Logo Przewdonik Katolicki

Kazachstan i fenomen rządów Nazarbajewa

Jacek Borkowicz
fot. Vladislav Vodnev Sputnik/EN

Nursułtan Nazarbajew przejdzie do historii jako człowiek, który po pierwsze rządził nieprzerwanie Kazachstanem w sposób pokojowy, po drugie zaś dobrowolnie ustąpił ze stanowiska przywódcy państwa. Oba fakty stanowią ewenement w tym regionie świata.

W środę 20 marca, w dzień autodymisji Nazarbajewa, kazachski parlament uchwalił zmianę nazwy stolicy państwa – z Astany na Nursułtan. To imię odchodzącego prezydenta. Posłowie zadecydowali o tym jednogłośnie, choć jeszcze 24 godziny wcześniej chyba żaden z nich nie miał pojęcia, co zrobi następnego dnia.
Prezydent o dymisji ogłosił niespodziewanie. Aczkolwiek długo się do niej przygotowywał, robił to po cichu. Trzydzieści lat władzy nad największym krajem Azji Środkowej najwyraźniej mu wystarczyło.

By Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej
Znają ten slogan wszyscy, którzy oglądali Borata. W polskim tłumaczeniu tej amerykańskiej komedii sprytnie wykorzystano, lekko tylko zmienione, hasło z epoki towarzysza Gierka. Ale ono równie dobrze pasuje do stosunków panujących w Kazachstanie – tym rzeczywistym, a nie filmowym.
W środku Astany, przepraszam: Nursułtanu, od pięciu lat wznosi się okazały łuk triumfalny. Postawiono go na cześć „Wiecznego państwa”. Ale Kazachowie nie mają tradycji państwowych w sensie europejskim. Przez wieki rządziły tu stepowe ordy, o płynnych granicach i niezbyt długim trwaniu, bo zmieniające się z każdą nową dynastią. Taki właśnie Kazachstan zaanektowała na półtora wieku Rosja, najpierw carska, potem zaś sowiecka. Dopiero w 1991 r., w momencie rozpadu ZSSR, nadarzyła się okazja do budowy tam standardów państwowości przypominającej, choćby po wierzchu, państwa Zachodu. Dlatego rządzący Kazachstanem reagują drażliwie, gdy wypomina im się niezbyt długą polityczną genezę.
„Wieczne państwo” (Mangilik el) to także nazwa narodowego programu, ogłoszonego z pompą w 2014 r. przez Nazarbajewa. Głosi ona, że „odwieczny” Kazachstan, od stepowych chanów począwszy, aż po rok 2050 – bo na taki okres zapowiadany jest program – stanowi i stanowić będzie czasoprzestrzenną jedność, której nikt nie będzie w stanie rozerwać. A gwarantem owej historycznej jedności, przejścia z historii w nowoczesną przyszłość, jest sam Nazarbajew. Już nie prezydent, ale od 2010 r. dożywotni „przywódca narodu” – bo taki tytuł nadał mu parlament.
Trzeba przyznać, że to dobre samopoczucie Nazarbajewa ma pewne umocowanie w rzeczywistości. Jego rządy nad Kazachstanem są przykładem fenomenu. Zaczął je w 1989 r., jeszcze jako pierwszy sekretarz republikańskiej kompartii. Po dwóch latach został prezydentem i sprawował tę funkcję aż do teraz. Bez wojen domowych, przewrotów ani czystek etnicznych, co więcej – bez wyraźnych oznak dławienia demokracji. Taka sztuka nie udała się żadnemu innemu przywódcy posowieckiej Azji Środkowej.
 
Za Rosją, a nawet przeciw
Kazachstan nie chce być rosyjski. Gdy rozpadał się Związek Sowiecki, Kazachowie stanowili mniejszość we własnym kraju, a język rosyjski królował wszędzie. Dziś kazachskie elity mówią po kazachsku, aczkolwiek rosyjski powszechnie znany jest nadal. Rosjan jest tu znacznie mniej niż w czasach ZSSR: od 1991 r. wyemigrowało ich stąd 1,5 miliona (pozostało 5 mln, co stanowi jedną czwartą ogółu populacji). Nikt ich jednak do tego nie przymuszał, wyjechali, bo chcieli wrócić w rodzinne strony.
Kazachowie wyprosili Rosjan ze swoich baz wojskowych, włącznie ze słynnym Semipałatyńskiem (dziś Semej), gdzie dokonywano prób jądrowych. Wielkimi krokami postępuje program przeprowadzenia Kazachów z cyrylicy, którą językowi kazachskiemu narzucił Stalin, do alfabetu łacińskiego, jak w Turcji. Forsuje się też plan obowiązkowego nauczania angielskiego już w szkołach podstawowych.
Ale Kazachstan po rządami Nazarbajewa nigdy też nie chciał z Rosją zadzierać. Od razu, gdy to było możliwe, wstąpił do Wspólnoty Niepodległych Państw, namiastki nieistniejącego Związku Sowieckiego. Od tej też pory nie stanowi dla Moskwy politycznego kłopotu. Umiejętnie szermujący hasłem neutralności Nazarbajew potrafił ułożyć sobie stosunki z rosyjskim sąsiadem, a przy tym skutecznie powiększać znaczenie swojego kraju na arenie międzynarodowej. Po agresji Kremla na Ukrainę kazachski prezydent orędował na Zachodzie przeciw antyputinowskim sankcjom, a jednocześnie wzmacniał współpracę gospodarczą, a nawet wojskową, z rządem Petra Poroszenki.
Władimir Putin to toleruje, bowiem kazachski partner jest mu wygodny ze względu na zasoby ropy i gazu ziemnego. Kazachstan Nazarbajewa, bez wojen i rewolucji, stanowi też dla Rosji bezpieczną kurtynę, oddzielającą ten kraj od zarażonych islamskim fundamentalizmem państw głębokiej posowieckiej Azji.
 
Oliwa na fale
Operacja „odejścia” 79-letniego prezydenta przygotowana została z precyzją. Na jego miejsce parlament wybrał Kasyma-Żomarta Tokajewa, który tak jak Nazarbajew był wcześniej komunistycznym dygnitarzem, a od 30 lat wiernie służy kazachskiemu przywódcy. Opróżnione przez Tokajewa miejsce przewodniczącego senatu zajęła Dariga, najstarsza córka Nazarbajewa. Teść jej syna jest przewodniczącym komisji wyborczej. Sam Nazarbajew, mimo że ustąpił ze stanowiska prezydenta, zachował urząd przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa, z prawem weta wobec uchwał parlamentu. Pozostał też szefem Nur Otan, partii która odgrywa podobną rolę, co Komunistyczna Partia Kazachstanu przed 1991 r. Jego pozycja wydaje się więc niezagrożona, tym bardziej że w Kazachstanie nie ma – ani też nigdy nie było – zorganizowanej opozycji politycznej.
Co nie znaczy, że ten sprytny „polityczny emeryt” może teraz na dobre odetchnąć. 20 milionów Kazachów przypomina ocean, na którego fale zabobonni żeglarze leją oliwę – dla uspokojenia. Kilka lat temu, po koncercie miejscowej gwiazdy muzyki pop, tysiące fanów (apolitycznych, a jakże!) na kilka godzin opanowało stolicę, a policja nie mogła sobie z nimi poradzić. Był to sygnał, pokazujący, jak wątłą może być iluzja trwałego spokoju, panującego w tym kraju.
W Azji Środkowej odejście od władzy przywódcy państwa – wszystko jedno czy dobrowolne, czy pod przymusem – zawsze stanowi okazję dla różnych frakcji do sięgnięcia po dobrodziejstwa, jakie daje udział we władzy. A to oznacza zachwianie delikatnej społecznej równowagi.
Podobne ryzyko występuje w relacjach międzynarodowych. O wpływy w Kazachstanie konkuruje z Rosją od lat, i to z dobrym skutkiem, państwo chińskie. Jak zachowa się teraz Pekin? Czy nie zechce pójść o krok naprzód, wypierając jeszcze bardziej interesy rosyjskie z Astany-Nursułtanu?
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki