Logo Przewdonik Katolicki

W Afryce z (po)mocą

Weronika Frąckiewicz
fot. archiwum prywatne/ Olgierd Stieler

Pomagając w Afryce nie wystarczy pobiec za sentymentalnym odruchem serca. Trzeba mieć przemyślany plan aby pomóc, a nie zaszkodzić. Podstawą jest zadanie pytania: czego ci ludzie potrzebują, a nie: co ja im mogę dać.

Sam środek Afryki, Kamerun. Jedna z organizacji pomocowych buduje szkołę i internat dla dziewcząt. Oprowadzana przez szefową miejsca, Europejkę, nie mogę wyjść z podziwu nad budynkiem: wszystko pięknie urządzone, w klasach ładne meble, dywaniki, na ścianach kolorowe rysunki. Kobieta pęka z dumy. W pewnym momencie dochodzimy do internatu i atmosfera staje się gęsta: „Zbudowaliśmy im toalety, a one nawet nie umieją korzystać. Spłuczki poobrywane, klamki poluzowane. Ci Murzyni sikają gdzie popadnie. Człowiek przywozi im cywilizację, a oni nie potrafią docenić” – skarży się. Parę tygodni później robię zakupy na kameruńskim targu. Moją uwagę przykuwa czarny, luksusowy samochód wolno przejeżdżający nieopodal rozpadających się straganów. W pewnym momencie auto staje przy grupce bawiących się dzieciaków. Szyba się opuszcza, a z okna wychyla się biały mężczyzna i hojnym gestem wysypuje na ziemię około kilograma cukierków. Szyba się podnosi, samochód odjeżdża. Tumany kurzu unoszą się pomiędzy dziećmi, wyrywającymi sobie cukierki z rąk.
Pomoc którą ofiarowuje się mieszkańcom Czarnego Lądu jest pojęciem tak szerokim, że mieści w sobie zupełnie skrajne, nierzadko wykluczające się postawy. Miliony dolarów, które trafiają do Afryki poprzez różnorodne organizacje pomocowe, są wydawane na broń, a pomoc humanitarna często trafia tylko do wielkomiejskich aglomeracji, o małych wioskach zupełnie zapominając. W wielu formach pomocy dochodzi jeszcze problem europocentryzmu: myślimy, że to co dobre i potrzebne w Europie, będzie dobre i potrzebne w Afryce.
 
Wielki come back
Pomagając w Afryce nie wystarczy pobiec za sentymentalnym odruchem serca. Trzeba mieć przemyślany plan aby pomóc, a nie zaszkodzić. Podstawą jest zadanie pytania: czego ci ludzie potrzebują, a nie: co ja im mogę dać. Takie pytanie postawiło sobie trzech protetyków słuchu i fizjoterapeutka, którzy w maju tego roku z ramienia poznańskiej fundacji Redemptoris Missio wyjechali do Kamerunu. Na prawie trzy tygodnie zaszyli się w szkole dla dzieci niesłyszących i niedosłyszących w Bertoua, aby tam przebadać małych i dużych pacjentów. Dyrektorką i inicjatorką szkoły jest Ewa Gawin, polska świecka misjonarka, która od ponad 20 lat zadaje sobie pytanie jak dobrze pomagać w Afryce. Jedną z odpowiedzi była szkoła, która istnieje już prawie 10 lat. To u Ewy Agnieszka, Edyta, Dorota i Olgierd na własnej skórze doświadczyli jak można pomagać w Afryce.
Inicjatorką kameruńskiego „zamieszania” była Agnieszka Łukanowska. Afryka nigdy nie była jej marzeniem. O byciu wolontariuszem także nie myślała. Do szkoły dla dzieci głuchoniemych, jak sama przyznaje, trafiła trochę przypadkiem. Była świeżo upieczoną absolwentką protetyki słuchu i ostatnie wakacje w życiu chciała spędzić inaczej, zrobić coś sensownego. Dzięki Fundacji Redemptoris Missio znalazła Ewę Gawin. Spędziła tam trzy miesiące. – To wystarczyło, żeby wiedzieć, że te dzieci potrzebują więcej niż mój jednorazowy pobyt – opowiada Agnieszka. Jej wakacyjny pobyt w Bertoua był impulsem do czegoś większego: projektu ,,Protetyk słuchu w Afryce”. – Wymyśliłam ten projekt, bo po tym jak przebadałam wszystkie dzieci, okazało się, że większość z nich wcale nie jest niesłysząca, one są niedosłyszące. Zakochałam się w tych dzieciach, w tej szkole. Mimo iż wiele razy zastanawiałam się, czy ta pomoc ma sens, czy rzeczywiście jestem im potrzebna, w głębi serca wiedziałam, że jeśli im nie pomogę, to będzie im trudno. Szkoła istnieje od 10 lat, a jeszcze nigdy żaden protetyk słuchu w niej nie był – dodaje Agnieszka . W Polsce zebrała ekipę, sprzęt i dzięki dużemu wsparciu diecezji tarnowskiej i poznańskiej Fundacji Redemptoris Missio po półtora roku wróciła do Afryki. Tym, co ją tam zachwyciło, była wdzięczność. – Te dzieciaki były naprawdę przeszczęśliwe. Po założeniu aparatów chodziły dumne, wszystkim się chwaliły, pokazywały że to od Agi lub Olgierda – opowiada. Mimo że poświęciła na wyjazd swój urlop i pracowała w Bertoua od godziny 7.00 do 20.00 z przerwą na obiad, nie żałuje. – W Polsce nieraz spotykam się z postawą roszczeniową. Pacjenci płacą i wymagają. W Kamerunie specyfika pracy jest zupełnie inna – dodaje.
Projekt ,,Protetyk słuchu w Afryce” z założenia nie miał być tylko jednorazową akcją. Jeśli mieliby pojechać tam tylko raz, przebadać dzieci i zaopatrzyć je w aparaty słuchowe, wyjazd byłby bez sensu – uważa Agnieszka. – Opisaliśmy każdego pacjenta, jaki ma aparat, na ile wystarczy baterii, jak często należy wymieniać wężyk. Przygotowaliśmy specjalne zestawienia w Excelu dla Ewy i zostawiliśmy spory zapas baterii. Przeszkoliliśmy całe grono pedagogiczne, żeby wiedzieli jak się tym wszystkim posługiwać. Do Polski zabraliśmy wszystkie wyniki badań i szczegółowe opisy. Jeśli tylko komuś popsuje się sprzęt – a to zdarza się częściej niż u nas ze względu na klimat – od razu wysyłamy mu nowy – opowiada Agnieszka. Teraz tak naprawdę zaczyna się drugi etap projektu. – Dla mnie najważniejsze jest, żeby fachową opieką i pomocą otoczyć tę konkretną placówkę w Bertoua. Za około rok chcemy pojechać do Kamerunu znowu – mówi Agnieszka.Bardzo uważali, żeby aparatów nie rozdawać jak cukierki, ale zakładać je tym, u których rzeczywiście spełnią one swoją rolę. W przypadku niektórych pacjentów noszenie aparatu nie miało najmniejszego sensu. To były dla Agnieszki bardzo trudne sytuacje, kiedy musiała powiedzieć komuś, że nie dostanie aparatu: – Ściągnęliśmy jedną mamę z pola oddalonego kilkanaście kilometrów tylko po to, żeby powiedzieć jej, że jej syn nie dostanie aparatu, bo nic mu nie pomoże – opowiada Agnieszka. – Czegoś takiego nigdy nie widziałam. Chłopak miał w uchu jedną wielką jamę. Wysiękowe zapalenie uszu zniszczyło wszystko. Jeśli w taki stan przewodu słuchowego włożyłabym wkładkę i zatkała dziecku ucho, infekcja byłaby murowana, a jak wiadomo z ucha szybka droga do mózgu. Dla tego chłopca aparat słuchowy zakończyłby się śmiercią. Wyjaśniłam wszystko jego mamie i ku memu zdziwieniu nie protestowała tylko podziękowała mi, że dbam o bezpieczeństwo jej dziecka – konkluduje.
 
Kamerun zaskakuje
Edyta była jedynym fizjoterapeutą w składzie. Wyjeżdżała pełna obaw i lęków, nie wiedziała czego się spodziewać. Po powrocie z pełnym przekonaniem mówi, że wszelkie obawy były bezpodstawne i zbudowane na stereotypach: – Żałuję, że taka wystraszona pojechałam. Tam naprawdę było bezpiecznie i dobrze – przyznaje. Całodzienna praca w kameruńskim klimacie, bez klimatyzacji była dla niej nie lada wyzwaniem. Problemu nie stanowiło za to komunikowanie się, mimo że nie znała francuskiego. Przez 23 lata pracowała jak fizjoterapeuta w jednych z poznańskich przedszkoli dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, w związku z tym komunikację pozawerbalną ma opanowaną niemalże do perfekcji. W Kamerunie pozytywnie zaskoczyła ją wiedza, którą posiadają miejscowi fizjoterapeuci bo spodziewała się, że  będzie musiała zaczynać tam wszystko od podstaw: – Jechałam z zupełnie inną świadomością na temat rozwoju fizjoterapii w Kamerunie. Myślałam, że zaczniemy od fundamentów, a tymczasem trafiłam w coś, co ma swój pęd i dobrze działający mechanizm. Technologicznie, ze względów finansowych są daleko, daleko za nami. Właściwie korzystają tylko z metalu i drewna. Mimo to świetnie wykorzystują to, co mają. A przede wszystkim otwarci są na wszelkie nowości – przekonuje Edyta.
Podobnie jak protetycy Edyta również swoją pomoc w Afryce postrzega wieloetapowo i długofalowo. –Zostawiłam tam wszelkie dane terapeutyczne. Jeśli pojadą nowi fizjoterapeuci, będą wiedzieć jak kontynuować pracę z pacjentem. Trzeba również pomyśleć o pacjentach, którzy potrzebują skomplikowanych operacji, a także o tym, jak rozwiązać kwestię potrzebnych sprzętów. Trzeba szukać ludzi, którzy w miarę możliwości mogliby pomóc. – wyjaśnia Edyta.
Plan, który sobie założyła, wykonała na sto procent i dała z siebie wszystko – Było kilku pacjentów, którzy przez te ponad dwa tygodnie zrobili taki postęp, że byłam w szoku. Jednak czasem pojawiała się bezsilność. Najgorszy j był moment, w którym zdawałam sobie sprawę, że będę musiała tych pacjentów zostawić – przyznaje Edyta. – Przychodziła do nas  młoda kobieta, z bardzo daleka. Na plecach, w chuście miała maleńkie dziecko. Po porodzie doszło u niej do jednostronnego porażenia mięśni. Widziałam jej determinację w dążeniu do tego, aby być zdrową. Zjawiała się u nas prawie codziennie, oczekując pomocy. Robiłam wszystko co w mojej mocy aby jej pomóc. Przede wszystkim jednak budowałam w niej świadomość, żeby sama w domu robiła to, co jej pokażę. Wierzę, że swoim uporem i ciężką pracą poprawi sobie jakość życia – opowiada.
 
Papaja rośnie w uchu
– Przyszedł do nas z ojcem. Miał 23, może 24 lata. Stracił słuch, kiedy jako 1,5-roczne dziecko uderzył głową o  ziemię. Całe życie spędził w kompletniej ciszy. Po badaniu okazało się, że resztki słuchu, które się zachowały, można wykorzystać zaopatrując chłopaka w dobre aparaty słuchowe, które przywieźliśmy. Od razu po założeniu sprzętu odzyskał poczucie dźwięku i lokalizacji. Jego mina była bezcenna – opowiada Olgierd Stieler, protetyk słuchu, fizyk medyczny, wykładowca Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Pomysł z Afryką w tle podsunęła mu jego studentka Agnieszka. Nie wahał się ani przez moment.
– Do przyjazdu świetnie się przygotowaliśmy, dlatego efektywnie spożytkowaliśmy ten czas. Od 7.00 rano do popołudnia przyjmowaliśmy dzieci, a po południu mieliśmy kolejki pacjentów spoza szkoły – opowiada Olgierd. Przewidzieli wszystkie możliwe trudności związane ze sprzętem, który zabrali ze sobą. – Pojechaliśmy bardzo dobrze zaopatrzeni technicznie. Komputery były z serii wojskowych: takie, które sobie radzą z wysokimi temperaturami, ale też z brakiem energii, gdyż mają bardzo mocne baterie. . Najbardziej się bałem, że aparaty różnej generacji przy podłączaniu spowodują problemy, dlatego wszystko mieliśmy zdublowane – opowiada Olgierd. Na ich przyjazd przygotowane były także dzieci. Półtora tygodnia wcześniej wszystkie miały przepłukane uszy. Jednak przy kameruńskich temperaturach wszyscy pocą się szybciej, dlatego nierzadko musieli czynność powtarzać. Zaskoczeniem dla Olgierda były różnice w fizjologii narządu słuchu u Kameruńczyków. – W stosunku do Europejczyków mają małe przewody słuchowe zewnętrzne. W praktyce wygląda to tak, że jest wielki chłop i ma małe ucho – śmieje się Olgierd. I dodaje:–Następnym razem będziemy musieli wziąć więcej małych uniwersalnych wkładek do uszu. Różni nas także odcień błony bębenkowej. My mamy gołębioszary, a tamci bardziej żółtawy.
Niektórzy pacjenci byli dla nich dużym wyzwaniem, a czasem i zagadką. Pewnego razu pojawił się chłopiec, który w uszach miał coś bliżej nieokreślonego w kolorze czerwonym. Nie obyło się bez konsultacji laryngologicznej w miejscowym szpitalu. Laryngolog po przepłukaniu uszu zidentyfikował przyczynę  zamieszania: czerwony kryształek i kilka nasion papai. Okazało się, ze bracia niesłyszącego chłopaka wpakowali mu wszystkie te ,,skarby” do ucha, kiedy ten spał  Ot, braterskie kawały...
 
Dla wszystkich znaczy dla nikogo
Obraz Afryki, który nosimy w naszych europejskich sercach, często stanowi kompilację filmów, książek, newsów i krótkich wyjazdów wakacyjnych. W natłoku tego wszystkiego bardzo często gubi nam się to, co w Afryce jest najważniejsze: zwyczajny, pojedynczy człowiek ze swoją historią, bagażem doświadczeń i potrzebami. Często właśnie stąd biorą się problemy z dostarczaniem roztropnej pomocy w Afryce. Gdy mieszkałam tam przez pół roku, wielokrotnie widziałam, że pomoc świadczona tzw. wszystkim nie jest świadczona nikomu. Na szczęście są jeszcze ludzie i organizacje dla których właśnie jeden, konkretny człowiek jest priorytetem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki