Logo Przewdonik Katolicki

Nasze groby kochane

Monika Białkowska i ks. prof. dr hab. Henryk Seweryniak
fot. koosen Adobe Stock Wikipedia Polona RW/ AR

Ks. Henryk Seweryniak: Pojechałem w tym roku do mojej ukochanej Sieny – i do Florencji, której po prawdzie to nie lubię. Pochodziłem trochę, do katedry wejść się nie dało, bo tłumy potworne. Poczekałem tylko w kolejce do kościoła Santa Croce, żeby pójść na grób Michała Anioła i Galileusza. Potem idę, patrzę, a tu tabliczka: „Via Senese”.

Skojarzyłem, że to gdzieś tu musi być pochowana Oriana Fallaci. Jadę, rzeczywiście, wielka brama, wejście na cmentarz i wisząca przy bramie żółta kartka z wypisanymi nazwiskami znanych, którzy mają tu swoje groby. Myślałem, że jej grobu nie znajdę, kiepsko się orientuję na cmentarzach, na dodatek gorąco było strasznie, nieprzyjemnie. Ale patrzę – jest! Kamienny blok, który znałem ze zdjęć w internecie, a na nim napis: „Oriana Fallaci, pisarz” i daty. Ten blok stoi na polu grobowym, w jego centrum jest piękna mozaika z Chrystusem nauczającym, obok kamienie ku czci jej matki i ojca z inskrypcjami, które pewnie ona dla nich układała. Trochę zły byłem, że w Wikipedii pokazują tylko fragment, tylko ten betonowy blok, a nie całość. Tego Jezusa to, mam wrażenie, mógł robić sam ojciec, Edoardo Fallaci. On był takim majsterkowiczem, lubił coś malować, a na dole mozaiki, gdzie odpadło kilka kamyków, widać dwie litery: E. F…
Wzruszający też dla mnie był grób Oskara Schindlera w Jerozolimie. Jest w pobliżu kościoła św. Piotra in Gallicantu, na katolickim cmentarzu, gdzie pochowanych jest mnóstwo Polaków, którzy szli z Armią Andersa. Prosta, kamienna płyta z krzyżem, na której Żydzi, zgodnie ze swoim zwyczajem, kładą kamienie zamiast kwiatów. Nie ma to nic wspólnego z tym wielkim, patetycznym grobowcem, jaki widzieliśmy w filmie…
 
Monika Białkowska: Ja lubię cmentarz w Mogilnie. Zakładał go ks. Piotr Wawrzyniak. To był naprawdę wielki wielkopolski społecznik z czasów zaborów, Niemcy nazywali go „niekoronowanym królem Polski”. A cmentarz on sam wymyślał i planował wokół starego, benedyktyńskiego kościółka, dziś już nieistniejącego, bo zależało mu, żeby był świetnie zaprojektowanym parkiem. I był z tego miejsca dumny, i swoich gości, których odbierał ze stacji kolejowej, zawsze najpierw tam prowadził, choć ani trochę mu nie było w drodze na plebanię. I w końcu sam tam spoczął, w centralnym miejscu. Szkoda, że dziś to miejsce straciło swój charakter, że wycina się drzewa, że myśli się o tym miejscu użytkowo. A tam ludzie mieli się czuć dobrze – jakkolwiek to dla niektórych dziwnie może brzmieć w kontekście cmentarza. Ale w sumie, dlaczego nie?
 
HS: To jest ten najbardziej twój cmentarz? Zauważyłaś, że w życiu mamy zwykle tylko jeden, który jest taki naprawdę ważny?
 
MB: Tak. Tam wracam jak do domu. Potem są pojedyncze groby gdzieś w świecie, ale cmentarz mój jest jeden. Potrafię na nim opowiedzieć życie swoje, życie miasta, dziesiątki historii.
 
HS: Mój cmentarz też jest dla mnie ważny, nie tylko dlatego, że są tam moi bliscy, ale też dlatego, że jest on pewną osią. Oprócz kościoła jest na nim kwatera poległych żołnierzy, kwatera rozstrzelanych w 1939 r. z miejscowym burmistrzem, posłem, szefem policji, dyrektorem szkoły, z trzema wikariuszami, którzy poszli do więzienia za swojego proboszcza, nie wiedząc pewnie, że idą na śmierć. Próbujemy się teraz starać o ich beatyfikację. Właśnie dzięki takim miejscom i takim historiom nasze groby są ważne i ważne są nasze polskie wędrówki na cmentarze. I same cmentarze też są ważne. Zobacz, że chrześcijaństwo nie od razu zaczęło tworzyć swoje własne. A kiedy już zaczęło, to zawsze były to cmentarze wokół kościoła. W kościołach pochowani byli męczennicy, chodziło więc o to, żeby ich zmarli byli blisko męczenników i mogli się wstawiać za ich przyczyną.
 
MB: Ja tylko nie lubię, jak się wokół cmentarzy buduje taką aurę smutku. To wcale nie są smutne miejsca! One są fascynujące. OK, przypominają, że wszyscy umrzemy, ale to chyba nikogo nie zaskakuje. Na cmentarzach płaczą ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego niedawno i zwyczajnie za nim tęsknią.
 
HS: Kiedy moja mama nie mogła już za dużo jeździć, to jedyna trasa, w którą jeszcze dawała się z domu wyciągnąć, prowadziła właśnie na cmentarz. Tam chciała. Nie tylko dlatego, że tam leży jej mąż, ale dlatego, że czuła się tam swojsko. Kiedyś robiliśmy takie duże kółko między grobami, potem z czasem coraz mniejsze, teraz jak już pójdziemy, to tylko kawałek. Ale masz rację, w tym nie ma smutku. Ale jesteśmy przecież chrześcijanami! Wierzymy, że tu się wszystko nie kończy! Ja to czasem nie wiem, patrząc na ludzi, czy oni by sobie chętnie jeszcze nie pojedli i nie popili na tym grobie!
 
MB: A w sumie co w tym złego? Tak jest w kulturze romskiej, żeby nie szukać daleko, w Gruzji pija się wino ze zmarłymi, w Meksyku już w ogóle jest wielka uczta. Ostatnio nawet tak mi przyszło do głowy, że fajnie by było móc spotkać się z tymi wszystkimi bliskimi zmarłymi przy jednym stole. Z tymi, których znałam, ale też z tymi, których znam już tylko ze słyszenia. Usiąść i pogadać jak przy urodzinowym torcie, zapytać, co czuli, co myśleli, jak żyli, dopytać o te wszystkie ważne sprawy, o które nie zdążyliśmy zapytać za życia i które umarły razem z nimi. Czy to by nie była cudna impreza? Jak w ten sposób o zmarłych myślę, to nie ma w tym smutku – jest raczej tęsknota, takie wyrywanie się serca do czegoś, co jest niemożliwe – przynajmniej na razie!
 
HS: Fajnie, że jeszcze mamy taką wrażliwość i taką tęsknotę. Widziałem parę cmentarzy we Francji, to są często miejsca opuszczone, na które nikt już prawie nie przychodzi. Dlatego tę naszą kulturę cmentarną trzeba mocno chronić. I przy okazji dbać o nią, bo braki jednak mamy potężne. Te ogromne kolubryny z chińskiego granitu, żeby zaimponować sąsiadom – bo przecież zmarłym do niczego to nie jest potrzebne. Brzydkie, z powtarzalnymi motywami, bez odrobiny smaku, w niczym nie przypominają grobowców, które były kiedyś dziełami sztuki. Sztuczne kwiaty. Plastikowe znicze, po których zostają potem całe zwaliska śmieci.
 
MB: Oj. To teraz ksiądz uderzył w moje eko-sumienie. Takie staroświeckie, szklane czy gliniane znicze są piękne, ale nigdy nie wiadomo, czy będą się palić, bo to wiatr, deszcz, kto przewidzi pogodę w listopadzie? Te najbardziej nowoczesne, elektryczne, wydają mi się jakieś bezduszne, żywy ogień to jednak ogień, a nie jakieś tam sztuczne światełko. A znicze, nawet szklane, mają plastikowy wkład, więc jak by nie było, śmiecimy… I co mam teraz z tą myślą zrobić?
 
HS: Nic. Pamiętaj, że wyrzuty sumienia są pierwszym krokiem, do nawrócenia! Mamy jeszcze na to małą chwilę.
 
MB: Dopóki żyjemy!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki