Logo Przewdonik Katolicki

Radość karpi przed Bożym Narodzeniem

Piotr Zaremba
fot. Magdalena Książek

Od jakiegoś czasu piszę o rocznicy wybuchu II wojny światowej co roku. Ta będzie szczególna, bo okrągła i z Donaldem Trumpem goszczącym u nas. Jestem przedstawicielem pokolenia, któremu wojna śniła się jeszcze nieraz po nocach. Urodziłem się 18 lat po jej zakończeniu, ale wspomnienia rodziców plus cała peerelowska popkultura na czele z filmami – to nie pozostawało bez śladu. A dziś?

Wojna jest dla nas nawet odrobinę istotniejsza niż powiedzmy 20 lat temu. Częściej się o nią spieramy – i z innymi państwami, narodami, i wewnątrz własnej wspólnoty. Spory to najróżniejsze, czasem będące trochę kluczem do współczesnych interesów. Jak w przypadku próby częściowego oczyszczania Niemców przerzucających współodpowiedzialność za Holokaust na inne narody, w tym nasz. Albo kiedy Rosjanie usiłują po orwellowsku zmienić sens historii obroną Paktu Ribbentrop-Mołotow.

Jest też podskórna, ale chyba narastająca różnica wśród samych Polaków. Przed dwoma tygodniami polskie władze zorganizowały defiladę z okazji Święta Wojska Polskiego – w Katowicach. Była jakaś prawda w uwagach opozycji, że i rozmach i przeniesienie imprezy na Śląsk miały również naturę wyborczą. A zarazem to dobrze, że właśnie w tym regionie poszukano okazji do krzesania patriotycznych emocji. Choćby z uwagi na skomplikowane relacje Śląska z resztą Polski.

Ale ja trochę o czym innym. Oto gdzieś na marginesie potężnej wojskowej demonstracji  swoje odrębne stanowisko zademonstrowali pacyfiści. Że nie powinno się mamić Polaków militarną mobilizacją, bo wynikają z tego nieszczęścia. Stali więc smętnie z odpowiednimi transparentami. Te gesty stały się tu akurat udziałem nielicznych, ale w rozmaitych gestach lewicowych środowisk raz po raz odnajduję niechęć do rzekomego „prężenia muskułów”. Bo militaryzm, bo maczyzm, bo triumf społeczeństwa patriarchalnego. Te epitety się mnożą.

15 sierpnia to akurat rocznica jednego z niewielu bezdyskusyjnych polskich sukcesów militarnych, podczas gdy II wojna światowa była zwycięstwem bez zwycięstwa. Nie chcę teraz wdawać się w inną polemikę – na temat decyzji aby przeciwstawić się roszczeniom Niemiec, które chciały nas zmieniać w wasala. W takim kierunku ciągnie nas z kolei część, na szczęście mniejsza, ludzi prawicy. Za to opowiadanie, że wnioskiem z tragedii 1939 roku powinno być wyłącznie demonstrowanie pokojowych intencji za wszelką cenę, uważam za mnożenie szkodliwych złudzeń. Powinniśmy być gotowi, aby się bronić. Wszystko, co temu szkodzi, uważam za błąd. Łącznie z podważaniem sensu bohaterstwa naszych przodków – w imię walki z „mitami”. Jak ktoś chce kreować pokolenia mięczaków, niech pamięta o konsekwencjach.
Ale oczywiście to nie jest jedyne wyzwanie na przyszłość. Około roku 1938 pokaźne kręgi Polaków, niestety także reprezentujące obóz wtedy rządzący, uległy innemu złudzeniu. Iluzji wiary, że można obronić polską niepodległość, podważając równocześnie system wersalski, który nam ją przyniósł. Polska miała niewielkie pole manewru, błąd był pewnie bardziej teoretyczny, ale i tak nie warto go powtarzać.

I nie wystarczy pokładać dziś nadziei w jednym czynniku. Cieszmy się z amerykańskich żołnierzy w Polsce, prowadźmy bardzo skądinąd kosztowne gry z Trumpem. Ale powojenny system gwarantujący Europie, więc także nam, pokój i bezpieczeństwo, to także Unia Europejska. Nie musimy być wobec niej ulegli i wychwalać jej we wszystkim. Ale radość, kiedy ta europejska machina, niechby ociężała i nieefektywna, trzeszczy czy się chwieje, to radość karpi, że oto nadciąga Boże Narodzenie. Naprawdę.

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki