Logo Przewdonik Katolicki

Cicha noc, długa noc

Dominik Robakowski
fot. Blickfang/Adobe Stock

Są na ziemi miejsca, w których słowa kolędy Cicha noc brzmią wyjątkowo trafnie. Na kole podbiegunowym noc jest nie tylko cicha, ale też bardzo długa.

Z państw europejskich jedynie Rosja, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Islandia (aczkolwiek w niewielkim stopniu) posiadają swoje terytoria powyżej 67 stopnia szerokości geograficznej. Tam właśnie zaczyna się koło podbiegunowe, a wraz z nim zjawisko występowania nocy polarnej. Na terenach zasiedlonych na stałe przez ludzi czas trwania całkowitych ciemności waha się od dwóch do czterech miesięcy. Mieszkańców nie ma zbyt wielu. Ich liczbę należy szacować na niecały milion. Jedynie 300-tysięczny Murmańsk można uznać za duże miasto. Zaledwie osiem innych ośrodków ma liczbę ludności większą niż 30 tysięcy. Im bliżej bieguna, tym osady stają się coraz mniejsze, a ich skład osobowościowy coraz barwniejszy. Na Spitsbergenie – jedynej zamieszkałej wyspie arktycznego archipelagu Svalbard – wśród liczącej niespełna 2700 mieszkańców społeczności odnajdziemy nie tylko Rosjan i Norwegów, ale też pracowników z Tajlandii, Filipin oraz międzynarodowe ekipy badawcze.
 
Noc inna niż wszystkie
Uczucie odosobnienia, długotrwałe ciemności, przenikliwe zimno to czynniki, które przez wiele lat uważano w obiegowej opinii za przyczynę depresji i samobójstw. Jak jednak pokazują najnowsze badania mieszkańców Svalbardu, wspomniane problemy są jednym z wielu mitów, jakie krążą o życiu na obrzeżach ludzkości. Co więcej, dla wielu mieszkańców pola podbiegunowego noc polarna jest czasem przyjemnym. Nie miewają oni także problemów z bezsennością, o które łatwo u osób, które przybywają tu jedynie na kilka dni. Zresztą trudno, aby mieszkańcy strefy polarnej narzekali – większość przyjechała tu z własnej inicjatywy.

Na krańcach Norwegii, Szwecji i Finlandii początek nocy polarnej łączy się z rozpoczęciem Adwentu. Choć społeczeństwo Skandynawii należy do wyjątkowo zlaicyzowanych, to jednak w warstwie symbolicznej okres oczekiwania na święta Bożego Narodzenia jest tutaj bardzo ważny. Podobnie jak w innych częściach świata, i tu trwa szał przedświątecznych zakupów, które z racji położenia należy zamawiać z dużym wyprzedzeniem. Trzeba zadbać nie tylko o prezenty, ale też o tradycyjne potrawy – te w zdecydowanej większości za koło podbiegunowe trafiają już gotowe i wymagają jedynie podgrzania.
Świątecznym elementem, do którego mieszkańcy dalekiej północy przywiązują szczególną wagę, są ozdoby. Już od początku listopada mrok nocy polarnej rozświetlają bogate iluminacje. Charakterystyczne dla Skandynawów są także tzw. gwiazdy adwentowe, czyli ozdoby przypominające Gwiazdę Betlejemską. Możemy zobaczyć je w oknach niemal każdego domu. Podobnie ma się rzecz ze świecznikami o charakterystycznej schodkowej budowie i figurkami jultomtarów, czyli sympatycznych skrzatów z dawnych legend nordyckich. Typowo szwedzką ozdobą jest także julbock, czyli figurka słomianego koziołka. Choć dziś jest to niewinna ozdoba, to przed wiekami właśnie owo zwierzątko miało przynosić świąteczne prezenty. Etatu pozbawił go oczywiście pewien jowialny jegomość z reklam Coca-Coli.
Choć nawet w tak odległym miejscu świata jak koło podbiegunowe święta uległy komercjalizacji, to jednak z oczywistych względów postępuje ona wolniej niż na południu Skandynawii. Zorza polarna wciąż jest w stanie oderwać ludzi od telewizorów, a przenikliwe zimno i ciemności przypominają o marności tego świata. Dla oszczędnych w emocjach Skandynawów Boże Narodzenie stanowi najbardziej rodzinne święto. Na co dzień poważni i zdystansowani mieszkańcy koła podbiegunowego nie tylko potrafią zasiąść przy wspólnym stole, ale też wspólnie śpiewać czy tańczyć wokół choinki.
 
Jul, czyli święta po skandynawsku
Sama tradycja obchodzenia świąt w okresie przesilenia zimowego obecna była w Skandynawii jeszcze w czasach przedchrześcijańskich. Pierwotnie największe obchody przypadały na 12 grudnia, który uważano za dzień, w którym słońce się zatrzymuje. Pozostałością po tym wydarzeniu jest przypadające następnego dnia święto św. Łucji obchodzone głównie w Szwecji, ale też i w Norwegii. Tego dnia przez ulice miast przechodzą uroczyste pochody chłopców i dziewcząt przebranych w białe szaty i dzierżących świece. Dziewczynka na czele, ze świecami wplecionymi w wianek, symbolizuje świętą męczennicę.
Pierwotnie 12 grudnia poświęcony był jednak najwyższym bóstwom nordyckim. W najważniejszej świątyni skandynawskiej w Uppsali składano tego dnia nawet ofiarę z człowieka. Poddani władcy na szczęście ograniczali się do ofiary z dzika, którego spożywano w ramach uczty.
Gdy na przełomie X i XI w. na półwysep dotarli pierwsi misjonarze chrześcijańscy, postanowili powiązać święta pogańskie z nową religią. Datę święta skorelowano z wigilią Bożego Narodzenia. Najbardziej trwała okazało się sama nazwa – jul, która jest synonimem świąt po duńsku, norwesku i szwedzku. Działalność misjonarzy oraz wzajemne kontakty kulturowe sprawiły, że nazwa święta w zmodyfikowanej formie przyjęła się także na Islandii (jol) czy Estonii (joulud). Ciekawy jest przypadek Finlandii, gdzie nie tylko Boże Narodzenie nazywa się terminem Joulu, ale cały grudzień bierze swoją nazwę od świąt (joulukuu).
Inne elementy kultury pogańskiej przeniknęły nie tylko do świąt w wydaniu skandynawskim, ale wręcz rozprzestrzeniły się po całym świecie. Wystarczy wspomnieć chociażby o jemiole i ostrokrzewie, które stanowiły istotny element dawnych rytuałów, a dziś są nieodzownym elementem świątecznych kartek, serwetek i obrusów.
Historycy spierają się także o to, czy to właśnie nie Skandynawowie jako pierwsi przystrajali świąteczne choinki. Z pewnością nie czynili tego mieszkańcy koła podbiegunowego, gdzie z racji niekorzystnych warunków klimatycznych drzewa nie występują. Na szczęście choinki trafiają do takich miejsc jak Tromso czy Svalbard z południowej Norwegii.
 
Kto przynosi prezenty
Najważniejszym dniem świąt dla mieszkańców koła podbiegunowego, podobnie jak i dla całej Skandynawii, jest 24 grudnia. Najbardziej czekają na niego dzieci. Od samego rana w wielu domach słychać odgłos szeleszczącego papieru. Trwa odpakowywanie prezentów – nikt nie czeka kurtuazyjnie do wieczora, bo przecież ciemności trwają już od samego rana. Praktycznie w całej Skandynawii prezenty przynosi mutacja lokalnego skrzata i anglosaskiego Santa Clausa. Wyjątkowa jest pod tym względem Islandia, w której do przynoszenia prezentów zaprzęgnięto aż dwunastu „świątecznych chłopców”, czyli… gromadę trolli. Na lodowej wyspie prezenty dostaje się dzięki temu codziennie przez dwanaście dni. Z resztą folklor islandzki zaskakuje nie tylko tym: jeśli na wigilii nie pojawimy się z nowym elementem garderoby, grozi nam pożarcie przez… wrednego świątecznego kocura.
Po rozpakowaniu prezentów rodziny spotykają się przy suto zastawionym stole. Nie ma przy tym zwyczaju czekania na pierwszą gwiazdkę, o którą za kołem podbiegunowym nietrudno. Świąteczne menu z pewnością może zszokować Polaków – uczta nie ma bowiem postnego charakteru. Stoły uginają się pod ciężarem mięsiw. To spadek po reformacji. Protestanci uznali post za praktykę zabobonną i aby jeszcze bardziej odciąć się od katolicyzmu, tradycyjną wigilię przekształcili w wystawną ucztę. Wieprzowe lub baranie żeberka, grzane wino (glogg), a przede wszystkim szynka, która zastąpiła dawną ofiarę z dzika – to tylko część z obowiązkowych pozycji, które muszą pojawić się na skandynawskim stole. Niechętnie za to sięga się dziś po tradycyjne potrawy, będące spuścizną po trudnym warunkach życia na północy. Nie ma co się dziwić – nie są najsmaczniejsze. Wystarczy wymienić norweski lutefisk, czyli rybę traktowaną ługiem, albo islandzką sfermentowaną płaszczkę.
 
Kolęda na końcu świata
W całym świątecznym zgiełku trudno dostrzec religijny wymiar świąt. Właściwie przypominają o nim tylko dwa elementy. Pierwszym jest szopka, która przebyła jednak długą drogę, aby trafić do protestanckich kościołów, a później i samych domów.
Drugim elementem jest oczywiście świąteczne wyjście z rodziną do kościoła. Choć od czasów reformacji pasterki nie sprawuje się w nocy, to jednak pierwsza Msza w dniu 25 grudnia ma wyjątkowo uroczysty charakter. Dla wielu Skandynawów jest to jedyny dzień w roku lub jeden z nielicznych w życiu, gdy udają się do kościoła.
To jednak tylko jedna strona medalu. Ostatnie lata to dla Skandynawii okres intensywnego wzrostu liczby wyznawców islamu, ale też i katolicyzmu. W dużej mierze wiąże się to z licznymi imigrantami z Bliskiego Wschodu, ale też Europy Środkowej. Proces rozwoju katolicyzmu widoczny jest szczególnie za kołem podbiegunowym.
Zdecydowana większość katolików na tym obszarze podlega prałaturze terytorialnej w Tromso. Obejmuje ona ponad 6 tysięcy wiernych, z czego mniej więcej połowa mieszka w polu podbiegunowym. Choć liczby te wydają się niewielkie, to jednak wspólnota cały czas się rozwija – katolików jest w tym rejonie dziesięć razy więcej, niż miało to miejsce w latach 80. XX w. Co więcej, trzeba pamiętać, że wskutek działań protestanckich władców praktycznie do początku XVIII w. ze Skandynawii pozbyto się niemal wszystkich katolików.
Ponownie w Norwegii pojawili się dopiero w latach 40. XIX w. Były to osoby z zewnątrz, zresztą i współcześnie 60 proc. katolików w Norwegii nie jest Norwegami. Szacuje się, że wśród wiernych przychodzących na Msze do prokatedry w Tromso znajdują się przedstawiciele aż 70 nacji. Znaczący udział mają w tym Polacy – wielu duchownych przybyło właśnie znad Wisły, a znalezienie polskiej Mszy nie należy do trudnych zadań.
Najbliższe święta będą szczególnie wyjątkowe dla wiernych z Alty – niewielkiego miasteczka położonego niemal na samej północy Norwegii. W przeszłości było to ważne miejsce dla skandynawskiego katolicyzmu: w 1855 r. powołano do życia Prefekturę Apostolską dla Pola Arktycznego (Praefectura Apostolica Poli Arctici), którą nazywano potocznie misją na biegunie północnym (Nordpolmisjonen). Swoją siedzibę miała ona właśnie w Alcie. Trudne warunki sprawiły, że ostatecznie pomysł misji arktycznej został zarzucony – ostatni misjonarze opuścili to miejsce w 1898 r. Niemniej owoce ich działalności okazały się trwałe – powstały kościoły, do północnej Norwegii dotarły pierwsze zakonnice. Sama Alta przez wiele lat nie posiadała własnej świątyni, później pojawiła się kaplica. Dopiero w czerwcu tego roku, po 120 latach oddano do użytku nowy kościół katolicki pw. św. Józefa. W wigilijny wieczór po raz pierwszy usłyszymy w nim delikatne dźwięki kolędy. Choć to dopiero niewielki płomień, to jednak światło wiary coraz bardziej rozświetla mrok polarnej nocy.

 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki