Logo Przewdonik Katolicki

Pielęgnujcie świetlane pomysły

Ewelina Ferenc Joanna Molewska Marta Pawelec Akad
Fot.

O trądzie chorobie nadal budzącej u wielu lęk oraz swojej 43-letniej służbie wśród trędowatych w Ugandzie opowiada dr Wanda Błeńska, obchodząca w tym roku swoje 100. urodziny.

Poznań, ul. Fredry, godzina 11.50. Zniecierpliwione stoimy na czerwonym świetle przy przejściu dla pieszych. Nagle słyszymy intrygujące zdanie: „Ludku zzieleniej, zzieleniej”. Drobna, 99-letnia, uśmiechnięta pani wysiadła przed chwilą z tramwaju i zmierza energicznym krokiem do kościoła oo. Dominikanów. I tak prawie codziennie. Mija ją wiele osób, ale prawie nikt nie wie, że to Matka Trędowatych.

W ostatnią niedzielę stycznia w 150 krajach na całym świecie obchodzimy Światowy Dzień Pomocy Chorym na Trąd – ustanowiony z inicjatywy Raoula Follereau w 1954 r. W tymże roku dr Wanda Błeńska pracowała już wśród pacjentów w Ugandzie.

Urodziła się prawie 100 lat temu w Poznaniu, 30 października 1911 r. Mając niespełna 17 lat zaczęła realizować swoje marzenie – studia medyczne oraz przygotowanie misyjne. Zaangażowała się w Akademickim Kole Misjologicznym i redakcji „Annales Missiologicea”. Każdą wolną chwilę spędzała przy chorych w szpitalach, by zdobyć jak największe doświadczenie. Okres II wojny światowej, działalność w AK, aresztowanie nie zgasiły jej misyjnego powołania. Ukryta w schowku na węgiel, w 1944 r. przedostała się z polskimi marynarzami do Niemiec, by ratować umierającego brata. Nie mogąc powrócić już do Polski, wyruszyła do Anglii. Tam, po ukończonych kolejnych kursach medycyny tropikalnej dostała zaproszenie do „leprozorium w dalekim Fort Portal”. Potem były Buluba, Nyenga…

 

O trądzie – chorobie nadal budzącej u wielu lęk – oraz swojej 43-letniej służbie wśród trędowatych w Ugandzie opowiada dr Wanda Błeńska, obchodząca w tym roku swoje 100. urodziny.

 

 

Pani Doktor, kiedy pojawiła się u Pani po raz pierwszy myśl, żeby zostać lekarzem, a potem wyjechać na misje?

– O ile pamiętam, to była ona od zawsze [uśmiech].

 

Wiemy, że zawsze uwielbiała Pani czytać i czyta Pani bardzo dużo aż do dzisiaj. Czy już w dzieciństwie miała Pani możliwość czytania książek albo artykułów o misjach?

– Chyba tak, bo jak daleko sięgam pamięcią, to zawsze miałam dwa cele: muszę być lekarką i muszę być lekarką na misjach. I koniec. Już jako dziecko tak mówiłam i to się spełniło. Gdy rozmawiam z młodzieżą, to zawsze jej powtarzam: jeżeli macie dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich. Nawet, jeżeli wydają się wam niemożliwe do realizacji, za trudne. Swoje marzenia trzeba pielęgnować.

 

A co na te marzenia mówił tata Pani Doktor? Czy wiedział o Pani planach na przyszłość, o tym, że jego córka chce zostać lekarzem, a w dodatku - co mogło być jeszcze bardziej dla rodziców niepokojące - że chce wyjechać na misje?

– Tata wiedział o moich marzeniach. Wszystkim zawsze powtarzałam: będę lekarką. Wiadomo, że dzieci mają różne dziwne pomysły i w 100 procentach nie bierze się do serca tego, co mówią. Tata również nie brał wszystkich moich słów na poważnie. Ponieważ nie było to żadne złe marzenie, tylko dobre, to pewnie myślał sobie: „A niech sobie tak mówi!” Tak więc nie robił mi żadnych trudności.

 

Swoje marzenia zaczęła Pani spełniać po kolei. Zaczęło się od studiów medycznych, które rozpoczęła Pani jako jedna z nielicznych kobiet, a na dodatek w wieku niespełna 17 lat…

– Pamiętam, gdy przyjechaliśmy z ojcem do Poznania, gdzie chciałam rozpocząć studia medyczne. Nie miałam jeszcze wtedy ukończonych 17 lat. Ojciec poszedł ze mną do dziekana, żeby mnie zapisać na medycynę. I dziekan pyta tatę: „I pan się nie boi 17-letnią córkę puszczać samą na medycynę?” Tatuś odpowiedział: „Ona powiedziała, że na nic innego nie pójdzie...”. Na to dziekan ucichł [szeroki uśmiech Pani Doktor]. Więc ja też wszystkim życzę i mówię: Jeżeli macie powołanie – chcecie koniecznie studiować medycynę i zostać lekarzami – to musicie. I koniec!

Co do małej liczby kobiet, to było nas 15 na około 300 studentów pierwszego roku. Z tych 15 – 5 było zamężnych, 5 było narzeczonymi, a 5 było takich dzikich jak ja [śmiech]. Stosunek większości kolegów do mnie był opiekuńczy, bo byłam najmłodsza na roku. Miałam więc bardzo dobrych kolegów.

Gdy tylko mogłam, to wypytywałam o misje. Muszę przyznać, że czasy studenckie były bardzo miłe, sympatyczne.

 

Pani Doktor nie tylko się dopytywała o misje, ale również działała w tym kierunku!

– Wszystko szło dobrze. Na studiach działało Akademickie Koło Misyjne. Potem, żeby brzmiało „mądrzej”, bardziej naukowo, nazwaliśmy się Akademickim Kołem Misjologicznym. Czasem przyjeżdżali do nas na spotkania misjonarze, którzy byli na urlopach w Polsce, i opowiadali nam o swojej pracy na misjach.


Czy wśród studentów było duże zainteresowanie misjami, działalnością w Kole Misjologicznym?

- Może nie było bardzo duże, ale byliśmy bardzo zżyci. To była, jak to się mówi, fajna grupa. Razem chodziliśmy na spacery, takie dalekie, do podmiejskich miejscowości. Jeździliśmy też rowerami, jak było to możliwe… Oczywiście rowery były z wypożyczalni. Tak hałasowały, że słychać je było na pół kilometra, bo nie były najlepszej jakości. Ładne były te czasy studenckie… Ale zawsze tak jest, jeżeli zbierze się grono przyjaciół, którzy mają podobny sposób myślenia, i o tym samym marzą – o posłudze misyjnej.

 

Marzenie spełniło się po wielu latach. Gdy miała Pani 39 lat, wyjechała Pani na misje do Ugandy, jako lekarz. Pani Doktor zawsze bardzo pozytywnie wypowiada się o swoich ugandyjskich pacjentach, w ogóle o Ugandyjczykach. Co w tych ludziach jest takiego szczególnego?

– Życie Afrykańczyków, w tym Ugandyjczyków, naznaczone jest wieloma lękami. Czyha na nich wiele niebezpieczeństw… Ale mimo wszystko są radośni. Potrafią cieszyć się z niczego. Chyba bardziej cieszą się z drobiazgów niż my. Posiadają zdecydowanie mniej niż my, ale zawsze są radośni. Czasem dzień mijał w spokoju, nic się nie działo. Nagle jednak ktoś doświadczył jakiejś małej radości i zaraz zaczynał tańczyć, a z nim i inni… Niekiedy wystarczył – w naszym odczuciu – niewielki  powód, a oni grali, śpiewali, tańczyli.

 

Podobno też są bardzo szczerzy…

– O tak… Zdarzały się sytuacje, które mi to uświadamiały. Kiedyś np. zorientowałam się,  że pacjent, który zabierał tygodniową dawkę leków, nie przyjmował ich tak, jak miał zalecone. A było to bardzo ważne. Pytam go: „A czy ty bierzesz te wszystkie tabletki?” I usłyszałam: „Nie, muszę połowę dawać swojej żonie, bo powiedziała, że ode mnie odejdzie…”. I to było zupełnie szczere, nie kryli tego, ale mówili prawdę… Mówiłam więc: „No to na następne spotkanie przyjdź z żoną – dam jej jakieś inne tabletki…”. No i dawałam witaminy, twierdząc, że to bardzo ważne lekarstwo…

 

Ugandyjczycy są też bardzo spontaniczni. Doświadczył tego papież Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki do tego kraju w 1993 r. Później wspominał, że była to jedna z jego najpiękniejszych pielgrzymek. Młodzi ludzie, których było bardzo dużo, przyjęli go jak ojca. Jan Paweł II bardzo to odczuł. Radość był ogromna…

– To była prawdziwa radość z tego, że go widzieli, że go spotkali. Coś, czego nie można upozorować. To się zaraz czuje. Każdy, kto przyjeżdża do jakiegoś kraju od razu czuje atmosferę, łatwo odkrywa, czy jest sztuczna, czy serdeczna. Kiedy jechaliśmy z Buluby do Kampali, to samochody, które nas mijały, wypełnione były rozśpiewaną młodzieżą. Wszyscy nas pozdrawiali! Panowała bardzo radosna atmosfera i papież też to na pewno odczuwał.

 

W pewnym momencie, jak to w Afryce bywa, zgasło światło na placu, na którym było spotkanie…

– Tak, było to właśnie w Ugandzie. Nikt się tym nie przejmował, bo w Afryce to była codzienność. Ojciec Święty powiedział wtedy, że papież ich kocha także po ciemku [śmiech]. Entuzjazm był ogromny.

 

Pani Doktor miała okazję osobiście spotkać się z Janem Pawłem II w Ugandzie. Powiedział wtedy, że jest Pani ambasadorem misyjnego laikatu… Co Pani wtedy czuła?

– Nie wiem, zamurowało mnie. Wiedziałam o papieżu prawie wszystko. Był niedoścignionym wzorem misjonarza… Jan Paweł II miał wówczas jakieś spotkanie z osobistościami. Daliśmy znać, że my też czekamy. Przyszedł do nas, do ogrodu. Usiadł, a my wkoło niego – jak te kurczaki. Rozmawialiśmy w bardzo miłej atmosferze. Nawet teraz, gdy to opowiadam, widzę miejsce, gdzie siedział i gdzie powiedział mi o tym misyjnym laikacie…

 

Dla nas, Europejczyków, Uganda jest krajem egzotycznym. Można zachwycić się nie tylko dobrocią, spontanicznością i kulturą jej mieszkańców, ale także wspaniałą przyrodą. Słyszałyśmy, że Pani Doktor zaprzyjaźniła się tam nawet z małpką…

– To prawda. Jacyś chłopcy mi ją sprzedali. Miała przywiązany powróz na brzuszku, a oni ją na nim prowadzili. Natychmiast zdjęłam jej ten powróz, posmarowałam wytarty brzuszek kremami, a uwolniona małpka skoczyła od razu na drzewo. Jednak nie uciekła. Przygotowałam jej ładne łóżeczko na mojej werandzie, niedaleko pod oknem, gdzie spałam. I tam sobie mieszkała. A zawsze rano wołała: „uhu hu hu”, że się obudziła i że chce już jeść.

Przyszedł jednak dzień, kiedy już nie zawołała. Zniknęła. Nie było jej w domu. Nie wiem, czy porwało ją jakieś zwierzę, czy może zabrała ją jej matka... W każdym razie historia małpki się skończyła. Była bardzo złośliwa…

 

…ciągnęła Panią Doktor za spódnicę?

– Złośliwości było wiele. Na przykład kradła, co się dało. Nagryzała każdy owoc, który był  na talerzu. W ten sposób chyba informowała: „To moje!”. Żeby porwała jeden i zjadła… A ona nie! Każdy owoc nagryzła. Zwierzęta nie są tak niemądre, jak myślimy… Dobrze wiedzą, co im wolno, a czego nie. A małpa robi zawsze to, czego nie wolno.

Innym razem porwała mojego małego kociaka i uciekła z nim na dach. Patrzyła na mnie i pokazywała, że rzuca tego kotka na dół…

 

…i rzuciła?

– Nie. Ale udawała… I to właśnie dowodzi jej złośliwości! [wybuch śmiechu].

Co do zwierząt, opowiem jeszcze jedną historię – o hipopotamie. Miałam mały kajak.  Kiedyś popłynęłam nim odnogą jeziora Wiktorii. Chciałam podpłynąć pod drzewo. A tam, pod drzewem, był hipopotam. Coś mnie tknęło i odwróciłam głowę. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam otwartą paszczę! Do dziś ją pamiętam. Miała różowe wnętrze i w środku kły, takie żółto-złote. Ten otwarty pysk był dokładnie nad końcem mojego kajaka! Wówczas na całe jezioro wrzasnęłam: „Święty Rafale, ratuj! Ja będę wiosłować!” No i św. Rafał mnie uratował. Potem okazało się, że hipopotam był ranny, dlatego był taki agresywny.

 

Trąd

 
Przez 43 lata pracowała Pani Doktor w ośrodkach dla osób chorych na trąd w Ugandzie, sama prowadząc szpitale w Bulubie i Nyendze. Można powiedzieć, że oddała Pani swoje serce osobom dotkniętym tą chorobą, zyskując przydomek Matki Trędowatych. Z jakimi problemami borykają się te osoby? Jakiej pomocy najbardziej oczekują od lekarza, od społeczeństwa?
– Trąd dotyka całego człowieka, jednak leczy się tak naprawdę nie trąd, ale przede wszystkim jego skutki. A skutkiem jest porażenie, przykurcze, które wymagają masażu, rehabilitacji. Trąd można skutecznie leczyć, ale późno wykryty pozostawia trwałe okaleczenia. Pokazywaliśmy więc odpowiednie ćwiczenia, starając się przede wszystkim przekonać pacjenta, że to pomaga, że trzeba się do tego dostosować, że trzeba unikać przykurczów. Jednak największym problemem była izolacja chorych przez rodziny, społeczeństwo – to było dla nich największym ciężarem. Często rodziny nie potrafiły przełamać bariery strachu.
Bardzo ważną rolę odgrywały wtedy pogawędki, nawiązanie porozumienia z ludźmi chorymi na trąd i z ich rodzinami. Zwykle sami przychodzili i prosili, żeby nauczyć ich, jak uniknąć zakażenia, na co zwracać uwagę, a to zmniejszało lęk.
Leczyłam nie trąd, ale osoby z trądem, czyli wszystkie choroby, na jakie chorowali. Traktowałam ich jak zwyczajnych pacjentów. Każdego, jak pacjenta, który ma chorobę zakaźną. Pacjentom przede wszystkim trzeba okazać serce i oni szybko  to wyczują. Chorzy są bardzo wrażliwą grupą ludzi. Zwłaszcza bardzo cierpiący wiedzą, czy się pomaga całym sercem, czy tylko przychodzi oficjalnie. Tak, chory to wyczuje… I rzeczywiście to okazane serce działa na niego kojąco. Nie tylko kojąco, ale i gojąco. Lekarz, który nie ma serca dla pacjentów, nie jest dobrym lekarzem. Jeżeli chce się być dobrym lekarzem, to trzeba pokochać swoich pacjentów. W tym znaczeniu, że daje im się czas, otacza się ich troską, uczy, bo to zawsze jest konieczne. Jeżeli ktoś podchodzi z lękiem, pacjent to wyczuje i wówczas leczenie jest trudniejsze.
Jeżeli chodzi o personel szpitala, to najlepszymi pracownikami byli wcześniejsi pacjenci lub ci, którzy mieli w rodzinie kogoś, kto chorował na trąd. Oni mieli serce dla pacjentów.
 
Wspomniała Pani Doktor, że bardzo ważne jest zmniejszanie lęku przed trądem. Pani sama wiele czasu poświęcała na różne prelekcje dla studentów uczelni medycznych bądź dla lekarzy odwiedzających ośrodek. Wygłaszała też Pani referaty na międzynarodowych zjazdach lekarskich dotyczących trądu. Ważną rolę odgrywały także pogadanki dla miejscowej ludności na temat trądu. Wszystko po to, aby jak najwięcej wiedziano o tej chorobie i aby zmniejszyć strach przed nią. Czy przynosiło to rezultaty, zmianę nastawienia wobec osób chorych na trąd?
– Zawsze starałam się nie tylko mówić, ale i pokazać: Patrzcie – ja dotykam, nie mam żadnych zmian, przykurczów, niczego. Jeśli ktoś zachowuje normalne zasady higieny – a zawsze je trzeba zachowywać – nie ma obawy, że się zarazi. Ale prawdą jest, że ludzie się boją i trzeba ten lęk przezwyciężyć. Nie zawsze się to udawało.

Bardzo ważna jest rozmowa z rodziną, żeby nie izolowała pacjenta. Trzeba uspokajać, a równocześnie strzec przed zakażeniem. Trzeba tłumaczyć, wyjaśniać. Pokazywałam, że gdy jest rana, to trzeba obchodzić się z nią  jak z raną. Nikt palcem rany nie dotyka. Tak samo jest z trądem. Trzeba uczyć społeczeństwo, tzn. przede wszystkim otoczenie chorego, i tłumaczyć, co można robić, a czego nie wolno. Przede wszystkim trzeba dawać przykład. Gdy wzięłam kogoś za rękę i pokazałam, co gdzie się znajduje, to była zachęta dla innych, żeby zobaczyć, dotknąć… Przecież jeżeli mam chorego z powiększonym nerwem i pokazuję go, sama dotykam, to ci, którzy boją się dotknąć, w końcu muszą się przełamać. Widzą, że ja dotykam, więc w końcu oni też próbowali to zrobić. Wstydzili się pokazać, że się boją. A jak już jeden, drugi raz dotkną, to ten strach w końcu mijał…

 
Wiemy, że Pani Doktor pracowała bez rękawiczek…
– Wkładałam rękawice wtedy, kiedy wymagał tego stan pacjenta – żeby go nie zarazić. Jeżeli były jakieś rany, trzeba było włożyć rękawiczki, żeby nie zaszkodzić pacjentowi, np. nie rozmazać ropy, a nie tylko, żeby samemu się uchronić od zakażenia. Przy trądzie trzeba zachować wszystkie zasady dotyczące choroby zakaźnej. Bo to jest choroba zakaźna, bardzo małej zakaźności, ale jest.
Jeżeli lekarz wchodzi do pokoju, gdzie jest kilku trędowatych i jeden z nich ma ranę, a drugi nie, to zawsze myje ręce. To przecież naturalne. Ważne, żeby tę normalność zachować. Po prostu zwyczajne zachowanie przestrzegające zasad higieny. Jeżeli badałam jakiegoś chorego pacjenta, to potem zawsze myłam ręce. Myłam je nie tylko po zbadaniu kogoś chorego na trąd, tylko po każdym badaniu, żeby ludzie widzieli, że należy to do rytuału lekarza. Zawsze powtarzałam: Patrzcie na mnie! Tyle lat opiekuję się osobami trędowatymi i się nie zaraziłam.
 
A jakie zachowanie lekarzy, którzy przyjeżdżali do ośrodka dla osób trędowatych tylko w odwiedziny?
– Lęk widziałam nawet u lekarzy. Czasem śmiałyśmy się z siostrami, gdy przyjeżdżali lekarze i robili wszystko, żeby – broń Boże – nie dotknąć chorych. Pacjenci są bardzo mądrzy, bardzo wrażliwi. Od razu wyczuwają, czy lekarz boi się dotknąć chorego, czy nie. Stosunek lekarza do chorego na całym świecie jest taki sam. Albo mu daje serce i swoją wiedzę, którą stara się pogłębiać, aby lepiej pomóc pacjentowi, albo nie. Nie można podchodzić z lękiem do pacjenta, bo on to wyczuje… Nie bać się – to wymaga samozaparcia. Wśród trędowatych może pracować tylko ten, kto się tej choroby nie boi. Kto nie boi się dotykać pacjentów. Trzeba też wszystkich, którzy opiekują się pacjentem, pozbawiać tego strachu.
 
Czy ktokolwiek z osób, które razem z Panią Doktor opiekowały się osobami chorymi na trąd, zaraził się tą chorobą?
– Nie. Ja byłam tam najdłużej, przeszło 40 lat… 43 i też się nie zaraziłam.
 
Tu i teraz… misje dziś
 
Pani Doktor nie tylko była misjonarką w Ugandzie, ale jest nią również dzisiaj. Mam na myśli...
– Propagandę! [śmiech wszystkich]
 
Tak - propagandę misyjną! Od czasu powrotu do Polski, aż do dzisiaj, jest Pani bardzo aktywną osobą. Pani kalendarz jest wypełniony. Jest Pani zapraszana na różne spotkania misyjne, ponieważ każdy chce usłyszeć, co Pani ma do przekazania…
– Jeszcze się nie zdarzyło, bym odmówiła udziału w takim spotkaniu. Nie głoszę referatów, lubię odpowiadać na pytania i pokazywać przezrocza. Jestem tam, gdzie mnie zapraszają. Nie można przyjść do swojej lub jakiejś innej parafii i powiedzieć: Byłam na misji i mogę coś o tym opowiedzieć... To musi być inicjatywa słuchaczy. Jak zapraszają, to idę! Cały czas czekam na zaproszenia.
 
A zaproszeń było i jest dużo!
– Przeważnie były to spotkania parafialne, ale też wykłady dla studentów medycyny, zjazdy lekarskie. Profesorowie też byli bardzo zainteresowani. To przecież duża różnica, gdy zna się jakąś chorobę z literatury, a co innego, gdy ma się takich pacjentów na co dzień. Podczas spotkań pokazywałam więc wykonane w Afryce slajdy. Oczywiście (dla osobistej przyjemności) niektóre okropne, najtrudniejsze przypadki, by ich trochę przestraszyć. Kto by się oparł takiej pokusie, prawda?! [śmiech] Ale prezentowałam też te jasne, promienie, a było ich naprawdę wiele. Największe wrażenie robiło porównanie – pacjent przed i po leczeniu. Chory z plamami, obrzękami nerwów, a następnie, po kilku miesiącach leczenia, bez tych objawów. To była satysfakcja! Zmniejszało to też lęk u tych, którzy byli na spotkaniach.
 
Pani Doktor zarażała ich nadzieją i odwagą... Ten zapał misyjny jest wciąż żywy.
– Jeśli wyjeżdżacie na misje, nawet na krótki czasu, to „to” jest w was. Chcecie się podzielić Dobrą Nowiną i swoimi przeżyciami z innymi. To naturalne. Gdy człowiek podzieli sie z najbliższymi, a ci mają swoich najbliższych, a tamci jeszcze kolejnych... to ostatecznie zawsze ktoś przyjdzie do misjonarza i poprosi o spotkanie.
 
Ziarno misyjne jest rozsiewane... Wiele uwagi poświęca Pani Doktor najmłodszym. Dzieci Panią bardzo kochają...
– Dzieci są mądrzejsze, niż nam się wydaje. Nieraz myślą i przeżywają różne sprawy bardziej niż dorośli. Zawsze są ciekawe świata. Gdy dzieciom pozwoli się zadawać pytania, to są szczere. Na misjach warto robić dzieciom zdjęcia, by później pokazać je innym dzieciom, tutaj, w Polsce i porusza ich serca, rozbudza wrażliwość. Dzieci są kochane...
 
Ma Pani Doktor także dwie swoje szkoły... Szkoły nazwane Pani imieniem.
– Piątkowska Szkoła Społeczna w Poznaniu oraz placówka w Niepruszewie. Mam z nimi stały kontakt, bardzo kocham te moje dzieciaki!
 
Kilka tygodni temu otrzymała Pani nagrodę Rzecznika Praw Dziecka, ale także same dzieci ponad 10 lat temu wręczyły Pani Order Uśmiechu. Musiała Pani wypić sok z cytryny...
– Znajomi opowiadali mi, że specjalnie szukali bardzo dojrzałych cytryn, by sok nie był tak cierpki. I dałam radę!
 
Wiele nagród, które Pani otrzymała, świadczy o uznaniu Pani 43-letniej pracy w Afryce. A co my, będąc tu i teraz w Polsce, możemy zrobić dla misji?
– Każdy może pomóc. Warto nawiązać kontakt z misjonarzami, dowiedzieć się, czego im najbardziej potrzeba. Misja misji nie jest równa. Misjonarze spotykają się z różnymi problemami. Często jest tak, że misjonarze mają konkretne prośby, potrzeby, ale nie mają odwagi albo okazji, by o tym powiedzieć.
 
Taka pomocą dla misji może być także modlitwa...
– Tak! Modlitwa jest bardzo, bardzo wielką pomocą!
 
A jeżeli ktoś myśli już konkretnie o wyjeździe na misje, to czym kierować się przy wyborze misji?
– Tu nie ma co wybierać. Najlepiej, żeby pojechać tam, gdzie brakuje pomocy. Na pewno  będzie to najtrudniejsza praca. Ale to właśnie jest ważne. Misje to ludzie, a ludzie są różni, mają różne potrzeby.
 
W jaki sposób można sie przygotować do takiego wyjazdu i pracy?
– Ważna jest znajomość języka. Nie wszyscy będą mówić po angielsku, ale myślę, że to jest najpowszechniejszy język – często używa się go w szkole, w szpitalu. Warto nawiązać kontakt z konkretnymi misjonarzami i Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Ale także za pośrednictwem Koła Misjologicznego. Kiedy należałam do Koła Misjologicznego, w parafiach pokazywaliśmy przezrocza. Czym zajmuje się dzisiaj Koło?
 
Podejmujemy animację misyjną w różnych parafiach, szkołach, podczas konferencji. Spotykamy się także z misjonarzami, czytamy misyjne dokumenty papieskie, szykujemy cegiełki misyjne. Raz w miesiącu uczestniczymy we Mszy św. w intencji misji, a 40 osób z AKM-u codziennie odmawia misyjny Różaniec. Odbyliśmy także miesięczne doświadczenia misyjne w Kazachstanie, na Wyspach Zielonego Przylądka i w Ziemi Świętej – w Jerozolimie. Można zapoznać się z naszą działalnością na stronie internetowej www.misja.info.
– Zawsze mówię młodzieży: Jeśli macie jakieś dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich tylko dlatego, że wydają się niemożliwe czy trudne do realizacji. Swoje marzenia trzeba pielęgnować!
 
To chyba niemożliwe, że w ciągu całego Pani pobytu na misji w Ugandzie przeżywała Pani same dobre chwile…
– To co złe się zapomina. Złych wspomnień nie należy pielęgnować. Sienkiewiczowski Zagłoba lubił mawiać, że nie trzeba pielęgnować smutków – niech pozdychają z głodu.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki