Olbrzym się obudził

Pięć państw Azji Środkowej pokazuje światu, że jedność, której dotąd w regionie tak bardzo brakowało, może okazać się kluczem do nieodległej, zbiorowej potęgi sąsiadów.
Czyta się kilka minut
Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew oraz prezydent Rosji Władimir Putin podczas regionalnego szczytu bezpieczeństwa w Astanie w listopadzie 2024 r. | fot. Contributor/ Getty Images
Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew oraz prezydent Rosji Władimir Putin podczas regionalnego szczytu bezpieczeństwa w Astanie w listopadzie 2024 r. | fot. Contributor/ Getty Images

Azja Środkowa w ostatnim czasie szybko i zdecydowanie daje znać, że nie chce już być przedpokojem do Rosji, a przez nią do Europy. W kwietniu w uzbeckiej Samarkandzie doszło do pierwszego w historii szczytu Unii Europejskiej i wszystkich pięciu państw regionu: Uzbekistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu, Kazachstanu i Turkmenistanu. W tym samym miesiącu dwaj najwięksi gracze tej piątki, Uzbekistan i Kazachstan, do spółki z Azerbejdżanem, dogadały się z Azjatyckim Bankiem Rozwoju w kwestii transportu nośników zielonej energii, paliwa przyszłości, z głębi kontynentu do Europy. Jeszcze ważniejsze od nich było spotkanie 31 marca w tadżyckim Chodżencie, na którym przywódcy Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu podpisali traktat regulujący spory graniczne, jakie od dekad dzieliły te trzy państwa. To coś więcej niż proste zakończenie konfliktu. 

Przekleństwo Fergany
Cesarstwo Chorezmu stanowiło największe imperium świata, ale to było dawno. Z czasem Azja Środkowa (tradycyjna nazwa: Turkiestan) podupadła i znalazła się na peryferiach cywilizacji. Szybko więc stała się obiektem obcej, kolonialnej ekspansji – w tym przypadku rosyjskiej. Trwała ona sto lat, aż do końca istnienia państwa carów. Rosjanie najpierw podporządkowali sobie łatwiejsze do pokonania, koczownicze ludy stepowe. Chanat Chiwy i większy odeń emirat Buchary zdołały zachować niepodległość, choć – otoczone przez terytoria zajęte przez Rosjan – ulegały wpływom potężnego sąsiada.
W 1920 r. bolszewicy, pod pretekstem walki z kontrrewolucją, najechali te resztki niezależnego Turkiestanu i wcielili do swojego państwa. Powstało pytanie, co zrobić z ich mieszkańcami: ludźmi innej rasy, wiary (islam), języka i mentalności. W sowieckiej Republice Bucharskiej ludność osiadła w miastach mówiła po tadżycku (język pokrewny większości języków Europy), natomiast wieśniacy i koczownicy w większości używali miejscowej, uzbeckiej odmiany dialektów tureckich. Ogólnie ludność osiadłą nazywano w Turkiestanie Sartami. W 1924 r. Moskwa zabroniła używania nazwy „Sartowie”, zastępując ją terminem „Uzbecy”, zaś w rok później powołała republikę sowiecką z przymiotnikiem „Uzbecka”, w której językiem urzędowym został uzbecki, tworzony w pośpiechu i dość sztucznie.
W podobny sposób powołano wszystkie pięć republik Azji Środkowej, wyznaczając ich granice według języka, jakim mówiła większość miejscowej ludności. W byłym Turkiestanie, gdzie każdy mówił jak chciał, z oczywistych powodów nie mogło to się udać do końca i zawsze ktoś pozostawał niezadowolony. Ale w państwie totalitarnym wszelkie podobne konflikty pozostawały w zamrożeniu.
Wybuchły one w latach 1989–1991, czyli w dobie rozpadu ZSRR, szczególnie gwałtowny obrót przybierając w Kotlinie Fergańskiej, podzielonej przez bolszewików między Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan. Wyznaczone w latach 20. XX w. granice państwowe tworzą tam istne esy-floresy. Wspomnienie krwawych starć w kirgiskim mieście Osz, przebiegających z typowo azjatyckim okrucieństwem, do dzisiaj jest koszmarem dla piszącego te słowa.

Magomied Magomiedowicz Magomiedow
Walki na tle etnicznym w Kotlinie Fergańskiej toczyły się odtąd, z niewielkimi przerwami, aż do 2022 r. Oczywiście blokowało to zgodę między trzema skłóconymi państwami, zaś wszelkie próby mediacji pomiędzy Taszkientem (stolica Uzbekistanu), Biszkekiem (Kirgistan) a Duszanbe (Tadżykistan) załatwiano po dawnemu – czyli za pośrednictwem Rosji. Dziwnym trafem nigdy nic trwałego z tego nie wychodziło. Ale czy znają państwo przypadek, w którym rosyjska mediacja doprowadziła do prawdziwego pokoju?
Osobnym problemem jest bagaż rosyjsko-sowieckiego kolonialnego dziedzictwa. Rosjanie narzucili mieszkańcom Turkiestanu nie tylko urzędowe języki i sztucznie wytyczone granice, ale też – w miejsce arabskiego – alfabet cyrylicki. A także nazwiska. Turkiestańczycy w ogóle ich dotąd nie mieli, zatem Stalin postanowił obdarzyć ich nie tylko nazwiskami, lecz także typowo rosyjskim „otczestwem”. Stąd wzięły się dziesiątki tysięcy osób z wpisem w paszporcie typu „Magomied Magomiedowicz Magomiedow”. Rdzenni Rosjanie pogardzali nimi jako wyrzutkami z rodzimej kultury, które wszelako nie dorosły do miana istinno russkich. Stereotypy te wykorzystał skądinąd Amerykanin, Sasha Baron Cohen, wcielając się w filmowego Borata.
Z tym bagażem tak czy inaczej uporać się muszą klasy rządzące pięcioma środkowoazjatyckimi republikami. Proces derusyfikacji języka i kultury, jaki trwa tam już od 35 lat, przyniósł spore efekty. Wyrazem ich jest przejście od oficjalnego alfabetu cyrylickiego do łacinki, jakiego w 1992 r. dokonał Uzbekistan, po nim zaś Turkmenistan. W Kazachstanie ta zmiana, zapoczątkowana w 2017 r., rozłożona została na lata, z planowanym zakończeniem w 2031 r. Przy cyrylicy pozostały tylko Kirgistan oraz Tadżykistan.
Gorzej z nazwiskami, gdzie nadal dominuje kolonialna końcówka „ow”. Dość powiedzieć, że spośród głów naszej piątki państw na przywrócenie rodzimej formy zdecydował się tylko prezydent Tadżykistanu: od 2007 r. pan Emomali nie przedstawia się jako Rachmanow, lecz Rachmon.

Bejowie, sekretarze i „dzieci narodu”
Podczas jednego ze spotkań, jakie odbywały się w epoce powoływania Wspólnoty Niepodległych Państw (próba utrzymania jedności po rozpadzie ZSSR), rosyjski prezydent Borys Jelcyn, siedząc obok przywódców środkowoazjatyckich republik, w przystępie dobrego humoru pacnął po głowie stołową łyżką prezydenta Kirgizji Askara Akajewa. Tenże odznaczał się błyszczącą łysiną, która Jelcynowi, zapewne nie do końca trzeźwemu, skojarzyła się z gastronomicznym jajeczkiem. Dyplomatyczny skandal wyciszono, zabraniając pisać o nim dziennikarzom (odtajniam go jako pierwszy) – wszelako gest Jelcyna był aż nadto wyraźnym sygnałem, jak w rzeczywistości Rosjanie traktują w teorii równych sobie partnerów.
Po 1920 r. bolszewicy, nie mając w terenie do dyspozycji żadnej „klasy robotniczej”, uczynili sekretarzami kompartii synów miejscowych bejów: tak, w wielkim uproszczeniu, wygląda skrót dwudziestowiecznej historii Azji Środkowej. Potomkowie tych sekretarzy rządzą do dzisiaj w Uzbekistanie i czterech pozostałych państwach regionu. I wszyscy, na taki czy inny sposób, próbują wrócić do tradycji przodków. Ma to oczywiście stronę negatywną, gdyż sprzeciwia się demokratyzacji. Dla przykładu: w Turkmenistanie nie tak dawno uchwalono ustawę, mocą której rodzina rządzącego prezydenta Serdara Muhamedowa cieszyć się ma dożywotnio i dziedzicznie specjalnymi przywilejami jako „dzieci narodu”. Tym samym Turkmenistan stał się faktycznie monarchią.
Ale są też, na szczęście, dobre strony tego procesu. Ich wyrazem był regionalny szczyt bezpieczeństwa, jaki w listopadzie ubiegłego roku odbył się w kazachstańskiej stolicy Astanie. Obecny tam Władimir Putin podczas konferencji prasowej niefrasobliwie określił Kazachstan jako „kraj rosyjskojęzyczny”. Nie spodobało się to gospodarzowi: prezydent Kasym-Żomart Tokajew uroczystą mowę powitalną wygłosił po kazachsku. A tego w oficjalnych relacjach Rosji z państwami Azji Środkowej nikt dotąd nie uczynił. Trzeba było widzieć siedzących w pierwszych rzędach widowni członków rosyjskiej delegacji, na czele z Putinem i Ławrowem, jak w zaskoczonym pośpiechu nakładają słuchawki!
Od czasu niesławnego incydentu z łyżką na głowie kirgiskiego prezydenta wiele się zmieniło. I tego nie da się już odwrócić.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 24/2025