Logo Przewdonik Katolicki

Edukacja seksualna: czas na poważną rozmowę

Piotr Jóźwik
fot. Slovoslave/Adobe Stock

Pytanie o edukacje seksualna w szkole nie powinno brzmieć „czy” ale „jak”. Dyskusja w tej sprawie dopiero przed nami O tym, jak poważny to problem, świadczy zamieszanie wokół projektu „Stop pedofilii”, którym już w powyborczym tygodniu zajął się Sejm. Obywatelski projekt ustawy, który poparło 265 tys. ludzi (przypomnę, że do złożenia takiego projektu w Sejmie wystarcza 100 tys. podpisów), posłowie kończącej się kadencji głosami rządzącej większości zdecydowali się przekazać do dalszych prac.

Skąd te kontrowersje
Co kontrowersyjnego jest w propozycji, za którą stoi m.in. Mariusz Dzierżawski i jego Fundacja Pro-prawo do życia? Spójrzmy na uzasadnienie do projektu. Czytamy w nim, że „proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. «edukacji» seksualnej”. Autorzy zastrzegają, że za tę deprawację i demoralizację odpowiadają środowiska, które „opierają swoją działalność na Standardach Edukacji Seksualnej w Europie autorstwa WHO i BZgA (lub są pod ich dużym wpływem)”. Nie jest to więc inicjatywa wymierzona w edukację seksualną w ogóle. Ale z drugiej strony prawdą jest, że w całym uzasadnieniu do projektu „Stop pedofilii” próżno szukać choćby jednego pozytywnego słowa na temat jakiejkolwiek formy edukacji seksualnej.
W warunkach coraz ostrzejszego sporu światopoglądowego, z jakim mamy do czynienia w Polsce, trudno się dziwić, że inicjatywa została odebrana jako zamach na edukację seksualną w ogóle. Tym bardziej że to nie pierwszy raz w ostatnim czasie, gdy takie zajęcia stają się przedmiotem sporu. Kilka tygodni temu, na starcie nowego roku szkolnego, głośno było o tym, że do szkół bez wiedzy rodziców wchodzą różne kontrowersyjne organizacje demoralizujące i deprawujące młodzież, a robią to właśnie pod płaszczykiem edukacji seksualnej.
Osobna sprawa to środowisko stojące za inicjatywą „Stop pedofilii”, znane ze swoich radykalnych działań. W 2016 r. złożyło ono w Sejmie obywatelski projekt „Stop aborcji”. Dotyczył on całkowitego zakazu aborcji, ale zakładał również, że dokonujące jej kobiety mogą zostać ukarane pozbawieniem wolności. Tamta propozycja wywołała rozłam w środowisku obrońców życia, karaniu kobiet sprzeciwił się również Kościół, a projekt „Stop aborcji” wywołał olbrzymi sprzeciw społeczny w postaci tzw. czarnych protestów.
 
Edukacja seksualna – tak, ale jaka?

Jako próbę obrony edukacji seksualnej należy odebrać głos rzecznika polskiego Episkopatu. „Kościół katolicki nie jest przeciwny odpowiedzialnej edukacji seksualnej” – powiedział ks. Paweł Rytel-Andrianik. Rzecznik przypomniał, że już Sobór Watykański II podniósł potrzebę „pozytywnego i mądrego wychowania seksualnego”, skierowanego do dzieci i młodzieży, „odpowiedniego do wieku”, „wykorzystując postęp nauk psychologicznych, pedagogicznych i dydaktycznych”. Ks. Rytel-Andrianik powołał się też na papieża Franciszka, który w swojej adhortacji Amoris laetitia napisał, że „wielką wartość ma taka edukacja seksualna, która pielęgnuje zdrową skromność, chociaż niektórzy utrzymują, że to sprawa z innych czasów. Jest to naturalna obrona osoby, chroniącej swe wnętrze i unikającej zamienienia się jedynie w przedmiot”.
Pytanie o edukację seksualną w szkole nie powinno więc brzmieć „czy”, ale „jak”. Poważna dyskusja w tej sprawie dopiero przed nami. Pomocne w niej mogą być ustalenia specjalistów i dane statystyczne.
Amerykańska Akademia Pediatrii wyróżniła trzy główne rodzaje wychowania seksualnego. Typ „A” to wychowanie do czystości – abstynencji seksualnej, bez propagowania antykoncepcji. Typ „B” to biologiczna edukacja seksualna. Typ „C” to złożona edukacja seksualna łącząca oba te podejścia. W polskich szkołach w ramach przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie” od 1999 r. realizowana jest edukacja seksualna typu „A”. W Europie Zachodniej dominuje typ „B” lub „C”.
Różnicę widać w liczbach. Na Zachodzie odnotowuje się większą liczbę młodocianych ciąż, aborcji i chorób przenoszonych drogą płciową. Za przykład niech posłuży zestawienie Polski, Szwecji i Wielkiej Brytanii (edukację typu „B” wprowadzono tam odpowiednio w latach 50. i 90.). Według badań Eurostatu z 2012 r. na 1000 dziewcząt w wieku 15–19 w ciążę zaszło w Polsce niespełna 14, w Szwecji prawie 26, a w Wielkiej Brytanii niemal 40. Jeśli chodzi o aborcję, w Polsce dokonało jej 0,02 dziewczyny, w Szwecji 20, a na Wyspach 19. I jeszcze liczba zachorowań na HIV/AIDS na 100 tys. mieszkańców (to już dane WHO z 2012 r.): Polska – 3,2, Szwecja – 4,7, Wielka Brytania – 10,6.
W ten sposób upada argument mówiący, że wystarczy dać młodym ludziom wiedzę, by zapobiec niepożądanym skutkom współżycia seksualnego. Na przykładach w Szwecji i Wielkiej Brytanii widać, że to nieprawda.
 
Jest o czym rozmawiać

Czy zatem nie ma o czym rozmawiać? Wręcz przeciwnie. Młodzi ludzie dojrzewają dziś szybciej niż poprzednie pokolenia. Kontakt ze światem seksu mają na wyciągnięcie ręki, czasem nawet wtedy, gdy go nie szukają. Rodzice, którzy tak chętnie dziś deklarują, że wprowadzanie dzieci w świat seksualności to ich wyłączna kompetencja, niekoniecznie są dla nieletnich partnerami do rozmów.
Co można zrobić? Rozwiązaniem nie jest program proponowany przez WHO, który zakłada szybkie wprowadzanie dzieci w świat seksu, dopuszczając w nim wszystkie możliwe modele i konfiguracje, z których żadna nie jest lepsza od innych – wystarczy, że zainteresowane strony wyrażą na to zgodę, odbędzie się to z zachowaniem zasad bezpieczeństwa i będzie przyjemne.
W jednym z autorami inicjatywy „Stop pedofilii” można się zgodzić. „Coraz częściej propaguje oraz pochwala się sytuacje, kiedy to małoletni podejmują współżycie ze sobą. W konsekwencji, obowiązujący stan prawny nie nadąża za przemianami społecznymi, jakie można zaobserwować w dzisiejszych czasach. Skutkują one akceptacją, a w najlepszym razie obojętnością wobec zachowań, których skutki są dla małoletniego negatywne” – czytamy w uzasadnieniu obywatelskiego projektu. To prawda. Ale do poważnej rozmowy na tak ważny temat nie uda się nikogo przekonać – tak jak robi to projekt „Stop pedofilii” – upraszczaniem sprawy edukacji seksualnej do propagowania współżycia małoletnich. Osobna sprawa to, czy w warunkach tak ostrego ideologicznego sporu rzeczowa rozmowa jest w ogóle możliwa.
 
 
O co chodzi w projekcie „Stop Pedofilii”?
Projekt skupia się na artykule 200b Kodeksu karnego.
Dziś ogranicza się on do jednego zdania: „Kto publicznie propaguje lub pochwala zachowania o charakterze pedofilskim, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Według obywatelskiego projektu artykuł miałby zostać rozszerzony. Tej samej karze miałby podlegać ten, „kto publicznie propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego”. Wyższa kara – do lat 3 – czekałaby natomiast tych, którzy robią to „za pomocą środków masowego komunikowania” lub „działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej”. W tym ostatnim przypadku chodzi nie tylko o propagowanie lub pochwalanie przez osoby, które nie ukończyły 18. roku życia obcowania płciowego, ale także innych czynności seksualnych.

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki