczającym powodem do porzucenia wiary. Znaczenie ma też miejsce, w którym zło się pojawia, gdzie jest odkrywane. Obecność zła tam, gdzie człowiek oczekuje dobra i świętości, niejednokrotnie staje się uzasadnieniem dla odejścia od wiary. Echa tego przeświadczenia pobrzmiewają również we wspomnianych słowach ks. Tischnera. Zło w Kościele, widoczne, doświadczane, namacalne, niejednokrotnie prezentowane jest jako skuteczne uderzenie w wiarę tworzących go ludzi. Lub przynajmniej wystawianie jej na ciężką próbę.

To skomplikowane
Wiele wskazuje jednak na to, że nie ma prostej zależności między doświadczeniem zła a utratą wiary. Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Także historia Kościoła tego dowodzi. W ciągu minionych dwóch tysięcy lat byli w nim nie tylko księża dopuszczający się obrzydliwych i okrutnych rzeczy, ale również wyjątkowo wstrętni i bezwzględni biskupi oraz kardynałowie, a nawet papieże mordercy i rozpustnicy, mający po kilkoro nieślubnych dzieci. Mimo niejednokrotnie naprawdę wielkiego zgorszenia nie dochodziło automatycznie do masowego i trwałego odstępowania członków Kościoła od wiary. To wcale tak nie działa, jak się może wydawać. Na przykład wywołane doświadczeniem zła lub zgorszeniem zerwanie więzi z Kościołem w jego wymiarze instytucjonalnym wcale nie jest równoznaczne z wyborem ateizmu. Nie traci się tak łatwo wiary. Właśnie w chwilach wyjątkowo trudnych odkrywamy, jak bardzo jej potrzebujemy. 
Przed głównym wejściem do Muzeum Auschwitz od ponad roku można oglądać wystawę zatytułowaną „Through the Lens of Faith – Przez pryzmat wiary”. To ponad dwadzieścia fotograficznych portretów ludzi ocalałych z Auschwitz: Żydów, Polaków oraz Romów. Autorką zdjęć jest Caryl Englander. Przy każdym zdjęciu umieszczone zostały fragmenty relacji byłych więźniów związane z tematyką wiary w realiach niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz.

Nie od Boga
Nie są to świadectwa utraty wiary. Wręcz przeciwnie, w zderzeniu z nieludzką machiną nienawiści wiara okazała się nie tylko schronieniem, ale źródłem siły do przetrwania, do zachowania godności,  nieodpowiadania złem na zło. Nie znaczy to, że nie było tam pokus odrzucenia wiary. „Czy wierzysz w Boga? Bo wiesz, wielu ludzi uważa, że skoro coś takiego jak Auschwitz jest możliwe...” – zacytowała jedną z rozmów Zofia Posmysz. I prostą odpowiedź, jakiej na taką sugestię udzieliła jej mama: „Jeśli na świecie jest zło, to pochodzi od Szatana, a nie od Boga”. To dotyczy również zła, które można dostrzec w Kościele.
Ks. Jan Twardowski w książce Kilka myśli na Wielkanoc zwrócił uwagę, że w dziejach ludzkości był dzień, w którym naprawdę można było stracić wiarę. To Wielki Piątek. To dzień, w którym najgłośniej można wykrzyczeć pytanie: „Gdzie był Bóg, który pozwolił na śmierć Niewinnego?”. A jednak, jego zdaniem, właśnie ten dzień jest „dniem sprawdzonej wiary, nadziei i miłości”. Ponieważ po nim jest już tylko Wielka Sobota i Zmartwychwstanie.

Ksiądz wychował ateusza
Ks. Twardowski opowiedział też w jednej ze swych publikacji o rozmowie z kobietą, która straciła wiarę. Jak do tego doszło? Okazało się, że w jakiś sposób przyczynił się do tego ksiądz, którego ona uważała za bardzo świętego i dobrego. Gdy dotknęło ją nieszczęście, bo zachorowało jej dziecko, usłyszała od tego duchownego: „Módl się, módl się, wymodlisz zdrowie”. Kobieta potraktowała tę wskazówkę bardzo poważnie. Na kolanach spędzała całe godziny. Jednak, jak opowiedziała ks. Twardowskiemu, „dziecko umarło i straciłam wiarę”.
Komentarz znanego kapłana poety do tej opowieści może być szokujący. „Ten święty ksiądz wychował ateusza. Wychował kobietę, która straciła wiarę” – napisał ks. Twardowski i wskazał błąd, jaki popełnił duszpasterz. Umocnił w tej kobiecie przekonanie, że zadaniem Boga jest spełnianie jej woli. Tymczasem zgodnie z naszą wiarą, najważniejsze jest, żeby spełniło się to, czego Pan Bóg dla nas pragnie. Oczywiście z wiarą, że Bóg wie, co robi. Wie lepiej od nas, co jest dobre w ostatecznym rachunku. „Bóg przecież spełnia wiele swoich dzieł poprzez niewysłuchanie naszej prośby” – przypomniał ks. Twardowski.

Oczekujemy, że...
Nie tylko ta opowieść podpowiada, że problemy z wiarą często wynikają nie tyle z konfrontacji ze złem (także tym obecnym we wspólnocie Kościoła i w jego wymiarze instytucjonalnym), ile z zawiedzionych oczekiwań. Oczekiwań, które nie tylko funkcjonują w świadomości licznych wiernych katolików, ale niejednokrotnie są na różne sposoby utwierdzane. „Oczekujemy, że wy, duchowni, będziecie od nas lepsi” – powiedział niedawno dziennikarz w rozmowie z jednym z polskich hierarchów. A zawiedzione oczekiwana skłaniają do buntu. W takiej sytuacji niewystarczająca okazuje się argumentacja, że Kościół w swojej istocie jest święty, a tworzący go ludzie są grzeszni. „Pojawia się coraz częściej przekonanie, że jednak wszystko jest tam od środka przeżarte” – zauważyła już w marcu br. Ewa Kiedio z „Więzi”.
Historia Kościoła pokazuje, że właśnie w takich kryzysowych sytuacjach wiara nie podlegała tak prostym regułom przewidywalności. Za każdym razem, gdy wydawało się, że z powodu obecnego w nim w wielkim natężeniu zła, które mogłoby usprawiedliwiać masowe porzucanie wiary, działo się coś niesamowitego.

Nie chodzi o przetrwanie
Pojawiali się we wspólnocie Kościoła ludzie niezwykle mocno wierzący. Tacy, którzy nie tylko sami nie stracili wiary, ale potrafili swoją postawą i działaniem wzmocnić nadwątloną wiarę innych. Szczególnie spektakularnym przykładem jest św. Franciszek z Asyżu, ale w dziejach Kościoła jemu podobnych można znaleźć wielu. Są dowodem, że chwile kryzysu, doświadczenia zła, to wcale nie moment na stratę wiary, lecz czas na jej umocnienie, odkrycie na nowo jej wartości.
Nie znaczy to, że teraz katolicy w naszej ojczyźnie mogą usiąść wygodnie i czekać, aż nowy, polski św. Franciszek XXI wieku uratuje chwiejący się u nas Kościół i zrobi to zgodnie z wolą Bożą. Takie wezwanie, jakie usłyszał kiedyś święty z Asyżu, dziś w Polsce Bóg zapewne kieruje do bardzo wielu katolików. Zarówno świeckich, jak i duchownych. Nie chodzi przecież tylko o to, aby jakoś przetrwać ze swoją wiarą i wegetować na ruinach. Chodzi o generalny remont, coś znacznie więcej niż tylko konserwację i zachowanie dotychczasowego stanu. Chodzi o odbudowę Kościoła na mocnym fundamencie wiary.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki