Logo Przewdonik Katolicki

Boli, ale jest cud

Monika Białkowska
FOT. EAST NEWS

O cudzie rodzenia się dziecka oraz o tym, co siostra zakonna robi na sali porodowej z s. Augustyną Milej, lekarzem ginekologiem ze zgromadzenia sióstr boromeuszek, rozmawia Monika Białkowska

Spokojny Józef, śliczny i uśmiechnięty Jezus w sianie, Maryja tuż po porodzie przyjmująca gości, gromadę obcych pasterzy… To nie jest trochę nierealna wizja nocy, w której kobieta rodzi dziecko?
– Zastanawiam się, jak to wtedy było. Ale widziałam porody, które były zupełnie bezbolesne, kiedy pacjentki niemal nie zdawały sobie sprawy z tego, że już rodzą. Spokrewniona ze Stanisławą Leszczyńską, położną i kandydatką na ołtarze, Maria Stachurska opowiada, że jej ciocia odmawiała często modlitwę: „Matko Boża, choćby w jednym pantofelku przybywaj na pomoc!”. Sama pani Stachurska mówi, że również tą modlitwą się modliła i że dzięki niej dwoje dzieci urodziła bezboleśnie. Nie wiem, jak to było w przypadku Matki Bożej, ale skoro zdarza się u zwykłych śmiertelników, to może i ona, Niepokalanie Poczęta, mogła tuż po porodzie z uśmiechem gości przyjmować?
 
Ale przecież nawet jeśli bolało – to nie było w tym nic złego.
– Absolutnie nie! Ludzie się dzisiaj bardzo bronią przed cierpieniem, a ono jest łaską. Chcą tego, co jest łatwe i przyjemnie, a niewiele warte. Nie zdają sobie sprawy, jakie wielkie dary przychodzą przez cierpienie. Mówiła o tym choćby Alicja Lenczewska w swoich objawieniach. Darem, który przychodzi przez cierpienie porodu, jest nie tylko dziecko, ale i matka. Jestem przekonana, że czasem to właśnie to cierpienie i ból porodu pozwala kobiecie w pełni stać się matką. Ja zresztą też mam takie osobiste doświadczenia, kiedy niektóre sprawy w swoim życiu byłam zdolna zrozumieć tylko dzięki cierpieniu. Nie wiedziałam tego od razu, natychmiast, kiedy jeszcze bolało, ale po czasie rozumiałam, że gdyby nie tamto cierpienie, byłabym uboższa w rozumieniu wielu ważnych spraw. Nie zawsze jest źle, kiedy boli.
 
Są i tacy, którzy z cierpienia wiją sobie wieniec laurowy. Matki, które mówią innym matkom, że są gorsze, bo tamte dostały znieczulenie, a one takie dzielne, rodziły „na żywca” i na dodatek bez krzyku…
– W porodzie trzeba pozwolić sobie na bycie sobą. Jedna kobieta ma wyższy próg bólu, inna niższy. Kiedy rozmawiam z kobietami przed porodem, czuję, że same budzą w sobie strach. To chyba przejaw jakiegoś ogólnego odejścia od wiary, od poczucia, że Bóg naprawdę nad nami czuwa. Mówię im, żeby sobie wyobraziły market, w którym ostatnio były. Ilu tam było ludzi? Wszyscy urodzili się tak samo! To pani nie da rady urodzić dziecka? Ból jest naturalny, Bóg mówi do kobiety w Piśmie Świętym: „w bólu będziesz rodzić”. Ale to też znaczy, że On jest z kobietą w tym cierpieniu! Kiedy towarzyszyłam kobietom przy porodach, pozwalałam im na krzyk. Mówiłam: „Krzyknij, ale potem oddychaj, i znów możesz krzyknąć. Ale oddychaj, bo to jest potrzebne dziecku. Nie zakrzycz sobie tych chwil całkowicie, żebyś miała co dziecku opowiadać, jak bardzo było wyczekiwane”.
 
Jeśli Jezus przyjął całe człowieczeństwo, to też Jego z jego fizjologiczną stroną – i płakał, i było mu zimno, i nie urodził się wcale uśmiechnięty, czyściutki i pachnący.
– Pewnie nie. Ale nowo narodzone dziecko, mimo całej otoczki krwi i mazi, zawsze jest pachnące i najpiękniejsze! I pierwszy moment, pierwsze spojrzenie, pierwsza mina, to wszystko jest śliczne i najważniejsze. U Matki Bożej i Jezusa pewnie było dokładnie tak samo. Zresztą każdy z nas widząc noworodka, poczuje to samo: jakąś czułość i potrzebę zaopiekowania się nim i troski. Żłóbek pokazuje Jezusa takim właśnie noworodkiem: kochanym i przyjętym z czułością, więc najpiękniejszym na świecie!
 
Czy siostra zakonna, która przyjmuje poród, myśli wtedy o tajemnicy, która właśnie się dzieje?
– Siostra zakonna, która jest lekarzem, myśli przede wszystkim o tym, żeby przeżyło dziecko i żeby przeżyła matka. Do porodów, kiedy je przyjmowałam, podchodziłam zadaniowo. Pierwszą troską była prawidłowość kolejnych etapów, czy poród postępuje, czy jest odpowiednie rozwarcie, czy główka zeszła, czy mama ma dobre ciśnienie, czy nie ma krwotoku, czy dobrze się czuje. To było priorytetem. Kiedy mama już jest bezpieczna, można podejść do dziecka, którym wcześniej zaopiekowała się pielęgniarka, zrobić krzyżyk na czole. Ale to nie jest czas na myślenie o tajemnicy, tylko na skupienie się na życiu ludzi.
 
Coraz modniejsze jest dziś rodzenie w bardziej intymnej atmosferze, w warunkach domowych. Może to jest sposób na głębsze doświadczenie narodzin?
– W Polsce śmiertelność okołoporodowa zanotowała w historii dwa wyraźne spadki. Pierwszy, kiedy kobiety zaczęły rodzić nie w domach, ale w izbach porodowych. Drugi, gdy zlikwidowano izby i powszechne stały się porody w szpitalu. Wszystkie komplikacje, jakie przydarzały mi się przy porodach, to były te, których nie dało się przewidzieć: gdy poród długo przebiegał normalnie, a nagle pojawiał się krwotok. Wtedy liczą się sekundy. Trzeba działać, mieć pod ręką sprzęt. Gdyby w tamtych przypadkach trzeba było dopiero transportować kobietę do szpitala, mogłoby skończyć się źle. Owszem, komplikacje zdarzają się rzadko – ale co to znaczy „rzadko” dla rodziców, których dziecko jest jedno jedyne i najważniejsze? Statystyka, że coś się rzadko zdarza, w tej kwestii do mnie nie przemawia.
 
Nie mogę nie zapytać: jak to się stało, że siostra zakonna została ginekologiem?
– Charyzmatem naszego zgromadzenia jest służba chorym i ubogim. Przed wojną nasz dom generalny w Mikołowie podzielony był na dwie części: klasztor i szpital, w którym siostry pracowały. Po wojnie szpital upaństwowiono, zamurowano przejścia między tymi częściami. Ale krótko przed powstaniem „Solidarności” pojawiły się przecieki, że być może władze oddadzą nam szpital. Matka Generalna szukała rozwiązania i postanowiła wysłać mnie na studia medyczne. Byłam wtedy 15 lat po maturze i pracowałam jako pielęgniarka. Jako siostra zakonna w Polsce nie miałam szans na studia medyczne. Matka Generalna dowiedziała się, że w Rzymie w klinice przyjmują również obcokrajowców i siostry zakonne. Przez tydzień płakałam, nie umiałam wtedy ani słowa po włosku i do Rzymu owszem, pojechałabym – ale na pielgrzymkę, a nie na studia! Ale Pan Bóg dał sobie z tym radę.
 
Z punktu widzenia nauki o poczęciu, rozwoju i narodzeniu człowieka wiemy wszystko, a przynajmniej bardzo dużo – a jednak wciąż powraca w tym kontekście słowo „cud”. Siostra jako lekarz myśli o nowym życiu jako cudzie?
– Tak, ja wciąż myślę o cudzie. W tej chwili w swojej pracy nie towarzyszę już przy porodach, ale raczej pomagam w tym, by doszło do poczęcia dziecka. I za każdym razem, gdy to się staje, wiem, że jestem świadkiem ogromnego cudu. Ale różni ludzie różnie ten cud czytają. To tak, jak z życiem. Dla jednych jest ono ciągłym odkrywaniem objawiania się Boga, dla innych po prostu życiem, czymś, co „musi być”. Dla mnie jest cudem!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki