Regularnie lata Pani do Afryki, żeby leczyć osoby, które bez tej pomocy byłyby pozbawione jakiejkolwiek opieki medycznej. Jak to się zaczęło?
– Po raz pierwszy do Afryki pojechałam na zaproszenie kolegów chirurgów, którzy w ramach misji jechali do Kamerunu, by operować. Potrzebowali kogoś, kto nie tylko będzie kwalifikował pacjentów do zabiegów, ale również zajmie się ekipą. W tym rejonie są groźne choroby zakaźne. Do przeprowadzenia zabiegu potrzebny jest zespół 2–3 chirurgów, anestezjolog. Jeśli ktoś zachoruje i „wypadnie”, nie damy rady. Trzeba również kwalifikować do zabiegów i znieczulenia pacjentów dotychczas nigdy niebadanych, często dzieci, w warunkach bardzo skąpych możliwości badań laboratoryjnych i obrazowych. A ja jestem specjalistą chorób zakaźnych i pediatrii, zajmuję się chorobami tropikalnymi i potrafię tu pomóc.
Zaczęło się dość zabawnie. Koledzy chirurdzy byli tam wiele razy, ale dopiero ode mnie dowiedzieli się, że w Kamerunie 30 proc. pacjentów jest zarażonych wirusem HIV. Jeżeli mieli operować 100 osób, to statystycznie 30 z nich mogło być zakażonych! Wystarczy, że w czasie prostego zabiegu ktoś ukłuje się igłą lub skaleczy skalpelem użytym wcześniej u pacjenta, żeby też się zaraził. Takie zakłucia zdarzają się rzadko, jednak w Afryce w skrajnie trudnych warunkach operowania mogą być częstsze. Zakażeniom przenoszonym tą drogą można zapobiec, ale to wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy. I wtedy usłyszałam, że beze mnie nie jadą.
Nikt się nie zaraził?
– Nie. Najpierw ich zbadałam – wszyscy byli zdrowi. Potem organizowałam wyjazdy tak, żeby zabezpieczyć każdą taką sytuację.
W trakcie tego wyjazdu zobaczyłam na własne oczy, że większość chorób w Afryce to choroby zakaźne, takie, które potrafimy leczyć, w dodatku niedrogo. Niektóre – jak trąd, gruźlica, malaria, AIDS – są objęte programem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), dzięki temu leczenie jest darmowe. Tyle że choroby muszą być rozpoznane. Jeżeli na miejscu nie ma lekarza, który mógłby zdiagnozować gruźlicę lub trąd, leczenia nie ma. Zobaczyłam, jak ogromnie jesteśmy tam potrzebni. I jak dużo możemy zrobić. Moja specjalistyczna wiedza z zakresu chorób zakaźnych, tropikalnych, pasożytniczych sprawia, że mogę pomóc bardzo wielu ludziom, którzy są bezradni i pozbawieni pomocy okrutnie cierpią. Z czasem zaczęłam jeździć regularnie – i w coraz trudniejsze rejony Afryki.
Z różnymi ekipami.
– Wyjazdy z chirurgami były dość proste. Musiał być przygotowany szpital, gdzie można robić operacje i gdzie anestezjolog ma warunki, by znieczulić pacjenta. To są skrajnie minimalne i trudne warunki, ale muszą być. Jeśli jedziemy leczyć choroby tropikalne, takie jak trąd, gruźlica, malaria, schistosomatoza, filariozy itp., trafiamy czasem w miejsca, gdzie ludzie nigdy nie widzieli białego człowieka. W wiosce nie ma wody, prądu – nic. Wiele chorób wynika właśnie z braku wody. Leczymy pacjentów w ciężkim stanie w bardzo trudnych warunkach, skrajnie odległych od tych, w których pracujemy na co dzień.
Na pewno przed wyjazdem przygotowała się Pani, bo to inna kultura, inny klimat, nowe zagrożenia. Co Panią – mimo tego – zaskoczyło w Afryce? I jak wygląda tam opieka zdrowotna?
– Opieka zdrowotna wszędzie jest płatna. I bardzo droga. Jest wiele ciężkich chorób, za to bardzo mało lekarzy i pielęgniarek. Miejscowi medycy często nie mają też jak dotrzeć do ludzi, nie ma choćby dróg, nie mówiąc o infrastrukturze. W tej sytuacji pomagają misjonarze, którzy dokonują niemal cudów. Zdobywają fundusze, leki, opatrunki i rzeczy niezbędne. Czasem muszą komuś kupić posiłek, bo ludzie są nie tylko chorzy, ale i głodni. Misjonarze nie mają jednak wiedzy medycznej. Dlatego, będąc w Afryce, szkolimy ich tak, żeby po naszym wyjeździe umieli sobie radzić. Mogą na nas liczyć też potem, jesteśmy w stałym kontakcie. W erze internetu, telefonów komórkowych i komunikatorów takich jak WhatsApp to łatwe. Można szybko przesłać film, zdjęcie. Porozmawiać.
Zaskoczyło mnie kilka rzeczy. Odkryłam, że przyjechałam z kraju, gdzie jest nadmiar dóbr, a my… leczymy tego skutki. W szpitalu walczę z otyłością dzieci, które jedzą więcej, niż potrzebują, a przy tym się nie ruszają. Do szkoły zawsze są wożone samochodem, potem odwożone do domu. Często są nadmiernie chronione przed trudnościami, a gdy później się z nimi spotykają, nie potrafią sobie poradzić. Wielu nastolatków wymaga pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Tymczasem w Afryce samodzielność małych dzieci jest szokująca, ale musi tak być, bo decyduje to o ich życiu lub śmierci. Widuję dwu-, trzyletnie dzieci (wyglądające na młodsze z uwagi na niedożywienie i wzrost), które siedzą przy bardzo ruchliwej ulicy, pełnej aut i skuterów, próbując zorganizować sobie jedzenie. One nigdy nie wpadają pod auto! Umieją poprosić o jedzenie kogoś na stacji benzynowej, dojadają resztki po podróżnych. Już kilkulatki jakoś kombinują, radzą sobie. My mamy kłopot z nadwrażliwością młodych, z ich brakiem poczucia własnej wartości, z depresją. W Afryce jest inna rzeczywistość. Dzieci są odporne na trudności, bo bez tego by nie przeżyły. To było najbardziej zaskakujące. Świat dzieci.
A jak wygląda sytuacja jeżeli chodzi o szczepienia? My mamy do nich dostęp za darmo, jednak niektórzy rodzice odmawiają zgody na szczepienia. Nie pamiętają, jakie żniwo zbierały kiedyś choroby. W Afryce dzieci umierają, bo szczepionek nie ma. Niedawno chłopiec, którego rodzice nie zaszczepili przeciwko odrze, przywiózł ją z Afryki, gdzie rodzina spędziła wakacje…
– Tak, były przypadki odry i błonicy. Tam zdecydowana większość ludzi, w tym dzieci, nie ma dostępu do lekarza – nawet pierwszego kontaktu, nie mówiąc o specjalistach. Jednak brakuje statystyk zachorowalności, nie ma jak zebrać danych. Te, które znamy, są niepełne. Według statystyk danej choroby gdzieś nie ma, a my jedziemy i okazuje się, że jest. Tylko nie jest zgłaszana, bo kto ma to diagnozować?
W czasie wyjazdów widzieliśmy akcje szczepień w większych miastach. Szczepienia są tam na poziomie 30–40 proc. populacji. Rejony, w które jeździmy, często nie mają dostępu do szczepień. Spotykamy pacjentów z błonicą, tężcem, wścieklizną, polio, chorobami, których w Polsce praktycznie już nie ma. Bo w Polsce ludzie jednak w większości się szczepią.
Współpracuje Pani z Polską Fundacją dla Afryki, która robi świetną robotę bezpośrednio tam, ale też wspierając wiele organizacji pomagających Afrykańczykom. Macie kontakty z misjonarzami. Od nich wiecie, gdzie jechać?
– Zapotrzebowanie jest ogromne, nie dajemy rady jechać wszędzie, gdzie nas zapraszają. Podstawą naszych akcji jest kontakt z misjonarzami na miejscu, którzy najlepiej wiedzą, jakie są potrzeby, komu trzeba pomóc. Gdy przyjeżdżamy, wszystko musi być przygotowane, jeśli mamy jechać do odległej wioski, ktoś musi pomóc nam tam się dostać, zawiadomić pacjentów, że będziemy. Zabieram ze sobą młodych lekarzy oraz studentów medycyny i czuję się za nich odpowiedzialna, muszę mieć więc gwarancję bezpieczeństwa. W Afryce są na miejscu ludzie, którym ufam. Misjonarze mają najlepsze rozeznanie i zgłaszają, jakie są w danym miejscu potrzeby, jakich specjalności lekarze są niezbędni.
Ja z kolei organizuję ekipę. Zabieramy leki, sprzęt, na przykład aparat do USG. Bo tam nie ma nic, warunki polowe i wielka bieda.
Ratowanie zdrowia i życia jest więc możliwe wyłącznie dzięki ludziom dobrej woli, którzy organizują wyjazdy, leczą i wspierają to finansowo.
– Oczywiście. Lekarstwa bierzemy stąd, ale zakupy leków i sprzętu robimy też na miejscu. Nie bylibyśmy w stanie pomagać bez ofiar ludzi dobrej woli.
W ilu krajach działacie? I czy są między nimi duże różnice w poziomie życia?
– Jeździmy przede wszystkim na Madagaskar, do Kamerunu, Kenii, Tanzanii, Republiki Środkowej Afryki. Między tymi krajami są duże różnice. Madagaskar większość Polaków kojarzy z animowanymi filmami, egzotyką i urlopem, a jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Turyści nędzy nie widzą, bo odpoczywają na wyspach, na północy kraju. My jeździmy w miejsca, gdzie bieda jest skrajna. Jedną z przyczyn jest trudny klimat. Ludzie żyją z rolnictwa, ale bardzo trudno o dobre plony. Albo są susze – i nic nie urośnie, albo cyklony, ulewy i powodzie. Mieszkańcy są bardzo pracowici, ale to bez znaczenia, bo z plonów ziemi nie są w stanie się wyżywić. Pracują nawet dzieci, ciężko, cały dzień, za kilka-, kilkanaście złotych. Są kraje, w których jest nieco lepiej. Choć to zależy od rejonu. Na niektórych obszarach ludzie są bardzo ubodzy i nie mają szans na zmianę sytuacji. Nigdzie w pobliżu nie ma pracy, edukacji, a więc i nadziei.
Jak Was przyjmują Afrykańczycy? Widzą obcych ludzi z tajemniczym sprzętem, którzy robią z nimi zagadkowe rzeczy. Nie ma w nich lęku?
– Większość pacjentów nigdy nie była badana przez lekarza. Wiedzą, że może ich wyleczyć, bo o tym słyszeli, lecz o co w tym chodzi? Często mają przewlekłe problemy zdrowotne, na przykład niegojące się rany po oparzeniach, nigdy niezaopatrzonych urazach, padaczkę. To boli, męczy i oczekują pomocy. Są za to ciekawi tego, co robimy.
Prowizoryczną przychodnię robimy w szkole, w kościele – tam, gdzie jest budynek, który można wykorzystać. Kiedy kogoś badamy, przez okna zaglądają dzieci. Potem biegną do dorosłych, którzy czekają pod drzewem i pokazują im, co robimy (śmiech). Kiedyś patrzę, a dziecko pokazuje, że się trzeba położyć, że badamy brzuch, osłuchujemy itd. Jedno z moich zaskoczeń to też odkrycie ich szacunku do lekarza. Gdy nas nie ma, mają tradycyjne metody, przekazywane z pokolenia z pokolenie dzięki szamanom. Kiedy zjawia się lekarz, porzucają szamańskie praktyki. Ponieważ nasze leczenie przynosi efekty, uczą się zaufania. Poddają się naszym zabiegom, bo im pomagamy. Dobra fama niesie się daleko.
Tu życie toczy się blisko natury, nie znają wielu osiągnięć rozumu.
– Dlatego tak ważna jest pomoc misjonarzy. Muszą nas wprowadzić w kod lokalnej kultury, która jest dla nas niezrozumiała. Podam przykład z Madagaskaru. Dla nas przekazywanie informacji o ciężkiej chorobie, złym rokowaniu wymaga powagi w rozmowie z pacjentem. Smutek jest tu oczywisty. W Afryce ludzie wciąż się uśmiechają, mimo dramatycznych warunków, w jakich żyją. Od nas oczekują tego samego. Przekazuję straszne diagnozy z uśmiechem na twarzy, co w Europie byłoby nie do przyjęcia! Gdybyśmy tego nie robili, ludzie odebraliby to jako krytykę. Jeśli ktoś się do mnie nie uśmiecha, to znaczy, że jest na mnie zły. Pierwszy raz w życiu mówiłam rodzicom, że dziecka nie da się wyleczyć, bo ma dziecięce porażenie mózgowe, będzie już zawsze niepełnosprawne. Uśmiechnięta! Bo moją powagę i smutek zrozumieliby wbrew intencjom. Pomyśleliby, że coś złego zrobili, coś mi się nie spodobało. Pomagają nam lokalni tłumacze. Ich rola polega nie tylko na przekładzie komunikatu werbalnego, ale i mowy ciała. Można przez przypadek wywołać dużo nieporozumień.
Na jesieni znów lecicie do Afryki. Chcecie zebrać co najmniej trzy tysiące par okularów, które leżą u nas w szufladach, a tam odmieniają życie.
– Do Afryki jeździ z nami okulista, doktor Dariusz Tuleja z Koła. Przebadał tam tysiące osób i świetnie zna problem, potrzeby. Tam mało kto czyta, ludzie pracują raczej fizycznie. Dlatego mogą widzieć mniej wyraźnie niż my, żeby funkcjonować. Gdybyśmy postawili tak wysokie wymogi jak u nas, potrzebujących okulary byłoby 30–40 proc. społeczeństwa. My chcemy pomóc kilkunastu procentom, które z powodu wady wzroku nie są w stanie się poruszać, pracować i radzić sobie na co dzień. I nie mają dostępu ani do optyka, ani do okulisty. Zapotrzebowanie jest tak wielkie, że najbardziej efektywna jest zbiórka w Polsce gotowych okularów, które są zresztą świetnej jakości. Ponieważ każdy, kto ma wadę wzroku, po jakimś czasie zmienia okulary na mocniejsze, mnóstwo par leży po kątach, zanim trafi do kosza. Prawie każdy afrykański pacjent ma tu „lustrzany odpowiednik”, jeśli chodzi o wadę, i nasze stare okulary mogą mu służyć przez lata. Jeśli ktoś ma natomiast astygmatyzm lub wadę nietypową, mierzymy ją i kupujemy okulary na zamówienie. To jednak rzadkie przypadki. Bazujemy na tym, co już istnieje. Trzeba tylko zabrać okulary z szuflady i wysłać do Polskiej Fundacji dla Afryki.
Najlepiej zebrać więcej par i wysłać je „hurtem”?
– Bardzo często ktoś, kto chce zrobić trochę dobra, organizuje zbiórkę u siebie – w szkole, w pracy, w swojej parafii. Żadne okulary się nie zmarnują, będziemy wdzięczni za każdą parę – ale logistycznie czasem łatwiej jest zebrać kilka par wśród rodziny i sąsiadów i wysłać je razem! Okulary potem czeka dokładne czyszczenie i badanie przez wolontariuszy studentów, optyków i okulistów. Muszą sprawdzić siłę szkieł, precyzyjnie opisać każdą parę. Dopiero wtedy można je spakować i zabrać. Jeśli ktoś od dziecka widział wszystko niewyraźnie, za mgłą, a nagle dostaje dobrane do wady okulary, jest w szoku! Pamiętam wyraz twarzy kobiety, która pierwszy raz zobaczyła świat tak, jak my widzimy normalnie. To jest niewyobrażalna zmiana! A dla nas to bardzo niewielki wysiłek, bo jedyne, co trzeba zrobić, to spakować stare okulary i je wysłać. Urodziliśmy się w kraju, gdzie wada wzroku już nie rujnuje nam życia. Inni mieli mniej szczęścia i liczą na nasz drobny gest dobrej woli.
---
Okulary korekcyjne
można wysyłać
na adres Fundacji
ul. Krowoderska 24/3
31-142 Kraków
---
DR N. MED. LIDIA STOPYRA
Specjalista pediatrii i chorób zakaźnych, kierownik Kliniki Chorób Infekcyjnych i Tropikalnych Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie, ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














