Logo Przewdonik Katolicki

Potosi – miasto srebra i nieludzkiej pracy

Monika Białkowska
PZfot. Juan Manuel Castro Prieto AgenVU Images/ East News

W XVII i XVIII wieku było większe od Londynu i Sewilli, większe od Paryża. Dziś to miasto skrajnej biedy i morderczej pracy. Trudno wyobrazić sobie, żeby ktoś pracował ciężej niż górnicy w boliwijskim Potosi.

Potosi to najwyżej położone miasto świata. To prawie tak, jakby chcieć mieszkać na Mount Blanc. 4090 m n.p.m. – kilkaset metrów poniżej granicy, za którą przystosowanie się organizmu i aklimatyzacja nie są już możliwe, gdzie organizm będzie się już tylko wyniszczał. Powietrze jest rozrzedzone. Można nim jeszcze oddychać, ale oddycha się trudno.

Tam żyją i pracują ludzie. Nic dziwnego, że muszą być twardzi. Tacy właśnie są górale z Potosi, z boliwijskich Andów. Choroba wysokościowa, która dopada tu turystów, ich się nie ima – ich organizmy są przyzwyczajone. Nie mdleją, nie mają mdłości, nie boli ich głowa. Biologia ma jednak swoje prawa i fizyczny wysiłek nawet dla górali z Potosi jest tu dla organizmów dużo większym obciążeniem. Dlatego miejscowi, zwłaszcza w trakcie pracy, mają nienaturalnie wypchane policzki.
 
Koka na przetrwanie
W policzkach, trochę jak chomiki, trzymają nieustannie przeżuwane liście koki. Nam, gringo z pierwszego świata, koka kojarzy się głównie z narkotykiem. Ale tam świeże liście kokainowca są po prostu bogatym źródłem składników odżywczych – miejscowi wierzą, że podarowali im je bogowie. Żuje się je albo robi z nich herbatę po to, żeby rozrzedzić krew, co pomaga przetrwać na wysokości. Koka niwelują uczucie głodu, zmniejszają poczucie zimna, poprawiają wytrzymałość organizmu. A kokaina? Same liście mają jej niewiele, około 1 proc. – do wyprodukowania kilograma narkotyku potrzeba ich aż 45 kg.
Odporność na trudne warunki jest potrzebna ludziom w Potosi jak nikomu innemu. Zdecydowana większość mężczyzn pracuje w kopalniach. I znów skojarzenia prowadzą nas na manowce: kopalnie oznaczają dla nas węgiel i konieczność zjeżdżania głęboko pod ziemię. W Potosi kopie się we wnętrzu góry, zwanej Cerro Rico. I wszystko zaczęło się nie od węgla, ale od srebra.
 
Panowie i umarli
Eldorado zaczęło się tu w połowie XVI w. Dziś o ówczesnej świetności miasta, zamieszkanego przez 200 tys. ludzi, przypominają już tylko odrapane, kolonialne domy. Po okresie wielkich odkryć geograficznych do Ameryki Południowej ciągnęły rzesze śmiałków szukających bogactwa. Osadnicy z Hiszpanii przybyli do Potosi przyciągnięci ukrytym w górach srebrem. Jednak, co oczywiste, hiszpańscy osadnicy nie pracowali tu własnymi rękoma. Do pracy wykorzystywali tubylców z podbitych ziem, a kiedy się okazało, że miejscowych nie wystarcza do szybkiej eksploatacji ogromnych ilości kruszcu, zaczęli zwozić niewolników z Afryki. Ludzie ci zmuszani byli do pracy w kopalniach, drążonych we wnętrzu gór. Hiszpańskich osadników srebro upajało: czuli się panami świata i porównywali do największych. Jeden z nich, Domingo Beltran głosił wprost, że jak „papież w Rzymie, król w Hiszpanii, tak Domingo Beltran w Potosi”. Wywieźli z Potosi około czterdziestu ton srebra, które uczyniło Hiszpanię światową potęgą. Legenda mówi, że z tego srebra można było wybudować przez ocean most, łączący Amerykę Łacińską z Europą.
Miejscowych i afrykańskich niewolników srebro zabijało. Podziemne korytarz kopali własnymi rękoma, ciągnęły się setki kilometrów. Ciągnęli jak muły ciężkie transporty rudy. Ginęli w wypadkach, brutalnie traktowani przez Hiszpanów. Ci, którzy nie zginęli, umierali. Srebro było w postaci rudy, a do jego oczyszczenia z arszeniku i ołowiu potrzebna była rtęć, w której trzeba było kruszec rozpuścić, a następnie ją odparować. Opary rtęci są silnie toksycznie. Zatruwają nie tylko glebę czy wodę, ale zabijają człowieka. Człowiek wdychający opary rtęci najpierw traci włosy i zęby, potem przestaje widzieć. W ciągu trzech miesięcy od zatrucia umiera w męczarniach. Ale kiedy jedni umierali, europejscy osadnicy przywozili następnych. Szacuje się, że w Potosi w czasach kolonialnych zginęło nawet 8 mln ludzi. Holokaust pochłonął 6 mln żydowskich ofiar.
 
Nic się nie zmienia
Dziś w Potosi Hiszpanów już nie ma. Ziemia, która oddała swoje bogactwo, stała się dla nich bezużyteczna. Już pod koniec XVII w. liczba mieszkańców miasta znacznie spadła, a oni sami pisali: „Wszystko jest skończone. Wszystko jest utrapieniem i udręką, płaczem i wzdychaniem. Bez wątpienia był to jeden z największych upadków w historii”.
Srebro w Potosi skończyło się jeszcze przed 1825 r., zanim Boliwia ogłosiła niepodległość – pozostały trudno dostępne resztki, na których trudno już było szybko się wzbogacić. Miasto w Andach, opuszczone przez konkwistadorów, zostało przez świat zapomniane.
Miasto nie zniknęło jednak, nie zniknęli z niego ludzie i nie zniknęły kopalnie. Te ostatnie pamiętają jeszcze czasy kolonialne i choć nie ma w nich srebra, nadal wydobywa się w nich minerały: miedź, cynę, cynk i ołów. Na miejscu nie ma jednak technologii do ich obróbki, cały urobek przejmują zagraniczne koncerny. Koncerny te nie dbają o ludzi, którzy dla nich rudy wydobywają: stemple w korytarzach podtrzymują stropy od czasów kolonialnych. Nie ma nowoczesnego sprzętu. Górnicy pracują tak jak od wieków: mają własne ręce, kilof, dynamit i drewniany wózek.
W dwustu aktywnych dziś korytarzach pracuje około 15 tys. górników. Korytarze we wnętrzu góry kopią bez map i GPS-a – i nie wiadomo, kiedy góra się zawali, bo drążona od wieków przypomina już wewnątrz szwajcarski ser. W 2011 r. zawalił się jej górny stożek. To nie powstrzymuje górników: w mieście nie ma żadnego przemysłu, z samej turystyki oddalone w górach miasto się nie utrzyma. Góra jest ich jedyną szansą na zarobek.
 
Tak wygląda piekło
Do kopalni wchodzą wąskimi, ciasnymi korytarzami. Pierwsze, co w nich uderza, to mordercze gorąco, we wnętrzu góry bywa nawet 45 stopni. W powietrzu, i tak mocno rozrzedzonym ze względu na wysokość (we wnętrzu góry to nawet 4800 m n.p.m.), unosi się pył. To sprawia, że człowiek ma wrażenie oddychania gęstą zawiesiną. Na ścianach widać nacieki. To arszenik.
Górnicy umierają młodo. Średnia długość życia wynosi tu 40 lat. Zabija ich pylica i rak płuc. Kilkadziesiąt osób rocznie ginie tragicznie w czasie pracy. Kiedy tragicznie ginie ojciec, jedyny żywiciel rodziny, nadal zdarza się – choć formalnie to nielegalne – że do pracy w kopalni idzie jego syn. Nawet wówczas, gdy jest jeszcze dzieckiem. Nie ma wówczas szans na wykształcenie, na zdobycie innego zawodu. Zamiast książek dostaje śmierdzący kombinezon i idzie w góry.
Zmiana trwa 12 godzin: tyle czasu spędzają we wnętrzu góry, w morderczej temperaturze i bez możliwości odetchnięcia świeżym powietrzem. Widzą nie dalej jak kilka metrów. Ślizgają się po wypełnionych błotem wertepach. W ścianie wiercą otwór, wkładają do niego dynamit, podpalają lont, a potem uciekają szybko wąskim, niskim i ciemnym korytarzem, żeby nie zabiły ich kruszące się kamienie. Potem wybierają spośród nich cenne rudy, ładują w drewniane wagoniki i pchają je ku wyjściu. W pracy przez całe 12 godzin nie jedzą. W takiej temperaturze i takim zapyleniu jeść się nie chce, zresztą to niebezpieczne ze względu na obecność silnie trującego arszeniku. Wszystko to na wysokości, na której w Himalajach wysportowani wspinacze przechodzą kolejną aklimatyzację i mówią, jakim wysiłkiem jest każdy krok. Jeden z zakonników odwiedzających kopalnię w Potosi mówił: „Jeśli tak wygląda piekło, nie chcę tam trafić ani na minutę”.
Wśród turystów, którzy kopalnię odwiedzili, też trudno szukać zachwytów czy nawet westchnienia satysfakcji, że było trudno, ale było warto. Przeciwnie. Powtarzają oni to samo, co misjonarz: nigdy więcej.
 
Kup pan dynamit
Kopalnie można zwiedzać i choć turyści mają tu moralne wątpliwości, czy oglądanie skrajnej biedy górników jak egzotycznego zjawiska w zoo nie jest dla nich formą upokorzenia, to sami mieszkańcy Potosi na turystów są przygotowani.
W kopalni górnicy mogą być zatrudnieni przez państwo lub pracować na własny rachunek. Nie mają wówczas pensji ani stawek godzinowych. Ile wydobędzie konkretna grupa robocza, tyle zarobi – oczywiście po odliczeniu czegoś w rodzaju podatku, czyli opłaty, do nadzoru kopalni i opłaty za wypożyczenie większego sprzętu. Drobny sprzęt muszą kupić sobie sami. Sami kupują również niezbędny do pracy dynamit. Turyści przynoszą więc korzyść podwójną. Jeśli ich oprowadzać po kopalni, po pierwsze zapłacą za bilety i przewodnika, po drugie, przyniosą obowiązkowe prezenty.
Prezenty kupują na targu, już w drodze z agencji turystycznej to kopalni. Na straganach nie ma wyprodukowanych w Chinach pamiątek. Są maseczki, rękawice i dynamit, który można tu kupić absolutnie legalnie. Są papierosy, jest wreszcie mocny, 96-procentowy alkohol i koka, bez której przetrwanie pod ziemią pół doby ciężkiej pracy bez powietrza i jedzenia byłoby zwyczajnie niemożliwe. Turysta kupuje tu prezent dla górników, których spotka w kopalni. Potem zostawia gdzieś w szopie torby i plecaki, z którymi nie zmieści się w chodnikach kopalni. Zostawia swetry i kurtki, w których w kopalni się ugotuje. Wkłada górniczy kombinezon i kalosze, w którym to ubraniu zaraz spływa od potu – i schodzi w ciemność, żeby zobaczyć życie w piekle. Wcześniej podpisuje dokument, że jest świadomy tego, co robi, i że agencja turystyczna nie ponosi odpowiedzialności za jego bezpieczeństwo.
 
Wujek diabeł
Piekło to nie jest wyłącznie skojarzenie turystów z bogatego europejskiego świata. W kopalni mieszka Tio. Tio to bóg podziemnego świata. Można tłumaczyć to słowo dosłownie, jako „wujaszek”. Ale Tio nie wziął się znikąd. Wielu mówi, że to po prostu Dios, Bóg, a wymowa „d” dla miejscowych ludzi jest za trudna, więc z czasem Dios stał się Tio. Misjonarze twierdzą, że Tio wziął się również z błędów, popełnionych przez pierwszych ewangelizatorów tych ziem. Mówili oni, że Pan Bóg mieszka w niebie, a diabeł pod ziemią – ludzie uznali więc, że moc dobrego Boga pod ziemię nie dociera. Jednak skoro oni tam właśnie pracują, to muszą zadbać o łaskawość tego, który tam jest panem. Dlatego każdy dzień pracy zaczynają od wizyty w „kapliczce” – miejscu, w którym siedzi przedziwny i dość koszmarny posąg Tio. Wszystko pod ziemią należy do niego, więc górnicy zabrać mogą swój urobek tylko za jego zgodą, w zamian koniecznie coś od siebie zostawiając. Składają mu więc ofiary: polewają posąg spirytusem, wkładają w usta papierosy albo kokę. Czasem zdarzy się, że ktoś przyniesie płód lamy, który gnije potem leżąc między stęchłymi liśćmi koki, pustymi butelkami i paczkami po papierosach. „Kiedy opuszczamy kopalnię, jesteśmy chrześcijanami – przyznają górnicy. – Ale tutaj, w kopalni, rządzi Tio”.
To nie jest cała prawda o Potosi. To nadal jest miasto, w którym mieszka tylu ludzi, co w naszej Gdyni. Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO uważane jest za kolebkę andyjskiego baroku. W mieście działa duża i renomowana szkoła, prowadzona przez franciszkanów, w której setki dzieci i młodzieży mogą zdobyć wykształcenie. Działają sklepy, banki, muzea. Wszystko jednak dzieje się nadal w rozrzedzonym powietrzu, tuż pod chmurami i w cieniu wielkiej góry, która niegdyś przyniosła miastu bogactwo, a dziś przynosi pracę – w pakiecie ze śmiercią.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki