Logo Przewdonik Katolicki

Msza na zamówienie

Monika Białkowska, Alicja Górska
FOT. DOROTA PORZUCEK

Babcia robiła to regularnie. Mama już nieco rzadziej. Kto jeszcze pamięta o tym, żeby zamówić Mszę?

Ile kosztuje Msza św.? Nic. Ile kosztuje udzielenie sakramentów? Nic. Tak zawsze powinna brzmieć prawidłowa odpowiedź. Od imienia niejakiego Szymona Maga, który próbował kupić od św. Piotra dar udzielenia Ducha Świętego, każdy handel sakramentami, godnościami czy urzędami kościelnymi nosi nazwę grzechu symonii.
 
Za pieniądze?
Nie wiadomo dokładnie, kiedy wierni zaczęli prosić księży, by odprawiali Msze św. w zamówionych przez nich intencjach. Zwyczaj ten prawdopodobnie pojawił się wówczas, gdy około V–VI wieku możni zaczęli fundować kościoły i klasztory. Przy okazji prosili lub wręcz polecali, by mnisi w ten sposób obdarowani modlili się za nich po ich śmierci. Dopiero później zaczęto Msze św. odprawiać również w intencji żywych, na przykład przy okazji ważnych wydarzeń rodzinnych.
Tyle bardzo krótkiej historii. Praktyka dziś jest taka, że prosimy o Mszę św. głównie w intencji zmarłych. I niestety jest również i taka, że zamiast zastanawiać się nad jej znaczeniem i godnym przeżyciem, rozmawiamy – jak Szymon Mag – o pieniądzach.
Jedna strona medalu, jak wcześniej wspomnieliśmy, jest taka: ksiądz nie może odmówić udzielenia sakramentu bez pieniędzy. Nie powinien również ustalać cennika. Druga strona medalu, nie mniej ważna, jest taka: człowiek proszący o sakramenty musi być świadomy, że ksiądz jako śmiertelnik również musi na równi z innymi jeść i płacić rachunki. A jako ten, który całe życie oddał szafowaniu sakramentami, zdany jest na łaskę i niełaskę odbiorców owych sakramentów. Owa łaska jest jego głównym źródłem utrzymania. Jeśli zatem jakiś cennik ma istnieć, to w sercu człowieka, który przychodzi prosić, by ktoś w jego intencji się modlił.
 
Unikać pozorów transakcji
Kodeks prawa kanonicznego stwierdza, że każdy kapłan celebrujący lub koncelebrujący Mszę św. może przyjąć ofiarę złożoną, aby odprawić Mszę św. w określonej intencji. Należy odprawić oddzielnie Msze św. w intencji tych, za których została złożona ofiara. Liczba Mszy św. oraz intencji zostaje ustalona między kapłanem a ofiarodawcą. W wielu kościołach istnieje dziś praktyka tzw. Mszy św. zbiorowych, ale w takim przypadku ofiarodawca musi być o tym dokładnie poinformowany i wyrazić na to zgodę. Prawo „usilnie zaleca kapłanom, ażeby także nie otrzymawszy ofiary, odprawiali Mszę św. w intencji wiernych, zwłaszcza ubogich”. Przestrzega też, aby księża bezwzględnie unikali „wszelkich pozorów transakcji lub handlu”. Ksiądz na swoje utrzymanie może zatrzymać tylko jedną intencję mszalną dziennie Każdą dodatkową intencję w ciągu dnia (tzw. binaty) powinien oddać do dyspozycji ordynariusza, który przeznacza te ofiary na cele ogólnokościelne. Nieco inaczej – ale też różnie w różnych diecezjach – rozwiązane są kwestie stypendiów mszalnych i ofiar, składanych przy okazji ślubów i pogrzebów. Zazwyczaj to wszystko, co przekracza zwyczajowe stypendium za intencję, trafia do kasy parafialnej i przeznaczone jest na utrzymanie kościoła i świeckich pracowników parafii.
 
 
 
 
Największa wartość
– Wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie mają tyle wartości, co jedna Msza św. – mówił św. Jan Maria Vianney. Msza nie jest tylko jednym z wielu nabożeństw, jednakowo ważnym. Nie jest zbiorem modlitw dla wspólnoty. Jest ponowieniem jedynej ofiary, jaką złożył na krzyżu Jezus Chrystus dla zbawienia człowieka. Doskonalszej i większej ofiary nikt już złożyć nie może. Można powiedzieć, że podczas każdej Mszy Chrystus umiera i zmartwychwstaje w naszych potrzebach, rozciągając niejako w czasie jedyną Ofiarę Krzyża. Łaski z tej ofiary czerpać mogą ci, w których intencji Msza jest sprawowana, żywi lub umarli. Czerpią z niej również kapłan i inni, uczestniczący w Eucharystii, a w końcu wszyscy, którzy pozostają w łączności z Kościołem. Dopiero mając tę świadomość, można zrozumieć, dlaczego tak ważne, by prosić o odprawienie Mszy św. w naszej – czy innej, ważnej dla nas intencji.
 
Jego tajemnica spotkania
Krzysztof Mazurkiewicz miał być technikiem dentystycznym. Został witrażystą. W jego pracowni pachnie olejkiem goździkowym, którym rozrabia farbę do malowania szkliwa. Na wielkim stole szkice z tektury oraz kawałki kolorowego szkła, z których wkrótce powstanie kolejny witraż. Najbardziej pana Krzysztofa fascynuje renowacja zabytkowych witraży. Odtworzenie zniszczonego witraża zajmuje mu kilkanaście miesięcy, bo potrzebne jest zdobycie archiwalnych zdjęć czy pocztówek, często z Niemiec, bo pracuje głównie na Ziemiach Odzyskanych. – Największym wyzwaniem przy odnawianiu starych witraży jest barwienie szkła i wypalanie – tłumaczy. – Często trzeba dorobić brakujące elementy, wówczas staramy się dopasować technikę do tej sprzed stu czy więcej lat.
Renowacja witraży jest dla pana Krzysztofa doświadczeniem nie tylko estetycznym, ale wręcz mistycznym. – Proszę sobie wyobrazić, że ktoś sto lat temu wszedł na rusztowanie, wstawił swoje witraże, okitował kitem i zszedł. Minął wiek, a w tym czasie nikt ich nie dotykał, chociaż trwały wojny i szyby zostały powybijane. Ktoś tylko zaklejał te dziury, żeby deszcz nie padał. Po stu latach my wchodzimy na górę, demontujemy i przywozimy do pracowni. Tu myjemy i oglądamy na podświetlarce każdy detal. Dopiero wtedy widzimy, jak fantastycznie zostały te witraże zrobione, jak pięknie są wymalowane twarze, elementy architektury.
Na witrażach nie sposób dostrzec linii papilarnych, które witrażyści zostawiają na swoich pracach. – Dotyk mistrzów witrażownictwa, ich linie papilarne pozostają jednak na szkle, są w nim zatopione – mówi pan Krzysztof. – Tych ludzi już z nami nie ma, ale ich ślad pozostał. My też te ślady po sobie zostawiamy. Być może po stu latach ktoś zauważy moje linie papilarne?
Pamiętając właśnie o owych śladach, pan Krzysztof co jakiś czas zamawia Msze św. w intencji swoich poprzedników: mistrzów, z których pracami się zetknął. – To jest taki mój sposób na spotkanie z nimi – wyjaśnia. – Dla mnie to zaszczyt, że mogę pojawić się w tej sztafecie witrażystów, którzy pracowali przy konkretnych dziełach. Po nas będą następni. Dotykamy tu tajemnicy.
 
Trzydzieści razy
Jedną z form modlitwy, którą można ofiarować wyłącznie za zmarłych, w intencji ich uwolnienia od kar czyśćcowych, są Msze św. gregoriańskie. Odprawia się je przez trzydzieści kolejnych dni. Powinny być sprawowane tylko w intencji jednego człowieka, nie zbiorowo, bez dnia przerwy, choć już niekoniecznie przez tego samego księdza i w jednym miejscu. I choć już jedna ofiara Mszy św. jest w pełni skuteczna – inaczej mówilibyśmy, że śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie jest niewystarczające! – to w Mszach gregoriańskich wartość leży po stronie „natrętnego” proszenia Boga, w którym człowiek uczy się zawierzać Jego woli. Tradycja tych Mszy św. wywodzi się z VI wieku, od papieża Grzegorza Wielkiego. Poprosił on, by w ten sposób modlić się za pewnego mnicha benedyktyńskiego Justusa, który zmarł, mając przy sobie trzy złote dukaty. Jako ślubujący ubóstwo mnich nie powinien ich mieć, można więc było wnioskować, że umarł w grzechu. Po trzydziestu dniach ów mnich miał się objawić jednemu ze współbraci i podziękować mu za to, że dzięki tym modlitwom opuścił czyściec.
W 1884 r. Kongregacja Odpustów Stolicy Apostolskiej napisała, że zaufanie wiernych do Mszy gregoriańskich jako szczególnie skutecznych dla uwolnienia zmarłego od kary czyśćca należy uważać za rozumne i zgodne z wiarą. Nie obdarzyła ich jednak żadnymi specjalnymi odpustami. Oznacza to, że nie mamy gwarancji, że osoba, za którą się modliliśmy, na pewno opuściła czyściec: możemy jedynie w to wierzyć.
 
Jej ofiara za słabych
Do szpitala zostaje przyjęty brudny mężczyzna, który wcześniej przy jednym z supermarketów otwarcie żebrał na alkohol. Otrzymuje fachową pomoc, ale po wyjściu dalej pije. Nie wie nawet, że jest ktoś, kto się za niego modli. Że mógł tę osobę spotkać na szpitalnym korytarzu. Właśnie w szpitalu pracuje pani Alicja. Jest lekarzem. Po pracy od lat zbiera puszki i butelki po piwie, żeby za zarobione pieniądze zamawiać Msze św. w intencji osób uzależnionych i pogrążonych w grzechach. W ciągu jedenastu lat zamówiła ich jedenaście.
Pani Alicja w wolnych chwilach wyjeżdża z mężem na spacer: do lasu, na plażę, na pola. – Przebywanie na łonie dzikiej przyrody to nie tylko przyjemność, to jedna z miłości mojego życia – tłumaczy. – Dlatego boli mnie, kiedy ludzie tego nie szanują, wyrzucają tam śmieci.
Pani Alicja zdaje sobie sprawę, że sprzątanie butelek i puszek to syzyfowa praca. Nie jest też ani łatwe, ani przyjemne. Kiedyś przez 10 km dźwigała wypełnioną nimi torbę. Butelki często stają się też pułapkami dla owadów, ślimaków, jaszczurek czy myszy, a do skupu można oddać tylko czyste. – Mycie tych butelek to też moja ofiara – mówi pani Alicja. – Czasem wrażenia zapachowe są straszne. Miałam już kryzysy i wątpliwości, czy warto dalej to robić.
Któregoś dnia pani Alicja została wezwana na konsultację medyczną do jednego z pacjentów. – Kiedy stanęłam przy jego łóżku, zaczął mi opowiadać nie o tym, jak się czuje, tylko o tym, że był alkoholikiem. „Byłem na dnie, byłem niczym, a od pół roku nie piję. Odbiłem się od dna”, mówił mi. Zaskoczył mnie, bo przecież o to nie pytałam! Wtedy miałam poważny kryzys i wątpiłam w sens tego, co robię. Dzięki tamtej rozmowie z pacjentem miałam poczucie, że to znak Boży, że nie powinnam rezygnować.
Ofiara pani Alicji to nie tylko konieczność zbierania i mycia butelek, ale również ich sprzedaż. – Wiele razy wstydziłam się, stojąc w kolejce przy kasie czy przekonując ekspedientki, żeby chciały przyjąć butelki bez paragonu. Wiem, jak mogę być postrzegana przez sprzedawców czy innych klientów. A sama przecież od ponad trzydziestu lat jestem abstynentką. Jako 15-latka zdecydowałam, że chcę swoje wyrzeczenie ofiarować w intencji alkoholików i ich rodzin.
W końcu pani Alicji pomogła przyjaciółka. Znalazła kogoś, kto zgodził się przyjmować każdą ilość zebranych przez nią butelek i sam wysyła kontener pod jej dom. Do skupu butelek jednak od czasu do czasu nadal chodzi, choć elegancka kobieta, wzbudza tam niezdrowe zainteresowanie. Ona jednak tam właśnie spotkać może tych, za których się modli.
 
W (prawie) każdej intencji
Msze można – jak pani Alicja – ofiarować również za ludzi żyjących. Nie znaczy to jednak, że można prosić o jej odprawienie w każdej, dowolnej intencji. Kodeks prawa kanonicznego stwierdza, że kapłan może odprawiać Mszę św. za kogokolwiek, zarówno za żywych, jak i za zmarłych. Można ją również ofiarować za niekatolika, choć wówczas nie wymienia się jego imienia w modlitwie eucharystycznej. Zgodnie ze starą tradycją Kościoła owoce Mszy św. można ofiarować tylko w intencji godziwej. Nie można zatem prosić o to, by komuś stała się krzywda, czy tak formułować intencji, żeby była ona manifestacją jakiś poglądów, gdyż wówczas sama ofiara eucharystyczna byłaby potraktowana instrumentalnie. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki