Logo Przewdonik Katolicki

Tęsknota za zmianą

ks. dr Mirosław Tykfer

Pustka życia, nieustanne zmęczenie, zniechęcenie duchowe. Tak bywa. Niektórzy mówią, że nawet często. Może to praca, może problemy osobiste. A może przyczyna jest prostsza, a lekarstwo w zasięgu ręki?

Odpowiedzi szukam w Ewangelii na święto Przemienienia Pańskiego. Już sama nazwa daje nadzieję, że możliwa jest jakaś zmiana. Tylko jaka? W tekście czytamy, że Jezus przemienił się wobec uczniów i ukazał im swoją Boską twarz. Wszystko wydaje się jasne: po to Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana, aby umocnić ich wiarę w Jego boskość. Po to się przemienił. Tyle że to nadal dotyczy Jezusa, a nie uczniów. To On się przemienił. Jaka więc z tego nadzieja dla nas?
 
Co naprawdę zajaśniało?
Otóż w Ewangelii wg św. Łukasza czytamy, że „Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić”. No właśnie: aby się modlić. Autor tekstu podkreśla tę intencję Jezusa i o innej nie wspomina. Możemy się oczywiście domyślać, że Jezus mógł przewidywać, co się wydarzy, że to nie będzie zwykła modlitwa. Czy powinniśmy jednak taką wersję wydarzeń zakładać? Czy nie powinniśmy raczej uważnie słuchać opowiadania biblijnego i krok po kroku wyciągać wnioski? Tym bardziej że wiele świadectw tradycji Kościoła, szczególnie wschodniego, nawiązuje właśnie do modlitwy Jezusa. Wielu antycznych autorów podkreśla, że modlitwa była wydarzeniem centralnym tego, co miało miejsce na górze Tabor i że przede wszystkim do modlitwy zostali zaproszeni przez Jezusa najbliżsi uczniowie. Ci sami autorzy pokazują też skutki modlitwy, jakie ujawniły się na górze Tabor. Nie upraszczają przesłania Łukaszowej Ewangelii do faktu, że Jezus postanowił uczniom o sobie opowiedzieć przez znaki. Nie same znaki były owocem modlitwy, a Jezus wcale nie musiał się ich spodziewać. Przynajmniej nie w postaci aż tak spektakularnego wydarzenia, jakim były lśniąco białe szaty. A może lśniły one jedynie w oczach uczniów? Może to było tylko ich duchowe przeżycie? Polegałoby ono na tym, że Jezus wcale nie musiał zmienić barw, ale to raczej uczniowie, zachwyceni bliskością ukochanego Pana, zobaczyli Go nagle w innym, bardziej duchowym świetle własnej duszy.
 
Zmiana jest możliwa
W następnym wersecie tego fragmentu Ewangelii czytamy, że „Gdy [Jezus] się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe”. Autor tekstu kolejny raz powraca do tematyki modlitwy. Podkreśla w ten sposób, i to ponownie, że nie sam Jezus postanowił się przemienić, ale to raczej spotkanie Jezusa z Ojcem tak Go przemieniło. Argumentuje to najpierw poprzez opis znaków „odmienionej twarzy” i „lśniącego odzienia”. Autor opowiadania – można tak stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem – nawiązuje do postaci Mojżesza. Księga Wyjścia wspomina bowiem o Mojżeszu schodzącym z góry Synaj z tablicami świadectwa. I chociaż sam Mojżesz nie wiedział, że coś w jego wyglądzie się zmieniło, to jednak świadkowie mówią, że skóra na jego twarzy promieniała. A był to skutek – tak czytamy w tekście – spotkania Mojżesza z Bogiem. Gdy więc Aaron i inni Izraelici patrzyli z dala na schodzącego Mojżesza, nagle dostrzegli jego zmienioną twarz i bali się do niego zbliżyć. Nie był to oczywiście zwykły lęk przed jakimś ze strony Mojżesza zagrożeniem, ale wyraz szacunku i może pewnej „trwogi duchowej” wobec tajemnicy tego człowieka, który z Bogiem rozmawiał.
W nawiązaniu do tej zewnętrznej przemiany – która była też zapowiedzią lśniącej szaty zmartwychwstałego Chrystusa – w pierwotnym Kościele używano w liturgii specjalnych szat. Przynajmniej takie są nieliczne, choć bardzo wyraźne świadectwa pisane. Dla przykładu św. Hieronim wspomina o habicie do posługi liturgicznej, który jest inny od tego używanego do innych czynności. Św. Klemens natomiast zaleca prezbiterom używania do liturgii „lśniących szat”.
„Lśniąca twarz” i „odmienione odzienie” to tylko znaki tego, co znaczy być człowiekiem modlitwy. W scenie przemienienia Jezus pokazuje uczniom siebie jako człowieka modlitwy, zachęca do wejścia na drogę życia wewnętrznego, która prowadzi do zmiany – także ich duchowej zmiany i odkrycia głębszego sensu życia.
 
Wszystko zaczyna się w sercu
I Biblia, i Tradycja potwierdzają więc zasadność postawienia doświadczenia duchowego, czyli modlitwy i jej duchowych owoców, w centrum lektury wydarzenia z góry Tabor. Świadczyć może o tym także wcześniejszy fragment Ewangelii, który opisuje rozmowę Jezusa z uczniami na temat tego, jak jest On postrzegany przez innych. Jezus pyta wprost: „za kogo uważają mnie ludzie?”. Kiedy Piotr udziela poprawnej odpowiedzi, słyszy pochwałę: „ciało i krew nie objawiły ci tego, ale Ojciec mój”. Objawienie nie „z krwi i ciała” oznacza przesunięcie akcentu na wymiar duchowy: Ojciec mój ci powiedział. A jak to zrobił? Dlaczego Ojciec, a nie Jego Syn, który stoi przed Piotrem i może mu to zwyczajnie powiedzieć? Tak, Jezus mógłby powiedzieć: jestem Synem Bożym, ale to nie znaczy, że Piotr byłby zdolny, aby w to uwierzyć. Patrzył na człowieka. Dlaczego miał w nim dostrzec Boga? Tylko dlatego, że ten człowiek tak o sobie mówi? Otóż objawienie, o którym wspomina Jezus, to wewnętrzny głos Boga w sercu Piotra, który właśnie od wewnątrz, w jego duszy, przekonuje go do prawdy o Synostwie Bożym Jezusa. Wyznanie wiary Piotra musiało więc być owocem modlitwy, jakiegoś wewnętrznego, duchowego otwarcia na to, co Jezus mówi. Bez otwartego serca nie ma wiary. „Czy serce nie pałało w nas, kiedy mówił do nas i Pisma nam wyjaśniał” – pytali uczniowie idący do Emaus. I pytali słusznie, bo ich oczy właśnie z powodu niepałającego serca był „na uwięzi”, nie byli w stanie rozpoznać w Nim zmartwychwstałego Pana.
 
Nie ciało i krew
W tym samym rozdziale Ewangelii wg św. Łukasza czytamy więc wstęp do przemienienia Pańskiego, który w świetle rozmowy Jezusa z Piotrem nabiera głębszego znaczenia: „W jakieś osiem dni po (…) Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić”. Mniej więcej osiem dni po tamtym wydarzeniu – tzn. po rozmowie, w której Jezus przekonywał Piotra o potrzebie duchowego otwarcia na Boga. Teraz, kiedy zabiera On go na górę, to właśnie po to, aby się modlić i aby pokazać mu w pełni owoce modlitwy: objawienie Syna Bożego. Tyle że teraz już wiemy, że było to nie tyle czysto zewnętrzne objawianie Jego boskości w postaci „odmienionej twarzy” i „lśniącego oblicza”, ile przekonywanie Piotra do prawdy o sobie na sposób czysto zewnętrzny. Nie, nie „ciało i krew”, nie to co ludzkie miało go przekonać do wiary Chrystusa. Nawet nie te najbardziej spektakularne znaki, jakie mogłoby zobaczyć ludzkie oko. Jezus zabiera Piotra na modlitwę, aby jej duchowym owocem było spotkanie Jezusa sercem, i aby za pomocą serca, a nie tylko zewnętrznych znaków, mógł on zachwycić się Panem.
Nie byłoby więc sprzeniewierzeniem się samej Ewangelii, gdyby ktoś chciał odczytać przemienienie Pańskie w wymiarze czysto duchowym, czyli w taki oto sposób, że to oczy modlących się uczniów zobaczyły boskość Jezusa, to one widziały Jego blask. I że być może nic fizycznie w samym Jezusie nie uległo zmianie. Choć takie założenie jest czysto teoretyczne. Nawet jednak zakładając, że faktycznie Jezus mógł przemienić się w ich oczach, a nie czysto fizycznie, to najważniejsze jest to, co dokonało się w ich serach. Prawda o Chrystusie, Synu Bożym, stała się ich udziałem. Ich serca się przekonały. Nikogo tam postronnego nie było, ale nawet gdyby dołączył do nich ktoś, kogo serce było zamknięte, kto się nie modli, nie byłby w stanie zobaczyć blasku Chrystusa. Co zresztą znajduje potwierdzenie chociażby w scenie spotkania zmartwychwstałego Chrystusa z Szawłem, gdy ten spada prawdopodobnie z konia, oświecony blaskiem z nieba, choć inni uczestnicy tej wyprawy nic szczególnego nie dostrzegają. Nie są uczestnikami spotkania i objawienia, które w tym momencie dokonuje się w duszy Pawła.
 
Pan, który uwodzi
W tym kluczu należy też czytać kolejne wersety opisu przemienienia, w których jest mowa o głosie Ojca. Najpierw wspomniany jest ważny symboliczny element, niejako zapowiadający źródło tego głosu. Jest nim obłok, starotestamentalny symbol obecności Boga, dzięki któremu Izraelici mogli być pewni: Pan jest z nami. W ewangelicznej scenie góry Tabor czytamy więc, że „z obłoku odezwał się głos”. Jest to więc głos samego Boga, to on objawia uczniom prawdę o swoim Synu: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!”. Nie ciało i krew, nie to co ludzie, ale sam Bóg przemawia w sercach uczniów.
I podobnie jak wcześniej moglibyśmy powiedzieć: nawet jeśli był to rzeczywiście słyszalny fizycznie głos (Matka Teresa przyznaje, że słyszała Jezusa mówiącego do niej dosłownie, podobnie świadczy o swoich objawieniach prywatnych s. Faustyna), to jednak istotą ewangelicznego przesłania jest Bóg przemawiający w sercu człowieka. To tam dokonuje się objawienie prawdy o Chrystusie i to tam każdy człowiek zaproszony jest do tego, aby poprzez modlitwę zachwycić się Jego żywą obecnością i być Mu posłusznym. Bo nie będzie to już posłuszeństwo niewolnika – który dostaje polecenia niejako z zewnątrz, od kogoś, kto nad nim panuje – ale posłuszeństwo kochającego serca, które pała miłością do swego Pana w pełnej wolności. „Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” – pisze prorok Jeremiasz, próbując ująć swoje duchowe doświadczenie spotkania i objawienia się Boga.
 
Modlitwa jest szansą
Teraz już nie może nas dziwić to, co odnajdujemy w kolejnych rozdziałach Ewangelii wg św. Łukasza, gdy ten powraca do tematyki modlitwy. Tym razem tymi, którzy wychodzą z inicjatywą, są uczniowie. „Naucz nas się modlić” – proszą Mistrza. I nie dlatego, że chcą usłyszeć jakąś nową formułę, którą mieliby się posługiwać. Co prawda Jezus uczy ich konkretnej modlitwy, istota jednak pytania uczniów ukryta jest w ich tęsknocie, aby być jak On, aby tak jak On móc przemieniać się przez spotkania z Ojcem, by jak On mieć głębokie doświadczenie Jego miłości i obecności, aby tak jak ci nielicznie uczniowie, którzy z Jezusem poszli na górę Tabor, móc powiedzieć: „dobrze nam tu być”, „rozbijemy namiot”, pozostaniemy tutaj z Tobą, jak Mojżesz, który nieustannie powracał do namiotu spotkania i tam się modlił, i tam odmieniała się jego twarz. Czyż istnieje lepsza zachęta do modlitwy niż ta, jaką opowiedziała nam Ewangelia wg św. Łukasza, stawiając w centrum doświadczenie przemiany? Czy rozumiemy, że słowo „przemiana”, a może nawet mocniej: „przebóstwienie” – bo tak wolą mówić chrześcijanie Kościoła wschodniego – nie była tylko udziałem Jezusa i Jego najbliższych uczniów, ale jest dostępna wszystkim, którzy szczerze proszą: „naucz nas się modlić”? Czy ostatecznie nie o to chodzi, kiedy uczestniczymy we Mszy św., która jest przemianą chleba i wina, aby przyjmowane przez nas Ciało i Krew Chrystusa przemieniało także nas? Czy nie tej przemiany oczekujemy, kiedy odczuwamy pustkę życia i zmęczenie codziennością? Czy rzeczywiście da się odkryć najgłębszy sens życia bez modlitwy?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki