Logo Przewdonik Katolicki

Ludzie którzy ZMARTWYCHWSTAJĄ

Marta Titaniec
fot. Vianney LE CAER SIPA/EAST NEWS

Rozmowa z o. Samerem Yohanną, o chrześcijanach, którzy chcą w Iraku przetrwać, i o tych, którzy chcą tam wrócić z uchodźstwa

Chrześcijanie na Bliskim Wschodzie niewiele mówią o cierpieniu, jakiego doświadczyli od ISIS.
– W kościołach na Bliskim Wschodzie krzyże nie mają figury Jezusa Ukrzyżowanego. Jest to symboliczny sposób powiedzenia: jesteśmy Kościołem zmartwychwstania, a nie cierpienia i śmierci. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa byliśmy tu na Bliskim Wschodzie nazywani kiamaje: ludzie, którzy zmartwychwstają. Tak, widzieliśmy tu w Iraku cierpienie i śmierć, i te wszystkie bardzo ciemne momenty w naszym życiu miały miejsce w ostatnim czasie. Ale nie poprzestajemy na tym. Mamy trzy dni, by zmartwychwstać, może więcej. Jesteśmy jak Jonasz, który trzy dni spędził w Niniwie i wzywał do nawrócenia. Te trzy dni to może być dzisiaj trzy, może trzydzieści lat. Nie możemy pozostać na etapie melancholii. To byłby religijny fake, a nie wiara w Chrystusa. Podtrzymywana melancholia jest pokusą trwania w przeszłości bez wiary.
 
Jaką nadzieję mają więc chrześcijanie w Iraku?
– Żyjemy nadzieją, że nasze wspólnoty nie znikną, ale w cierpieniu wiara na nowo w nich rozkwitnie. Ta nadzieja pogłębia się, gdy docierają do nas informacje, że chrześcijanie, którzy uciekli w ostatnich latach z Iraku, chcą wrócić do ojczyzny. Ludzie, którzy urodzili się i żyją w diasporze, chcą na nowo powrócić do źródeł. To nieprawda, że chcą pozostać w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Niewielu czuje się na wygnaniu naprawdę dobrze. Czekają tylko na właściwy moment. Moja cała rodzina uciekła do Francji. Między innymi dlatego także mój powrót do Iraku ze studiów w Rzymie – ze świadomością, że tam nie ma mojej rodziny – był dla mnie trudny. Oczywiście cieszę się, że moja mama żyje w pokoju, bo Francja ją przyjęła. Pamiętam, że na początku mówiła: nigdy tam nie wrócę, za wiele widziałam zła. W ostatnim czasie zmieniła jednak zdanie. Dzisiaj mówi o gorącym pragnieniu powrotu.
 
Powrót chrześcijan z uchodźstwa może okazać się więc masowy.
– Nie chodzi o ilość osób, ale o jakość ich nadziei. Ważni są ludzie, którzy chcą zmartwychwstać z prochów. Nadzieja jest w nich. Tam jest życie. Odbudowanie tego, co zostało zniszczone nie będzie łatwe. Bo nie o budynki chodzi, nie przede wszystkim, ale o wspólnoty, o całą naszą kulturę, o nadzieję, że jest możliwa przyszłość.
 
Ty jednak zamierzasz budować.
– Tak, ale tylko dlatego, że ma to być miejsce rozwoju naszej kultury. Chcę dać ludziom w Iraku konkretny motyw pozostania. Potrzebujemy tego. Dlatego mój zakon rozpoczął budowę Scryptorium Syriacum, tzn. miejsca, gdzie będą przechowywane najcenniejsze irackie manuskrypty, jakie są w posiadaniu mojego zgromadzenia. Niektóre sięgają VII wieku. Teksty chrześcijańskich autorów – szczególnie te, które są napisane w języku syriacko-aramejskim – mogą nam pomóc w lepszym odczytywaniu tekstów biblijnych. Są wśród nich najstarsze istniejące w świecie tłumaczenia greckich tekstów Ewangelii, częściowo także takich, które już nie istnieją w formie spisanej sprzed tych tłumaczeń. Można więc sobie tylko wyobrazić, jaki to skarb dla Kościoła. I jakie ważne mogą okazać się badania naukowe prowadzone na tych manuskryptach.
 
Twoja praca naukowa dotyczyła jednego z takich manuskryptów. Wyniki tej pracy mogą nawet wpłynąć na korektę oryginalnego greckiego tekstu Ewangelii według św. Marka. To wielka sprawa.
– To tylko przypuszczenie. Moja praca dotyczyła filologii, nie teologii. Zajmowałem się jedynie szatą językową tekstu. Resztę pracy muszą zrobić teolodzy. Poza tym zmiany, jeśli będą, to absolutnie minimalne, nie będą naruszać głównego przekazu Ewangelii.
 
Trudno sobie wyobrazić, jak czuje się człowiek, który koryguje Pismo Święte…
– Bo ja nie koryguję Pisma. Powiedziałbym coś odwrotnego. Na początku miałem poczucie, że nad Pismem panuję, że oto ja mam dostęp do tekstu oryginalnego i przynajmniej w kilku miejscach to ja go teraz odtwarzam jak nikt inny. Po pewnym czasie odkryłem, że to raczej Pismo panuje nade mną. Po latach pracy nad tekstami przekonałem się, że mimo wszelkich ludzkich ułomności przy przepisywaniu, przekaz ewangeliczny pozostał nienaruszony. Miałem wtedy poczucie, że dotykam czegoś naprawdę świętego, że tej spójności przez wieki chronił Bóg, bo po ludzku za dużo było wersji, fragmentów, błędów przy przepisywaniu... Kolejne odkrycia tylko potwierdzają, że to, co czytamy w Kościele, jest od początku do dzisiaj spójne. Ale faktycznie warto podkreślić, że nasze manuskrypty posiadają taką właśnie wartość.
 
A mówimy tylko o jednym z manuskryptów, nad którym pracowałeś.
– Należałoby powiedzieć raczej o wielu kawałkach manuskryptów, z których tylko część znajduje się w Iraku. Resztę musiałem pozbierać. I to w wielu miejscach świata. Za obejrzenie jednego z fragmentów manuskryptu, który w przeszłości należał do mojego zakonu, musiałem w Nowym Jorku zapłacić kilkaset dolarów. I tylko za to, że mogłem zobaczyć jego fotografię.
 
Jeśli był wasz, to dlaczego jest tam?
– I to jest kluczowe pytanie. To jest też powód, dla którego staram się o budowę naszego skryptorium. Te manuskrypty zostały nam kiedyś zabrane. Albo zostały sprzedane. Uważam więc, że jeśli wszystko sfotografujemy i sprzedamy na Zachód, nasza kultura zubożeje. Nikt nie będzie chciał inwestować w oryginały, które są w Iraku. Zostaniemy sami. Jeśli jednak Zachód pomoże nam w budowie, to wszystkie nasze elektroniczne zasoby udostępnimy za darmo w internecie. Nasz dom będzie też otwarty dla naukowców z całego świata.
 
ISIS może się w każdej chwili odrodzić i zniszczyć te zasoby.
– Dlatego posiadamy bardzo dobrze ukryte kopie. Nie chcemy jednak ich sprzedawać lub wywozić. Chcemy, żeby chrześcijanie pozostali tutaj i strzegli swojego kulturowego dziedzictwa. To nam jest tutaj bardzo potrzebne. I rozumiem, że inwestowanie tam, gdzie wszystko może być zaraz zniszczone wydaje się szaleństwem. Ale czy szaleństwem nie jest nasza wiara, która każe nam tu zostać?
 
Coraz bardziej przekonuję się, że my, chrześcijanie żyjący w Europie, nie do końca was rozumiemy. Czego od nas najbardziej oczekujecie?
– Mostów, musicie być pontifexami, budowniczymi mostów. Budować mosty, a nie je niszczyć, nie być egoistami. Nie działać według waszych własnych przekonań. Potrzebujecie naszych okularów, musicie zobaczyć świat, tak jak my go widzimy, jak inni od was go widzą. Zrobić przestrzeń dla bliskości by wyjść na zewnątrz. Tak, jesteście bogaci, ale może brakuje wam jeszcze perspektywy z zewnątrz. Rewolucja, postęp, sukces ekonomiczny… To wszystko jest potrzebne, ale w perspektywie globalnej, nie tylko narodowej czy europejskiej. Nasz Kościół jest katolicki, to znaczy powszechny, uniwersalny. Brakuje nam tej uniwersalności widzenia chrześcijaństwa. A to właśnie ta poszerzona perspektywa widzenia świata i Kościoła może wam pomóc wzmocnić waszą wiarę, żyć ekumenicznym sensem świata. Papież Franciszek próbuje realizować tę wizję poprzez nieustanne podkreślanie kolegialności lokalnych episkopatów. Mówi o wszystkich biskupach Kościoła katolickiego, by żyli jako wspólnota, podzielali te same cele i aby nie ulegali pokusie kształtowania lokalnych Kościołów w odseparowaniu od Kościoła powszechnego.
 
Byliśmy w Auschwitz. Jak to przeżyłeś? Da się to doświadczenie porównać jakoś do tego, co obecnie przeżywacie?
– Bardzo poruszyła mnie scena stojących w obozie francuskich Żydów: modlili się i płakali. Patrzyli na pozostałości po zamordowanych. Rozumiem, że po tak głębokim doświadczeniu robicie wszystko, aby coś takiego nigdy się nie powtórzyło. Ja w tych płaczących ludziach zobaczyłem jednak coś więcej niż waszą przeszłość, zobaczyłem Irakijczyków opłakujących swoich najbliższych. To się dzieje dzisiaj – pomyślałem. Tutaj jest muzeum. Ci Francuzi patrzyli na pozostałości sprzed siedemdziesięciu lat: buty, włosy, walizki. Tam w Iraku mord dokonuje się teraz: oglądamy szczątki naszych najbliższych, dotykamy ich ubrań. Prawie w każdej rodzinie chrześcijan i Jazydów, a nawet w wielu rodzinach muzułmańskich, możemy dzisiaj spotkać ludzi pokazujących pamiątki po zamordowanych. Jeszcze nie potrafimy tego doświadczenia sobie jakoś wyjaśnić, uspokoić.
 
Zło, które pokazało swoją twarz w Auschwitz jest przerażające.
– Oglądając zdjęcia w obozie w Auschwitz, od razu zobaczyłem nasz kraj. I wydaje mi się, że tam, w Iraku, dzieją się dzisiaj rzeczy gorsze. Zło, które pokazało swoją twarz podczas II wojny światowej, dzisiaj pokazuje swoje jeszcze bardziej zradykalizowane oblicze w mojej ojczyźnie. Zdjęcia z obozu wydały mi się pewnym etapem rozwoju tego zła. Dzisiaj jest ono większe, choć może tego nie dostrzegacie, obserwując nas tylko z odległości.
Wy odbudowaliście waszą ojczyznę. I macie silne przekonanie: to się nie może powtórzyć. Ale niestety to się dzieje obecnie w innych miejscach świata.
 
Rozumiem, że nawet jeśli dzisiaj się mówi o końcu ISIS, wy jesteście raczej nastawieni na nową jego odsłonę. Że to się wcale nie skończyło.
– Od czasu interwencji amerykańskiej w Iraku jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że co jakiś czas ma miejsce konflikt. Wyzwala się w ludziach jakiś głęboko zakorzeniony radykalizm, jakaś głęboko ukryta twardość serca. Ale nie dlatego, że Irakijczycy są jakoś gorsi od całej ludzkości, ale że ktoś ma na nich negatywny wpływ. Zawsze, w każdym człowieku, można wyzwolić tkwiącą w nim skłonność do zła. Z powodu niektórych radykalnych przywódców politycznych i religijnych w Iraku nieustannie odradza się religijny fanatyzm.
 
Jak go zwalczać?
– Jedynym skutecznym lekarstwem na radykalizację religijną jest edukacja, nie wojna. Radykalizacji ulegają przede wszystkim ludzie niewykształceni, nieznający nawet Koranu. Nie można więc powiedzieć, że kierują się głównie motywami religijnymi. Oni po prostu swojej religii nie znają. Są tylko wyuczeni do zachowywania pewnych obyczajów. Chciałbym, abyśmy jako chrześcijanie potrafili do irackiej edukacji wprowadzić ideę kultury życia. Od tego powinniśmy zacząć. Nie możemy prowadzić ewangelizacji. To jest zabronione prawem. Ale możemy siać ziarna wartości, które stopniowo będą zmieniały mentalność ludzi. To też jest Ewangelia.
 
Powiedziałeś, że ktoś wpływa na ludzi, że się radykalizują.
Bo trudno jest powiedzieć, kto za tym rzeczywiście stoi. Moim zdaniem motywy ich działania nie są religijne. U podstaw wszystkiego jest walka o ropę. I biorą w niej udział największe mocarstwa świata. To nie jest wojna religijna. To jest wojna o ropę, w której motywy religijne są używane, aby wprowadzić w kraju destabilizację. W zdestabilizowanym kraju łatwiej rządzić z zewnątrz, a nawet kraść. Dlatego chrześcijanie i Jazydzi, jako mniejszości religijne, są na celowniku. Tak jest najłatwiej. Chociaż cierpią też niektóre odłamy muzułmanów, które nie zgadzają się na ISIS.
 
Myślisz więc, że reforma edukacji jest możliwa we współpracy z muzułmanami?
– Oczywiście, że tak. Kilku imamów powiedziało mi: zacznijmy razem od nowa, ISIS się skończyło. Odpowiedziałem im, że jest jeszcze za wcześnie. Wciąż żyjemy w napięciu. Oczywiście uwolniliśmy miasta od żołnierzy ISIS, ale radykalna idea państwa islamskiego przetrwała. Nie żołnierze są problemem, ale właśnie ta idea. Wielu przeciętnych muzułmanów przekonało się, że życie w państwie islamskim byłoby łatwiejsze. Nawet jeśli używało ono przemocy, bo ludzie tutaj są przyzwyczajeni do przemocy, używają jej wszyscy. Kultura śmierci wciąż króluje w ludzkich umysłach. I to jest najpoważniejszy problem. Nawet wielu chrześcijan twierdzi, że za czasów Saddama Husseina było lepiej, mimo że on też używał przemocy. Prawdziwym uwolnieniem będzie więc współpraca przedstawicieli wszystkich religii na rzecz edukacji, która uwolni umysły Irakijczyków od uległości wobec kultury śmierci. Nie chodzi o dialog doktrynalny. Nie teraz. Chodzi najpierw o sprawy czysto ludzkie. W książkach dzieci uczących się na wszystkich poziomach muszą znaleźć się prawa człowieka i poprawnie rozumiana godność ludzka.
 
Co oznacza obecnie być mnichem w Iraku? Brakuje wam księży w parafiach, a Ty chcesz żyć w klasztorze. Dlaczego chcesz, by życie monastyczne przetrwało?
– Pierwotnie życie monastyczne w Kościele wschodnim było pojmowane jako misja: gromadzić ludzi w imię Jezusa Chrystusa w Kościele katolickim. Chcę pozostać tej misji wierny. Nie zależy mi więc tylko na odbudowaniu mojego zakonu. Chodzi o cały Kościół. Wierzę, że mnisi mają bardzo ważną rolę do spełnienia tam, gdzie teraz wszystko jest w ruinie. Mnisi uważają za swój cel budować wspólnoty duchowych źródeł, w których inni będą mogli odnajdywać życie. Nie wystarczy odbudować sieć parafii. Życie monastyczne jest ważnym charyzmatem w Kościele. Nie należy ratować jednego kosztem drugiego. To byłby brak wiary, że mnisi mogą dać światu coś, czego nikt inny dać nie może albo nie w takim stopniu.
 
Ale jest was tak niewielu…
– W Wielki Czwartek usiedliśmy do stołu i było nas naprawdę niewielu. To był smutny widok. Wielu naszych braci postanowiło wyjechać lub pozostać na Zachodzie. Patrząc na to wszystko, można było stracić nadzieję. Przypomnieliśmy sobie jednak ostatnią wieczerzę. Apostołów było niewielu. A jednak tam był początek Kościoła. Zobaczyliśmy w nich siebie. Tym bardziej że oni także musieli głosić Ewangelię ze świadomością, że końcem ich życia może być męczeństwo.
 
Nie wyprzesz się wiary, bo masz na ramieniu tatuaż z krzyżem.
– Nawet jeśli zostanę kiedyś porwany, nie wyprę się. Nasz ojciec zrobił nam te tatuaże, abyśmy pamiętali, kim jesteśmy. Mam go na lewej ręce, blisko serca. Na drugim ramieniu mam tatuaż z literą „S”, od której biorą początek imiona wszystkich członków naszej rodziny. Wiara i rodzina: dwa fundamenty życia.
 
 
O. SAMER YOHANNA
Opat, przełożony generalny irackiego Zakonu Ojców Antonianów św. Hormizda, twórca i kierownik Zakładu Języka Syriackiego na Uniwersytecie Saladyna w Erbil, wykładowca nauk biblijnych na Uniwersytecie Teologicznym w Erbil

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki